Browsed by
Autor: foka oskar

Arashiyama, czyli małpy i bambusy

Arashiyama, czyli małpy i bambusy

O Kioto pisaliśmy już nie raz. Pisaliśmy  o gejszach, historii i o tym czemu uważane jest za najpiękniejsze miasto świata. Pisaliśmy też o niezliczonych świątyniach i masie bram torii. W końcu pisaliśmy o kolorowych jesiennych liściach, które co roku podziwiają tu tłumy ludzi. Dzisiaj jednak nie będzie ani gejsz, ani świątyń. Tylko liści będzie trochę. Dzisiaj bowiem o miejscu, gdzie mieści się las bambusowy i park małp. I do tego jak zwykle milion Japończyków.

Arashiyama, bo o niej dzisiaj, znajduje się około pół godziny drogi od centrum Kioto. Nazwę zawdzięcza nazywającej się tak samo górze u podnóży której się znajduje. Arashiyama jest podobno drugą najpopularniejszą turystyczną dzielnicą Kioto. My na nasze nieszczęście wybraliśmy się tam w jesienny weekend, przez co mogliśmy przekonać się o popularności na własnej skórze. Wąskie uliczki do pierwszej atrakcji – lasu bambusowego – zakorkowały się kompletnie i niczym o 17 w centrum Warszawy pozostało nam poruszanie się ślimaczym tempem do przodu. Rolę karetek i taksówek na bus pasach pełniły bardzo popularne w Kioto riksze przepychające się wśród ludzi. Tu zdjęcie już z 18, tzn. kiedy korki minęły.

Po przepchaniu się do głównej atrakcji na początku byliśmy trochę rozczarowani. Las bambusowy przypominał tam raczej połamane krzaki. Bambusy nie były za wysokie i rosły to tu, to tam, nie przypominając nijak ściany drzew, jaką widzieliśmy na zdjęciach w internecie. Ten moment miał jednak jeszcze nadejść.

Po paru minutach las właściwy zaczął się jednak na dobre i robił naprawdę spore wrażenie. Bambusy miały z metr pięćdziesiąt pięćdziesiąt metrów (no, może bardziej 20), a dziesiątki, jak nie setki Japończyków, które kłębiły się u ich stóp, wyglądały jeszcze bardziej niepewnie niż zwykle.

Obok lasu bambusowego i niezliczonej liczby świątyń chyba największą atrakcją Arashiyamy jest most Togetsukyo, który wyjątkowo malowniczo komponuje się ze zboczami góry Arashiyama podczas kwitnienia wiśni oraz jesienią. Togetsukyo w wolnym tłumaczeniu znaczy „księżyc przechodzący przez most”. Nazwa wzięła się z opisu cesarza Kameyamy, który napisał, że kiedy księżyc porusza się po niebie wygląda jakby przechodził przez ten most. Księżyca nie widzieliśmy, ale przez most przechodziliśmy my. Po drugiej stronie czekały bowiem na nas małpy.

Do parku małp Iwatayama udaliśmy się bardzo podekscytowani. Z naszymi bliższymi kuzynami widujemy się rzadko, a z tak odległymi praktycznie w ogóle. Po zapłaceniu 500 czy 600 jenów (ok. 20 zł) udaliśmy się do parku. Twórcy parku wiedzieli co robią zbierając opłaty u podnóża góry. Małpy znajdują się bowiem na szczycie, na który trochę trzeba się wdrapywać. Strona trip advisora parku pełna jest komentarzy osób, którym podejście sprawiło pewne problemy, mimo że zapewniają, iż są bardzo wysportowane. Nie lękajcie się jednak – odpowiednia ilość przerw wystarcza do tego, aby wspomnienia z góry wyparły te z podejścia. Jak mówił któryś filozof, „ból jest stanem przejściowym, radość z karmienia małpy pozostaje na zawsze”.

Na górze zastaliśmy sporą klatkę. Dla ludzi.

Nie było zatem wątpliwości kto jest tu gospodarzem. Zgodnie z Japońską tradycją gospodarzom wypada coś przynieść, dlatego na miejscu można było kupić za kilka złotych paczuszkę pokrojonych bananów i gruszek. Wiadomo co wybraliśmy. W klatce dla ludzi było trochę tłoczno i na swoją kolej przy kratach było trzeba trochę poczekać. Kiedy już się dopchaliśmy okazało się, że małpy walczące ze stereotypem wolały jednak gruszki.

Klatka zbudowana jest tak, aby można było karmić małpy w bezpiecznych warunkach. Na wolności bowiem, zgodnie z zaleceniami, powinno się małp nie dotykać, nie dawać im jedzenia, nie patrzeć im w oczy, a zgodnie z jedną tablicą nawet zachować odstęp paru metrów. Nie zawsze się to jednak udawało, ponieważ małpy biegały dosłownie pod nogami. Podobno każda z około 140 małp znajdujących się w rejonie ma swoje imię – w Japonii ma to bardzo dużą wagę. Nie wiemy jak nazywa się miła małpa ze zdjęcia poniżej, przyjmijmy więc, że to Małpa Aleksander.

Małpy żyjące w Arashiyamie to makaki japońskie. Po angielsku nazywane są także „snow monkeys”, czyli małpami śnieżnymi, ponieważ żyją na terenach, które przez wiele miesięcy pokryte są śniegiem. Żadne inne naczelne, poza Kanadyjczykami, nie żyją w tak bardzo na północ wysuniętych rejonach. Makaki bardzo lubią wygrzewać się w gorących źródłach, a w niektórych miejscach w Japonii można wygrzewać się z nimi. To doświadczenie jeszcze na nas jednak czeka.

– Co to?! Foka?!

Karmienie małp było tylko jedną, dość oczywistą atrakcją parku małp. Dużo większą przyjemność sprawiało podziwianie małp w swoim w miarę naturalnym otoczeniu. Kiedy odeszło się trochę od głównego zbiorowiska ludzi, można było w spokoju popatrzeć jak bawią się młode małpki, albo jak rodzice iskają swoje dzieci. Momentami było bardzo National Geographic.

Arashyiama była naprawdę śliczna. Musimy przyznać, że dla widoków jakie mają małpy moglibyśmy rozważyć nawet zamianę naszego japońskiego mieszkanka koło pól ryżowych na ich zniszczoną szopę. Jak będziecie zatrzymywać się w Japonii sprawdźcie zatem czy żadna małpa nie udostępnia swojego miejsca na Airbnb. Gruszki na śniadanie w cenie.

Buenos Aires – na drugim końcu świata

Buenos Aires – na drugim końcu świata

Trudno chyba znaleźć na Ziemi miejsce tak bardzo różne od Japonii jak Argentyna i miasto bardziej odległe od Fukuoki niż Buenos Aires. Gdyby z Buenos Aires wykopać tunel przez środek Ziemi, wykop skończył by się gdzieś pomiędzy Koreą, Chinami i Japonią, zaledwie 800 kilometrów od Fukuoki. Nic dziwnego zatem, że różnica czasu to 12 godzin, a lecieć trzeba aż 35 w jedną stronę. W rezultacie trzy pełne dni spędza się w samolocie. Ale nie ma tego złego – można w nich na przykład obejrzeć 10 filmów. Tak jak zrobiłem to ja.

Miejsca na ziemi z których jest bliżej do Buenos Aires niż z Fukuoki (freemaptools.com)

Do Buenos Aires udałem się – niestety bez Meli – pełnić moje naukowe obowiązki. Wizja długiej podróży niezbyt mnie cieszyła, a informacje z Internetu napawały obawą, czy wrócę ze wszystkimi zębami. Okazuje się, że w odróżnieniu od Japonii bezpieczeństwo nie jest silną stroną Argentyny. Jedną z ciekawszych informacji była ta o celowym brudzeniu turystów musztardą w celu późniejszego wyczyszczenia ich nie tylko z musztardy, ale także z zapasów dolarów i komórek.

Po 35 godzinach lotu, świeży jak skowronek utaplany w błocie, wysiadłem na lotnisku Ezeiza, z którego jak to zwykle bywa, do Buenos Aires było jeszcze 40 kilometrów. Jako że transport publiczny był bardzo odradzany, zrzuciliśmy się z kolegą na taksówkę. Zdecydowanie nie żałuję, bo po raz pierwszy zdarzyło mi się jechać w taksówce, w której kierowca wziął i zasnął. Na szczęście stojąc na światłach i pod naporem klaksonów szybko się obudził. Następnie rzucił do nas coś pod nosem i jechał dalej. Nie ma o czym gadać, jesteśmy przecież w Argentynie.

Byłem już w paru dużych miastach, ale w żadnym nie widziałem ulic tak szerokich jak w Argentynie. Buenos Aires jest drugą największą metropolią Ameryki Południowej i – co zrozumiałe – te 23 miliony ludzi musi się jakoś przemieszczać. No ale 7 pasów w jedną stronę w centrum miasta? Tak jest właśnie na Av. 9 de Julio, najszerszej alei na świecie. Ale nie tylko – zdjęcie poniżej zrobiłem na Av. del Libertador.

Nie trzeba mieszkać przez rok w Japonii, żeby obserwować argentyński sposób jazdy z podziwem. Samochody przenikają się na pasach w zupełnie niezorganizowany sposób, pojazdy wyskakują sobie przed maski bardzo niespodziewanie bez choćby skromnego mrugnięcia kierunkowskazem, a starannie rozrysowane 7 pasów nie jest niczym więcej niż wskazówką. Jestem przekonany, że żadne symulacje wieloagentowe wykonywane na konferencji nie odwzorowałyby tego skomplikowanego systemu.

Co poradzić, Argentyńczycy nie są najbardziej uporządkowanym narodem. Ale jak mogą być, kiedy trudno nawet określić, ile warte są pieniądze w ich portfelu. Według oficjalnego kursu 1 amerykański dolar wart jest okołó 9 peso. Prawda jest jednak inna. Aby ją poznać wystarczy przejść się turystycznym deptakiem Florida, na którym co kilka kroków ktoś okrzykiem „cambio” oferuję wymianę pieniędzy. I to nie po kursie 9, a 14. Czy to legalne? Pewnie niezbyt. A czy bezpieczne? Może i nie, ale o problemach z tym sposobem wymiany na konferencji nie słyszałem, a o przypadku wyjęcia fałszywego banknotu z bankomatu – a i owszem. Oczywiście po oficjalnym kursie 9 peso.

Przyznam szczerze, że zanim przyjechałem do Buenos Aires, nie wiedziałem o Argentynie za dużo. Na słowo „Argentyna” przed oczami stawało mi tylko kilku piłkarzy, piosenka „Don’t Cry for Me Argentina” i nie wiedzieć czemu wielki Jezus z Rio de Janeiro. Pewnie po prostu – tak samo jak Shakira – kojarzy mi się z każdym krajem Ameryki Południowej. Spacerując po ulicach Buenos Aires do głowy przychodzili mi także latynoscy pisarze, z których jednak żaden nie okazał się rzeczywiście być z Argentyny. Jedno z takich podejrzeń skończyło się na kupieniu w bardzo stylowym antykwariacie książki autorstwa Gabriela Garcia Marqueza. Z Kolumbii.

Buenos Aires szybko przypomniało mi jednak, że Argentyna jest kolebką tango. W Ameryce Południowej jest teraz środek zimy, a temperatura podczas mojego pobytu wahała się od 10 do 20 stopni, więc niestety ludzie nie tańczyli na ulicach. Tango miałem jednak przyjemność zobaczyć podczas bankietu konferencyjnego w Senor Tango, które jest jednym z lepszym miejsc tego rodzaju w mieście. Po kolacji, która mimo wielu dolewek argentyńskiego wina specjalnie mnie nie porwała, odbył się półtora godzinny pokaz tango. Nie jestem ekspertem i mi się podobało, chociaż w oczy rzucało się sporo dziwnego machania nogami. Od znawców słyszałem, że to taki nowy styl. Ludzie siedzieli przy okrągłych stołach, a my przenieśliśmy się, aby oglądać pokaz z balkonu. Było bardzo klimatycznie i mam nadzieję, że wybaczycie mi to bardzo rozmyte zdjęcie poniżej, na którym starałem się to oddać.

Mimo że ta kolacja wybitna nie była, jedzenie w Argentynie było bardzo miłą odmianą od japońskiej kuchni. Pierwszego dnia wyszukałem listę 10 rzeczy, których trzeba spróbować w Argentynie i nie są stekiem…

… który króluje tu we wszystkich restauracjach. Listę przysmaków, którą starałam się z biegiem czasu odhaczać, otwierały Empanadas, czyli tanie, szybkie i smaczne pierożki, dostępne we wszystkich możliwych smakach pizzy. Na argentyńską kuchnię mocno wpłynęli Włosi, dlatego popularna jest też Pizza i Ravioli. O ile te ostatnie mnie nie zachwyciły, to pierożki były pyszne.

Na deser zdecydowanie króluje Dulce de Leche, co jest po prostu bardzo wyrafinowaną nazwą polskiego kajmaku. Dulce de Leche jest tu we wszystkich możliwych słodyczach, a klasycznymi słodkościami są Alfajores, czyli dwa kawałki herbatnika z niepoważnie dużą ilością Dulce de Leche pomiędzy. Piekarnie widoczne na każdym rogu oferują Medialunas, czyli słodkie rożki niestety tylko pozornie przypominające croissanty. Dla mnie wygrał zdecydowanie Volcán de Chocolate (w którym oczywiście też nie zabrakło Dulce de Leche).

Architektura Buenos Aires robi spore wrażenie nawet zimą. Co chwilę napotykałem piękne budynki i posągi, a główne atrakcje na pewno zapadają w pamięć. Mi udało się zobaczyć m.in. El Obelisko – 70 metrowy obelisk na środku najszerszej alei świata, Cementerio de la Recoleta – najbardziej klimatyczny cmentarz na jakim byłem, Puerto Madero – port z wielkim obrotowym mostem, Plaza de Mayo – plac przy którym znajduje się Casa Rosada – siedziba kolejnych prezydentów  i parę ładnych budynków jak Teatro Colon czy budynek argentyńskiego kongresu.

Zabytki przypominają o tym, że Argentyna na początku XX wieku była siódmy krajem pod względem rozwoju gospodarczego. Nie sposób jednak nie zauważyć, że już nie jest. Po kryzysie finansowym z końca lat 90. Argentyna zaliczana jest już wręcz do krajów rozwijających się, a więc nie rozwiniętych. Nie było dnia żebym nie zobaczył kilkunastu bezdomnych śpiących na mojej niezbyt długiej drodze z hotelu na konferencję. Wiele pięknych kamienic skontrastowanych jest z kompletnymi ruderami. Na Cementerio de la Recoleta grób ukochanej przez naród Evy Peron można poznać podobno po tym, że złote zdobienia nie są ukradzione. Tworzyło to wszystko dość smutny klimat.

W wielu miejscach można było jednak odnieść wrażenie, że czas się zatrzymał. Może to i dobrze – bo czy nie lepiej wspominać dawną wielkość, niż nigdy tej wielkości nie zaznać?

Krótko i nie na temat: Winda mówi „przepraszam”

Krótko i nie na temat: Winda mówi „przepraszam”

„Steimaidimas” to jedna z niewielu japońskich fraz, które po roku w Japonii potrafię powtórzyć. Słyszę ją co rano wsiadając do windy i oznacza, że winda zawiezie mnie nie w górę, a w dół. Jako że mieszkamy na najwyższym piętrze, nie jest to nigdy dla mnie zbytnią niespodzianką. Wciąż czekam na moment, w którym tej frazy będę mógł użyć w zwykłej rozmowie.

Winda potrafi jednak zaskoczyć. Nic bowiem dziwnego, że winda informuje, czy jedzie w górę czy w dół, czy też o tym, że zamyka drzwi. Okazuje się jednak, że potrafi też przyznać się do błędu. Posypać sufit popiołem i obiecać, że następnym razem postara się bardziej, będzie szybsza i przestronniejsza.

Pierwszy raz winda przeprosiła mnie, kiedy wracaliśmy całą grupą z obiadu. Oprócz nas jechało wtedy jeszcze z siedmiu Japończyków, co potwierdzało tezę, że nie ma takiej liczby Japończyków, która nie zmieściłaby się w windzie. Winda czuła jednak, że jest ciasno i dlatego przeprosiła za to, że nasz komfort jest obniżony. Drugim razem z dwóch wind działała tylko jedna i przyszło nam czekać ze dwie minuty. I tym razem winda wyczuła nasze rozczarowanie i wykazała się współczuciem, przepraszając i zapewniając, że robiła co w jej mocy, aby dojechać jak najszybciej.

Obserwując najnowsze trendy w sztucznej inteligencji, a nawet uwzględniając film o człowieku, który zakochał się w systemie operacyjnym (innymi niż Linux), można stwierdzić, że wchodzimy w nową erę. Erę maszyn, które czują nie mniej niż człowiek.

Experience Japan #12: Kocia wyspa

Experience Japan #12: Kocia wyspa

Koty grające na keyboardach i jeżdżące po ulicach samochodem. Albo na roombie. Albo siedzące przy stole i jedzące ryby. Jeżeli tak wyobrażacie sobie kocią wyspę to pewnie się zawiedziecie. Jeżeli natomiast spodziewacie się masy bezpańskich kotów, które będą łasić się do nóg i jeść wam z ręki to zdecydowanie powinniście odwiedzić chociaż jedną z licznych japońskich kocich wysp.

Pierwszą kocią wyspą, którą odwiedziliśmy jeszcze w zeszłym roku, była Genkaishima, oddalona o jakieś pół godziny promem od Fukuoki. Niestety, spore trzęsienie ziemi sprzed kilku lat (z epicentrum praktycznie dokładnie pod tą wyspą) połączone z tsunami mocno zdziesiątkowało populację kotów na wyspie. Skończyło się zatem na siedzeniu z 10 zaznajomionymi kotami w porcie. Mieliśmy dzięki temu sporo czasu, aby dokładnie je obfotografować.

Pierwsza wizyta nieco nas rozczarowała, ale postanowiliśmy się nie poddawać i w zeszły weekend wybraliśmy się na jedną z najsłynniejszych kocich wysp w Japonii. Z kieszeniami wypełnionymi Kal Kanem (czyli japońskim Whiskasem) pojechaliśmy na Ainoshimę. Ta wyspa, nazywana „kocim rajem”, oddalona jest od naszego fokarium o 3,5 godziny drogi – autobusem, metrem, drugim metrem, drugim autobusem i promem. Nie mamy jednak wątpliwości, że warto było tę drogę pokonać.

Mimo że na Ainoshimie mieszka podobno 500 osób i ponad 100 kotów, kotów widzieliśmy dużo więcej niż ludzi. Może dlatego, że dla ludzi jedzenie z ręki kociego przysmaku nie było specjalną atrakcją. Trzeba było pewnie spróbować z ciastkami. Turystów też nie było za dużo – oprócz nas na koty polowały z dwie inne pary i jedna Japonka z psem. Nie wiemy, dlaczego ktoś ją tutaj wpuścił.

Po zejściu z promu naturalnym odruchem jest chęć zagłębienia się w wyspę. Co nie do końca jest dobrym pomysłem, bo koty zwykle czają się właśnie w okolicach portu. Popularnym widokiem są zatem rybacy odganiający je od swoich wiader z rybami. