Przeprowadzka do Japonii? O mojej tęsknocie

Przeprowadzka do Japonii? O mojej tęsknocie

Powrót do Japonii planowaliśmy już od jakiegoś czasu. Najpierw wyjazd miał być w styczniu. Potem przełożyliśmy go na marzec, później na maj, lipiec, aż w końcu uznaliśmy, że chyba w ogóle w tym roku nie będzie dobrego momentu (i nie będziemy mieć wystarczających funduszy), żeby się tam wybrać. Wszelkie logiczne argumenty przeciw wyjazdowi oczywiście do mnie docierały, ale wewnątrz czułam się strasznie rozdarta i smutna. Moją tęsknotę podsycało to, że pisałam (dość długo) pracę magisterską o wizerunku Japonii w polskich mediach i temat Kraju Kwitnącej Wiśnie przewijał się u mnie przez cały czas. Ludzie często pytali mnie o to, czy tęsknie za Japonią. Przytakiwałam. Aż w końcu ktoś spytał mnie, za czym ja tak właściwie tęsknie? A ja za bardzo nie potrafiłam odpowiedzieć. Nie przestałam jednak o tym myśleć.

W lipcu minęły trzy lata odkąd zapakowaliśmy swoje życie do czterech walizek i wsiedliśmy na pokład samolotu Qatar Airways. Pamiętam, że był wtedy finał Mundialu i na lotnisku w Doha (spędziliśmy tam 8 godzin!) szukaliśmy miejsca, gdzie można byłoby obejrzeć mecz. Nie można było. 2 samoloty i kilkanaście godzin później byliśmy w Japonii. Kiedy planowaliśmy nasz wyjazd, chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, na co tak naprawdę się porywamy. W swojej młodzieńczej spontaniczności w ogóle nie zastanawiałam się nad rzeczami, które mogą pójść nie tak, niewiele planowałam, nie rozpracowywałam potencjalnych problemów. Coś tam poczytałam o Japonii i Fukuoce, ale ograniczyło się to pewnie do kilku stron z Wikipedii i przekartkowania przewodnika w samolocie. Serio! Tak się przygotowałam do roku życia na drugim końcu świata. Ogólnie był ze mnie wtedy mało doświadczony podróżnik. Ba! Mój pierwszy lot samolotem odbył się zaledwie 2 miesiące wcześniej. Pomijam już fakt, że decydując się na wspólny wyjazd na drugi koniec świata, nie byliśmy z Oskarem parą dłużej niż rok. Trochę mi się to dzisiaj wydaje szalone, ale wtedy bardziej szalony wydawał mi się pomysł rocznej rozłąki. 🙂 Nigdy nie marzyłam o wyjeździe do Japonii, ale miałam kilkoro znajomych, którzy za taki wyjazd daliby się pokroić. Im los nie zesłał takiej szansy. Pewnie do dziś mnie nie lubią.

Nigdy nie zapomnę momentu, w którym drzwi lotniska w Fukuoce otworzyły się przede mną po raz pierwszy. Nigdy wcześniej tak wilgotne i gorące powietrze nie uderzyło mnie w twarz (i to dosłownie). Ostatni lot z Osaki do Fukuoki był okropny – mocne turbulencje (jak się potem okazało to dość powszechne zjawisko podczas lotów nad Japonią), a ja już ledwie przytomna po bardzo długiej podróży. Po przyjeździe do naszego nowego mieszkania spędziliśmy kilkanaście minut przed wejściem nie potrafiąc rozpracować tego, jak się dostać do środka. A w końcu po przekroczeniu progu niemal natychmiast zasnęliśmy. Nie pamiętam, o której się obudziliśmy, ale pamiętam, że doświadczyłam pierwszego w swoim życiu jetlaga. Pierwsza wizyta w sklepie zakończyła się kupieniem pierwszego sushi na śniadanie. Chyba niezbyt mi smakowało. Potem była kolejna wyprawa do sklepu – tym razem pojechaliśmy do centrum Fukuoki, co zajęło nam dużo czasu i kosztowało drogo. Po raz pierwszy boleśnie doświadczyłam tego, ile kosztuje komunikacja w Japonii. Wszystko było takie nowe!

