Arashiyama, czyli małpy i bambusy

O Kioto pisaliśmy już nie raz. Pisaliśmy  o gejszach, historii i o tym czemu uważane jest za najpiękniejsze miasto świata. Pisaliśmy też o niezliczonych świątyniach i masie bram torii. W końcu pisaliśmy o kolorowych jesiennych liściach, które co roku podziwiają tu tłumy ludzi. Dzisiaj jednak nie będzie ani gejsz, ani świątyń. Tylko liści będzie trochę. Dzisiaj bowiem o miejscu, gdzie mieści się las bambusowy i park małp. I do tego jak zwykle milion Japończyków.

Arashiyama, bo o niej dzisiaj, znajduje się około pół godziny drogi od centrum Kioto. Nazwę zawdzięcza nazywającej się tak samo górze u podnóży której się znajduje. Arashiyama jest podobno drugą najpopularniejszą turystyczną dzielnicą Kioto. My na nasze nieszczęście wybraliśmy się tam w jesienny weekend, przez co mogliśmy przekonać się o popularności na własnej skórze. Wąskie uliczki do pierwszej atrakcji – lasu bambusowego – zakorkowały się kompletnie i niczym o 17 w centrum Warszawy pozostało nam poruszanie się ślimaczym tempem do przodu. Rolę karetek i taksówek na bus pasach pełniły bardzo popularne w Kioto riksze przepychające się wśród ludzi. Tu zdjęcie już z 18, tzn. kiedy korki minęły.

Po przepchaniu się do głównej atrakcji na początku byliśmy trochę rozczarowani. Las bambusowy przypominał tam raczej połamane krzaki. Bambusy nie były za wysokie i rosły to tu, to tam, nie przypominając nijak ściany drzew, jaką widzieliśmy na zdjęciach w internecie. Ten moment miał jednak jeszcze nadejść.

Po paru minutach las właściwy zaczął się jednak na dobre i robił naprawdę spore wrażenie. Bambusy miały z metr pięćdziesiąt pięćdziesiąt metrów (no, może bardziej 20), a dziesiątki, jak nie setki Japończyków, które kłębiły się u ich stóp, wyglądały jeszcze bardziej niepewnie niż zwykle.

Obok lasu bambusowego i niezliczonej liczby świątyń chyba największą atrakcją Arashiyamy jest most Togetsukyo, który wyjątkowo malowniczo komponuje się ze zboczami góry Arashiyama podczas kwitnienia wiśni oraz jesienią. Togetsukyo w wolnym tłumaczeniu znaczy „księżyc przechodzący przez most”. Nazwa wzięła się z opisu cesarza Kameyamy, który napisał, że kiedy księżyc porusza się po niebie wygląda jakby przechodził przez ten most. Księżyca nie widzieliśmy, ale przez most przechodziliśmy my. Po drugiej stronie czekały bowiem na nas małpy.

Do parku małp Iwatayama udaliśmy się bardzo podekscytowani. Z naszymi bliższymi kuzynami widujemy się rzadko, a z tak odległymi praktycznie w ogóle. Po zapłaceniu 500 czy 600 jenów (ok. 20 zł) udaliśmy się do parku. Twórcy parku wiedzieli co robią zbierając opłaty u podnóża góry. Małpy znajdują się bowiem na szczycie, na który trochę trzeba się wdrapywać. Strona trip advisora parku pełna jest komentarzy osób, którym podejście sprawiło pewne problemy, mimo że zapewniają, iż są bardzo wysportowane. Nie lękajcie się jednak – odpowiednia ilość przerw wystarcza do tego, aby wspomnienia z góry wyparły te z podejścia. Jak mówił któryś filozof, „ból jest stanem przejściowym, radość z karmienia małpy pozostaje na zawsze”.

Na górze zastaliśmy sporą klatkę. Dla ludzi.

Nie było zatem wątpliwości kto jest tu gospodarzem. Zgodnie z Japońską tradycją gospodarzom wypada coś przynieść, dlatego na miejscu można było kupić za kilka złotych paczuszkę pokrojonych bananów i gruszek. Wiadomo co wybraliśmy. W klatce dla ludzi było trochę tłoczno i na swoją kolej przy kratach było trzeba trochę poczekać. Kiedy już się dopchaliśmy okazało się, że małpy walczące ze stereotypem wolały jednak gruszki.

Klatka zbudowana jest tak, aby można było karmić małpy w bezpiecznych warunkach. Na wolności bowiem, zgodnie z zaleceniami, powinno się małp nie dotykać, nie dawać im jedzenia, nie patrzeć im w oczy, a zgodnie z jedną tablicą nawet zachować odstęp paru metrów. Nie zawsze się to jednak udawało, ponieważ małpy biegały dosłownie pod nogami. Podobno każda z około 140 małp znajdujących się w rejonie ma swoje imię – w Japonii ma to bardzo dużą wagę. Nie wiemy jak nazywa się miła małpa ze zdjęcia poniżej, przyjmijmy więc, że to Małpa Aleksander.

Małpy żyjące w Arashiyamie to makaki japońskie. Po angielsku nazywane są także „snow monkeys”, czyli małpami śnieżnymi, ponieważ żyją na terenach, które przez wiele miesięcy pokryte są śniegiem. Żadne inne naczelne, poza Kanadyjczykami, nie żyją w tak bardzo na północ wysuniętych rejonach. Makaki bardzo lubią wygrzewać się w gorących źródłach, a w niektórych miejscach w Japonii można wygrzewać się z nimi. To doświadczenie jeszcze na nas jednak czeka.

– Co to?! Foka?!

Karmienie małp było tylko jedną, dość oczywistą atrakcją parku małp. Dużo większą przyjemność sprawiało podziwianie małp w swoim w miarę naturalnym otoczeniu. Kiedy odeszło się trochę od głównego zbiorowiska ludzi, można było w spokoju popatrzeć jak bawią się młode małpki, albo jak rodzice iskają swoje dzieci. Momentami było bardzo National Geographic.

Arashyiama była naprawdę śliczna. Musimy przyznać, że dla widoków jakie mają małpy moglibyśmy rozważyć nawet zamianę naszego japońskiego mieszkanka koło pól ryżowych na ich zniszczoną szopę. Jak będziecie zatrzymywać się w Japonii sprawdźcie zatem czy żadna małpa nie udostępnia swojego miejsca na Airbnb. Gruszki na śniadanie w cenie.

W domu najlepiej

Karolina miała jeden cel – poskładać swoją rodzinę do kupy. Wyjechała z Polski, żeby razem z mężem zacząć wszystko od nowa. Dorota z kolei przed miłością uciekała. Duma nie pozwoliła jej na chodzenie po tych samych ulicach, co chłopak, który ją zostawił.

Karolina wyjeżdżała z myślą, że to wyprawa w jedną stronę. W Polsce była rodzina i znajomi, ale jednak czuła, że nie ma tu zbyt wiele. A zanim w 2006 roku spotkała swojego przyszłego męża, czuła, że ma jeszcze mniej. Samotnie wychowywała dwójkę przedszkolaków, kątem pomieszkując u swojej własnej mamy. Większych perspektyw dla siebie nie widziała. On – Szwed, pojawił się w momencie, kiedy na żadne znajomości z mężczyznami nie miała specjalnej ochoty. W końcu jednak zmiękła i szybko okazało się, że do siebie pasują. W 2010 roku biorą ślub, a po nim decydują, że to ona przeprowadzi się do niego. Z jednej strony trochę się bała, że znowu dostanie kopa od życia i będzie musiała wracać do Polski. Z drugiej cieszyła na nowe i z tego, że w końcu będą razem. Z dnia wyjazdu pamięta głównie radość i ekscytację. „Pracowałam dosłownie do ostatniej chwili” – opowiada. „W piątek wieczorem odbierałam wypłatę, w sobotę ostatnie pakowanie, łzy radości, uściski i wieczorem prom. W Szwecji byliśmy nazajutrz rano”.

Dorota była bardzo zakochana, w chłopaku, który ją porzucił. Nie mogła znieść myśli, że on może znaleźć sobie inną dziewczynę. A jeszcze bardziej obawiała się tego, że będzie błagać go o to, żeby do niej wrócił. Wzięła więc urlop dziekański na studiach i w październiku 1998 roku wsiadła do autobusu, który zawiózł ją do Londynu. Dzień wyjazdu to głównie łzy – kiedy żegnała się z mamą i siostrami, wszystkie płakały. Bez łez nie obyło się też na dworcu, gdzie odprowadził ją… jej były ukochany, który poczuł się nieco odpowiedzialny za jej wyjazd. Dorota uznała to za dobry znak i pomyślała, że kiedy za pół roku wróci do Polski, wszystko będzie tak jak dawniej.

Kiedy Karolina zdecydowała się na wyprowadzkę do Szwecji, jej córki były w szkole podstawowej i co do wyjazdu miały mieszane uczucia. Jeszcze na długo przed Karolina starała się je trochę na tę zmianę przygotować. „Nie było tak, że nagle zaczęliśmy jeść rybią ikrę i kanapki z krewetkami – mówi – ale przy okazji poznawaliśmy jakieś pojedyncze zwyczaje. Głównie poprzez męża, który co rusz przyjeżdżał z nowymi zabawkami czy książkami. Pippi czy Dzieci z Bullerbyn czytaliśmy już wcześniej, jednak nigdy z myślą o przyszłości”. Dziewczynki jeszcze przed wyjazdem na stałe miały kilka razy okazję odwiedzić Szwecję razem z mamą. Pomocna okazała się też przyjaciółka Karoliny, która sama jako siedmiolatka wyemigrowała do Niemiec. „Do dzisiaj wspominamy te wartościowe i mądre rozmowy o międzynarodowych przyjaźniach, możliwościach i otwarciu na świat”.

Dorota przed wyjazdem prawie wcale nie uczyła się angielskiego. Nie dziwi więc, że na początku zamieszkała wśród Polaków. Pierwszego wieczora w Londynie poznaje Macieja, który w przyszłości zajmie ważne miejsce w jej życiu. Dość szybko została zmuszona do znalezienia pracy, gdyż w metrze ktoś wyciągnął jej z plecaka portfel ze wszystkimi pieniędzmi. Pierwsza praca, polegająca na sprzątaniu prywatnych domów, szybko okazała się jednak niewypałem, gdy jeden z klientów dość jednoznacznie zasugerował, że ma co do niej dużo większe zamiary. Skończyło się ucieczką i porzuceniem pracy. Dorota kilkakrotnie zmieniała też mieszkanie. Jedno z nich należało do Cyganów, którzy dostawali od państwa mieszkania, w zamian za płacenie niewielkiego czynszu. W rzeczywistości kilka cygańskich rodzin wprowadzało się do jednego domu, a resztę nielegalnie oddawali pod wynajem. Jej współlokatorami poza Maciejem byli między innymi Polacy poznani w szkole językowej. Pewnego dnia jeden z nich zniknął z pieniędzmi, aparatami fotograficznymi, a nawet kołdrą. A niedługo  potem zostali z tego mieszkania eksmitowani, ponieważ jak się okazało, Cyganie nie płacili czynszu, choć oni oczywiście Cyganom płacili. Jedyne, co dobrze wspomina z pierwszych miesięcy w Anglii to pogoda. Nie rozumiała wtedy czemu wszyscy narzekają na angielską pogodę. Zrozumienie przyszło w kolejnym roku, kiedy zaczęło padać w sierpniu, a skończyło w kwietniu.

Swój początek na emigracji nie najlepiej wspomina też Karolina. „Okazało się, że emigrowało tylko ciało, a dusza została w Polsce” – mówi. „Pierwszy rok był ciężki zarówno dla dziewczynek jak i dla mnie. Nowe zwyczaje, język, ludzie… Niby u siebie, a jednak nie”.  Do tęsknoty za krajem dochodziło zderzenie obrazu sielankowej Szwecji znanej Karolinie z mediów z rzeczywistością, która nie zawsze była taka piękna. „Szwedzi generalnie są małomówni i niezbyt wylewni. W sytuacjach stresowych  nie mówi się tu nic. Powstaje taki niewygodny moment, kiedy wszyscy wiedzą o co chodzi, ale nikt się nie odzywa. Uważają, że nie należy ludzi korygować, a raczej dać im możliwość, żeby sami doszli do tego, że coś zrobili źle. I czasami faktycznie nie wiadomo, czy ktoś nie odzywa się, bo się obraził, czy po prostu sobie nic nie mówi, bo odpoczywa”. Karolina mówi też o tym, że w Szwecji dużo udaje się dla spokoju i poprawności politycznej, co w rzeczywistości jest zamiataniem problemów pod dywan.

Dorota nie miała szczęścia do znalezienia dobrego mieszkania, a kradzież w domu wynajmowanym od Cyganów nie była jedyną, jakiej w tym czasie doświadczyła. Dostała jednak kolejną pracę w firmie sprzątającej, Maciej z kolei zatrudnił się na budowie. Mniej więcej w tym czasie okazało się, że Dorota jest w ciąży. Podczas jednego z obowiązkowych USG dowiedziała się, że z dzieckiem coś jest nie tak. Dodatkowe badaniach wykazały, że serce dziecka rozwija się na tyle nieprawidłowo, że lekarze dają mu tylko 20% szans na to, że urodzi się żywe. Dorota miała prawo do zdecydowania się na aborcję, ale nie potrafiła tego zrobić. Wynik kolejnych badań był zaskakujący dla wszystkich – stan dziecka się poprawił, więc lekarze postanowili poczekać aż jeszcze trochę podrośnie i wykonać operację w brzuchu matki. Maleństwo postanowiło jednak nie czekać na wyznaczony termin i pojawić się na świecie wcześniej. Z dnia porodu Dorota pamięta ból, strach i samotność. Maciej był przy niej tylko przez chwilę i szybko musiał wracać do pracy. Jej synek, którego nazwała David, zaraz po urodzeniu został podłączony do różnych maszyn, mających umożliwić mu funkcjonowanie. Był do nich podłączony przez 2 miesiące, a Dorota czuwała przy nim przez cały ten czas. Wtedy zdecydowano się na operację. Zabieg się udał, jednak niedługo po nim nastąpiły komplikacje. Chłopiec nie przeżył. A Dorota straciła chęć do wszystkiego i zamknęła się w sobie.

Karolina próbowała uczyć się szwedzkiego przed wyjazdem, ale jak mówi z bardzo miernym efektem. Nie czuła specjalnej presji, że koniecznie musi coś umieć, ponieważ istnieje opinia, że w Szwecji wszystko można załatwić po angielsku. I co prawda bardzo dużo ludzi mówi po angielsku biegle, jednak nie można od nich wymagać, że będą ułatwiać innym życie na co dzień. Prawdziwa nauka rozpoczęła się więc po przyjeździe do Szwecji. Jej córkom nowy język wchodził do głowy bardzo szybko. Po około 4 miesiącach zaczęły się też czuć bezpiecznie w nowej szkole, znalazły pierwsze koleżanki. Dla Karoliny znacząca zmiana nastąpiła, gdy z wynajmowanego domu w mieście przeprowadzili się do własnego domu na wsi.

DSC09566
Karolina z mężem

Dorota długo nie mogła pozbierać się po stracie synka. Bała się wyjść do ludzi i zacząć normalnie żyć. Nie potrafiła wziąć się w garść i zacząć szukać pracy, chociaż im się nie przelewało. W końcu dostała pracę dzięki siostrze, która przez wakacje pracowała w arabskiej kafejce, ale musiała wracać do szkoły w Polsce. Właściciel restauracji był bardzo miły, jednak Dorocie średnio układało się z dwoma pracownikami, którzy pod nieobecność szefa sprawowali władzę w restauracji. Jeden z nich z czasem stał się dla niej bardzo niemiły, co niektórzy interpretowali jako arabski sposób na wyrażenie uczuć. Dorocie niezbyt się to podobało, więc zaczęła się stawiać. Pewnego dnia nie wytrzymała – rzuciła stos talerzy na podłogę i uciekła. Po paśmie niepowodzeń postanowiła odwiedzić Polskę. Po przyjeździe do Krakowa odkryła, że zaczęła czuć się w nim obco. Tęskniła też za Maciejem, który został w Anglii. Wróciła więc do Anglii i z większą pewnością siebie ponownie zaczęła szukać pracy. Znalazła ją we włoskiej restauracji, gdzie za kasą siedziała… młoda Polka z Krakowa. W restauracji pracowało sporo innych  Polaków, gdyż jej właścicielem był narzeczony krakowianki zza lady. Wszyscy wraz z Dorotą zostali zwolnieni, gdy szef odkrył, że na drewnianym stoliku ktoś wyciął nożem po polsku tekst informujący o tym, że właściciel restauracji to ch*j. Pracowała później jeszcze w jednej restauracji, aż w końcu dotarła do niej informacja, że ktoś szuka opiekunki do dzieci. Nie była pewna, czy to dobry pomysł, bo od śmierci Davida nie minęło jeszcze zbyt wiele czasu, postanowiła jednak spróbować. Poza opieką nad trójką dzieci do jej obowiązków należało zajmowanie się domem. Starym, pięknym, wiktoriańskim domem, który robił na niej wielkie wrażenie. Zastanawiała się wtedy, czy sama kiedyś będzie mieć taki. Szybko zaprzyjaźniła się z dziećmi. Najstarszemu chłopcu pomagała między innymi w łacinie, co dla wszystkich było zaskoczeniem. Nikt nie spodziewał się w końcu, że niania zna łacinę i czyta klasyków. Wszyscy w tym domu byli dla niej bardzo mili, jednak czuła się źle będąc czyjąś służącą. W międzyczasie dowiedzieli się, że tata Macieja jest poważnie chory. Zamiast więc na wycieczkę po Europie, którą planowali, pojechali do Polski. Po dwóch tygodniach, podczas których Dorota miała okazję poznać rodzinę Macieja, wrócili do Anglii. Maciej już nigdy więcej nie zobaczył taty.

Kiedy Karolina wyjeżdżała do Szwecji była przekonana, że będzie pracować w swoim zawodzie. „Mąż naopowiadał mi takich cudów, że mu uwierzyłam. Ale po ukończonych kursach językowych i kilkumiesięcznym bezrobociu oraz wysłaniu kilkudziesięciu CV stwierdziłam, że szwedzka branża turystyczna nie jest na mnie jeszcze gotowa” – mówi. Podjęła więc pracę w szkole w postaci zastępstw. Później na podobnej zasadzie w przedszkolu. Dziś pracuje już w nim na etacie. Karolina mówi o dużym zapotrzebowaniu  na kadrę w edukacji i opiece. Szwedzki rynek pracy w tej branży jest ponoć na tyle elastyczny, że zawsze można się gdzieś zaczepić, a chęci i doświadczenie są często ważniejsze niż wykształcenie kierunkowe. Wciąż jednak marzy czasem o pracy w hotelu, dlatego od czasu do czasu przegląda ogłoszenia. W sferze jeszcze dalszych marzeń widnieje otworzenie czegoś własnego.

Dorota po powrocie do Anglii nie wróciła już do bycia nianią. Udało jej się za to zdobyć pracę w jednym z barów kanapkowych. Bardzo miło wspomina tę pracę – międzynarodowe towarzystwo, głośna  muzyka, kanapki jakby robiły się same. Odeszła stamtąd po 10 latach będąc już menadżerem. A zrezygnowała między innymi dlatego, że stracili zaufaną opiekunkę do dzieci i nie mogli znaleźć kolejnej. Początkowo po ślubie z Maciejem, Dorota nie chciała mieć dzieci. Ale kiedy ich przyjaciołom urodziła się córeczka, którą czasem się opiekowali, postanowili spróbować. Teraz jest mamą dwójki dzieci i to one wypełniają jej większość czasu. O pracy pomyśli znowu, kiedy jej syn pójdzie do gimnazjum, nie wcześniej niż za rok. Zamierza go poświęcić na jedną ze swoich największych pasji, czyli pisanie. W najbliższych planach ma ukończenie swojej książki.

IMG_6678
Dorota z dziećmi

Karolina lubi swój nowy kraj za życie w zgodzie z naturą. „Na wiosnę i lato przenoszę się do ogrodu – mówi – lubię przebywać na świeżym powietrzu. Do tego zdrowy styl życia, inne spojrzenie na odmienność, akceptacja innych religii, kolorów skóry, orientacji. Wszyscy są równi wobec prawa. Nie spotykają mnie absurdy codzienności”. Karolina interesuje się też trochę skandynawskim designem i wnętrzami. „Ciągle coś w domu przerabiamy, malujemy, wyszukujemy na targach staroci.  Lubię takie robótki.  Mam duszę chłopaka – jeśli mam wybierać między rąbaniem drewna na opał i prasowaniem, wybiorę to pierwsze”. Dorota z kolei mówi, że w Anglii żyje się lepiej niż w innych krajach. „Załatwianie formalności jest tu bardzo proste, firmę można otworzyć właściwie na telefon”. Niestety dużo osób wykorzystuje to, że w Anglii sporo rzeczy opiera się na dużym zaufaniu. Dorota opowiada na przykład o tym, że bardzo łatwo jest dostać pożyczkę na studia, a żeby zacząć ją spłacać trzeba zarabiać powyżej 22 tysięcy rocznie. Bardzo wiele osób więc jej nie spłaca.

Karolina mówi, że dziś za Polską już nie tęskni. Ostatni raz była tam pod koniec sierpnia, następny wypad planują wiosną. „Nie czuję jakiejś szczególnej potrzeby czy obowiązku, żeby jeździć częściej. Mamy telefony, komputery, jesteśmy bliżej niż się nam wydaje”. Zdecydowanie bardziej woli też zapraszać mamę do siebie, żeby oszczędzić jej kłopotów z przygotowaniami. Jak mówi nie gotuje bigosu i gołąbków i nie kupuje majonezu kieleckiego, ale ma w domu polskie książki i czyta polskie wiadomości. „W zamrażalce mam twaróg, a w szafce prawdopodobnie, jeśli nikt nie pożarł po cichu, ptasie mleczko”. W domu z mężem rozmawia po szwedzku. Z dziewczynkami po polsku, choć i one wolałyby po szwedzku. „Nie pozwalam im zapomnieć ojczystego języka. Chodzą na polskie lekcje, czytają, piszą po polsku, chcę żeby to kontynuowały”. Święta spędza w Szwecji, ale nie może podczas nich zabraknąć polskich kolęd. Na szwedzkim stole pojawiają się również polskie potrawy. Jej mąż uwielbia pierogi i żurek. Grono jej przyjaciół to głównie Szwedzi.

Dorota ma duży sentyment do Polski, ale nie przygnębia jej tęsknota. Najbardziej brakuje jej krakowskich obwarzanków. „Gdy przyjechaliśmy do Anglii, ciężko było o polskie jedzenie. Brakowało nam zwłaszcza białego sera, dobrych jogurtów, ogórków kiszonych, polskich słodyczy a nawet owoców i warzyw. Teraz w naszym małym miasteczku są cztery polskie sklepy i można kupić wszystko. Nasza dieta bardzo się jednak urozmaiciła, bo jadamy potrawy z całego świata”. Kiedy była na macierzyńskim wróciła na rok do kraju. Pojawiły się myśli o powrocie na stałe, ale polska biurokracja okazała się zbyt przytłaczająca. Teraz jeździ tam średnio raz do roku. Lubi za to kultywować polskie tradycje – na przykład Andrzejki. Jej dzieci dobrze rozumieją język polski, jednak wolą mówić po angielsku. 3 lata temu zapisała je do polskiej  szkoły, gdzie poznała grupę Polaków, którzy zostali jej bliskimi przyjaciółmi. Mówi, jednak, że ma wrażenie, że Polacy, którzy postanowili tutaj zostać na stałe i mieszkają tu od jakiegoś czasu, są inni od tych, których znała kiedyś i nie raz się na nich zawiodła. Nowe przyjaźnie zaowocowały otworzeniem kolejnej szkoły dla polskich dzieci. W tym momencie uczęszcza do niej około 40 uczniów w wieku od 3 do 12 lat. „Polaków w UK jest teraz bardzo dużo, mamy plakaty w polskich sklepach, ale i sława szkoły roznosi się pocztą pantoflową” – opowiada. Nauczyciele to głownie wolontariusze, Dorota uczy tam historii.  Ma też trochę znajomych i przyjaciół pośród Anglików, ale jak mówi, nie jest łatwo się z nimi przyjaźnić. Przede wszystkim dlatego, że relacje są tutaj dość pozorne – Anglik bardzo szybko zacznie nazywać cię przyjacielem, ale jeśli będzie to w jego interesie, nie zawaha się wbić ci nóż w plecy.

Karolina mówi, że nigdy nie interesowała się za bardzo tradycjami, ale w Szwecji się to zmieniło. „Szwedzi to tradycjonaliści, lubią świętować, spotykać się z jakiejś okazji” – mówi. Najbardziej ze szwedzkich zwyczajów polubiła tańce wokół ukwieconego krzyża podczas najkrótszej nocy w roku, czyli Midsommar. „W ten dzień, a właściwie wieczór, spotykamy się ze znajomymi i częścią rodziny w domu u teściów i wspólnie biesiadujemy. Zanim to jednak nastąpi, dzień wcześniej razem idziemy na jarmark, kupujemy truskawki, młode ziemniaki. Potem zbieramy kwiaty w lesie i wspólnie dekorujemy dom”. Nie wie, jak będzie to wyglądać za kilkanaście lat, kiedy jej teściów zabraknie, ale na razie nie potrafi wyobrazić sobie, żeby wyglądało to inaczej. Dorota natomiast z angielskich zwyczajów przyswoiła świąteczną kolację z indykiem w roli głównej w pierwszy dzień świąt. Lubi też spotkania w pubach, które w Anglii są na każdą okazję. Opowiada też o zapraszaniu do domu dzieci, na „tea”, co z herbatą ma niewiele wspólnego, a jest poczęstunkiem w okolicach godziny piątej. Pokochała też angielskie herbaty, czasem zamawia rybę z frytkami, a 5 listopada razem z rodziną ogląda fajerwerki i pali ogniska.

Rodzina Doroty
Rodzina Doroty

Dzisiaj Szwecja jest domem Karoliny. Czuje, że jest tu u siebie. I ona i jej dzieci są tam szczęśliwe. Bywają momenty, że czuje się obco, szczególnie, kiedy jest na jakimś spotkaniu z nowymi ludźmi w nowym miejscu, ale to raczej rzadkie sytuacje. Generalnie dobrze jej ze Szwedami. Często spotykają się z rodziną męża. „Mamy podobne zainteresowania, podróże, naturę, kuchnię, nie nudzimy się z sobą”. Mimo wszystko, nie wie, czy chciałaby się w Szwecji zestarzeć. „Marzy mi się domek gdzieś na południu Europy, we Włoszech, Grecji lub Hiszpanii, może być maleńki, byle by z widokiem na morze”. Ciepło i słońce to jedyne, czego jej na północy brakuje.

Dorota ma w Anglii sporą część swojej rodziny. Jedna z jej sióstr wyszła za Anglika, druga za chłopaka z Izraela. Na miejscu jest też brat Macieja, który studiuje tam muzykę. Anglia to ojczyzna jej dzieci i one są w niej szczęśliwe. Dorota nie czuje się obco, choć jak mówi dopiero w zeszłym roku na wakacjach zaczęła mówić, że wraca do domu. Niedługo będzie miała go namacalnie. Są właśnie z Maciejem na etapie kupowania wymarzonego domu. Dużego, z ogrodem, piwnicą i strychem. Jest przestronny i jasny. W wiktoriańskim stylu.

Więcej o Dorocie i Karolinie możecie przeczytać na ich blogach:
Blog Doroty – Nie zawsze poprawne zapiski Dee
Blog Karoliny – hemma hos Johanssons

Experience Japan #15: Ryokan

Podczas podróżowania jedna rzecz jest pewna – trzeba czasem gdzieś spać. W Japonii z pewnością jednym z najciekawszych miejsc na nocleg jest ryokan, czyli tradycyjny zajazd urządzony w 100% w japońskim stylu. Niestety zazwyczaj są one nieco (bądź dużo) droższe od zwykłych hoteli na zachodnią modłę, więc u nas zwykle przegrywały, kiedy szukaliśmy noclegu. Ale kiedy pod koniec naszego pobytu w Japonii postanowiliśmy wybrać się do wypoczynkowego miasteczka w górach, zdecydowaliśmy, że aby jeszcze lepiej wczuć się w jego klimat, zatrzymamy się w ryokanie. I tak pod koniec sierpnia wylądowaliśmy na końcu cywilizacji w starym ryokanie w Hakone.

Do ryokanu zazwyczaj nie można wchodzić w butach i trzeba poruszać się po nim w kapciach dostępnych w pokojach. Po samym pokoju można chodzić natomiast tylko na bosaka. A to za sprawą tatami, czyli japońskich mat, którymi pokoje są wykładane. Tatami mają standardowe wymiary (90×180) i jednocześnie służą jako jednostka miary powierzchni wnętrz – jedna mata tatami mieści jednego śpiącego Japończyka. Ponieważ maty wykonane są ze słomy ryżowej i specjalnego rodzaju trawy, w wyłożonych nimi pomieszczeniach unosi się zwykle charakterystyczny zapach siana. Wchodzenie w butach na tatami jest niedopuszczalne, niezależnie od rodzaju pomieszczenia – w naszym ryokanie trzeba więc było chodzić na bosaka również w restauracji i kilku innych miejscach.

W naszym pokoju niewiele było mebli – między innymi łóżek. Do spania dostaliśmy futony, czyli typowe japońskie materace – a na nich bardzo puchate kołdry do przykrycia się. Poza tym znajdował się tam jeszcze niski stoliczek z krzesłami bez nóg oraz toaletka z dużym lustrem – ulubione miejsce Foki Meli. Obok pokoju znajdowało się jeszcze dodatkowe pomieszczenie z widokiem na ogród – z dodatkowym stolikiem i krzesłami.

Mimo wszelkich wygód nasz pokój nie posiadał jednak dostępu do Internetu. Mogliśmy jednak korzystać z niego w pomieszczeniu wspólnym, gdzie można było posiedzieć na kanapach, posurfować po sieci i poczytać japońskie gazety. Można też było raczyć się napojami dostępnymi w automacie – również piwem. Codziennie wieczorem spotykaliśmy tam grupkę Chińczyków przyklejonych do swoich tabletów.

W ryokanie można też oczywiście wykupić posiłki. My zdecydowaliśmy się tylko śniadania. Przy zameldowaniu musieliśmy podać godzinę, o której zamierzamy pojawić się na śniadaniu kolejnego dnia. Dzięki temu, kiedy przychodziliśmy do jadalni, na stole czekało już nasze jedzenie. Każdego dnia dostawaliśmy co  innego, ale zawsze w skład wchodziła jakaś ryba, która przez cały czas podgrzewała się na metalowej blaszce ustawionej nad świeczką. Oprócz ryby dostawaliśmy różne inne rzeczy w malutkich miseczkach – między innymi tofu, omlety, kiełbaski czy warzywa. Nie wszystkie nas zachwyciły, ale trzeba przyznać, że zawsze wszystko wyglądało przepięknie. Do tego ryż i zupa miso w nieograniczonych ilościach i oczywiście zielona herbata lub kawa. Nie było natomiast żadnego pieczywa.

W naszym pokoju mieliśmy prywatną łazienkę, co nie zawsze jest standardem w ryokanach. Standardem są natomiast wspólne łaźnie, a  jeśli ryokan znajduje się w okolicach gorących źródeł – również onseny z naturalnie gorącą wodą o specjalnych właściwościach. Nasz rykoan posiadał swój własny onsen i oczywiście codziennie musieliśmy zaliczyć w nim kąpiel. Zaskoczeniem był dla nas za to pokój, w którym odkryliśmy stół do pingponga i zestaw do mini golfa. Kiedy po powrocie opowiadaliśmy o tym naszemu japońskiemu koledze, nie zrobiło to na nim jednak żadnego wrażenia. Wręcz przeciwnie, stwierdził, że to przecież oczywiste, że żeby wieczorem zrelaksować się w ryokanie, trzeba wymoczyć się w onsenie, a potem rozegrać partyjkę ping-ponga.

Inną atrakcją był kącik, w którym można było spróbować swoich sił w origami. Znajdowały się tam instrukcje oraz wiele kolorowych karteczek do produkcji żurawi czy serduszek. Próbowaliśmy, ale efekty nie zasługują na to, aby się tu nimi chwalić.

Ryokan to miejsce, w którym nie tylko prześpimy noc, ale też wzbogacimy naszą wycieczkę dodatkowymi aktywnościami. W naszym przypadku sprawdziło się to nieźle, bo pogoda na jaką trafiliśmy. była dość żałosna. Zdecydowanie polecamy więc, spędzić chociaż dwie noce w ryokanie podczas podróży do Japonii, bo to świetne miejsce, aby jeszcze lepiej wczuć się klimat tego kraju.

Dane: Hakone Gora Onsen Karakara
http://hakone-karakara.com/en/
Cena: 12 000 ¥ za noc dla 2 osób (ok. 400 zł)
Ocena fok: 4 Stars (4 / 5)