W sklepie z elektroniką kupiliśmy aparat. To nic, że miał japońskie menu i potem przez jakiś czas musieliśmy sobie radzić z dość ograniczonym budżetem. Potem wstąpiliśmy jeszcze do jednego sklepu po zakupy spożywcze i tam zrozumiałam, że życie tutaj może być trudne. Nie rozumiałam alfabetu, nie potrafiłam nic przeczytać, nie znajdowałam produktów, które znałam z Polski – nie miałam zielonego pojęcia, co mam kupić na kolację! Jako, że było już późno zdecydowaliśmy się na paczkę ugotowanego makaronu udon i jakieś dodatki – m.in. fasolę w puszce. Jakim zaskoczeniem było dla mnie, kiedy po dodaniu jej do makaronu okazało się, że jest słodka! Oskar zjadł bez marudzenia, ale mi łzy kręciły się w oczach – w co ja się wpakowałam! Dodam jeszcze tylko, że przez cały ten dzień towarzyszył nam też deszcz. Nikt nie powiedział mi, że w Japonii istnieje coś takiego jak pora deszczowa. A ja nie doczytałam.

Kolejne dni to była totalna huśtawka emocjonalna. Zaczęłam odkrywać blogi o Japonii i zachwycać się tym, co opisywali ich autorzy. Nie mogłam się doczekać, kiedy sama będę mogła to wszystko zobaczyć. W innych chwilach frustrowałam się, że znowu czegoś nie wiem, coś znowu jest dla mnie trudne, a coś nawet nie osiągalne dlatego, że jestem cudzoziemką w obcym kraju. Zaczęłam tęsknić. Z jednej strony cieszyłam się, że jestem tu gdzie jestem, z drugiej – ciężko było mi się odnaleźć i chciałam spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi z Polski. Ogólnie – nie było łatwo…

Z czasem się to wszystko nieco unormowało, chociaż wciąż bywało różnie –  raz do niczego, innym razem – wspaniale. Najlepiej wspominam nasze podróże. Zwiedzaliśmy dużo, złapałam tam podróżniczego bakcyla i zrozumiałam, że uwielbiam to robić. Nauczyłam się planować wycieczki, wyszukiwać loty, hotele i ogarniać dojazdy. A potem planować to, co zobaczyć w danym miejscu. Stawałam się coraz lepszą turystką. Moją ulubioną wycieczką jest chyba nasza objazdówka po Kyushu, kiedy w cudownym hostelu w wiosce u stóp wulkanu Aso, siadywaliśmy wieczorami na balkonie, piliśmy wino, odpoczywaliśmy i po prostu cieszyliśmy się sobą.

Rok w Japonii dał mi bardzo dużo. Był ogromnym testem dla mnie samej. Sprawdziłam się w wielu nowych sytuacjach i wróciłam z poczuciem, że naprawdę z wieloma rzeczami mogę sobie poradzić. Dzięki temu stałam się dużo bardziej pewna siebie. W Japonii miałam możliwość popatrzeć z dystansu na moje dotychczasowe życie i uświadomiłam sobie, że można żyć też inaczej. Zrozumiałam, że wychodzenie ze swojej strefy komfortu jest warte zachodu. Chyba nie można myśleć bez sentymentu o miejscu, w którym dokonało się tyle w Was samych. W ciągu tego roku pokochałam Japonię, choć nie była to miłość łatwa. Za zieloną herbatę bez cukru w butelce, którą piłam tam litrami. Za pyszne ryżowe kanapki z tuńczykiem (onigiri). Za przywiązanie Japończyków do tradycji. Za regionalne słodycze, których trzeba spróbować w każdym miejscu. Za piękne zielone krajobrazy. Za gorące źródła. Za Daiso. Za to, że sklepy (konbini) są tam na każdym rogu. Za uprzejmych ludzi. Za przezroczyste parasolki. Za dźwięk cykad latem. Za kwitnąc wiśnie wiosną i czerwone liście klonów jesienią. Za to, że zawsze ma się blisko do morza. Za to, że można czuć się tam bezpiecznie. Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo, ale mam wrażenie, że ktoś, kto tego nie doświadczył wciąż może nie rozumieć za czym tęsknię. Niech ten wątek podsumuje więc to, że o Japonii nie myślę inaczej, jako o swoim domu. Moim domu na drugim końcu świata.

A teraz wracamy. Pomysł narodził się dość spontanicznie i początkowo wyglądał na dość trudny do zrealizowania. Wygląda jednak na to, że wszystko się udało (nie ukrywajmy – tylko dzięki Oskarowi :)). Już dzisiaj wylądujemy ponownie na japońskiej ziemi. Boję się o tym mówić, bo już tyle razy odkładaliśmy ten wyjazd, że chyba sama nie wierzę, że to się dzieje. I trochę się boję – czy jak już tam będę to znowu to poczuję? Czy będę pamiętać jak się zachować? Co wypada, a co nie? Który sos sojowy był najlepszy, a którędy pójść do ulubionej knajpy z tempurą? Jakie sushi mi najbardziej smakowało? Boję się, ale to zrobię. Tego też nauczyłam się mieszkając przez rok w Japonii.

2 thoughts on “Przeprowadzka do Japonii? O mojej tęsknocie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *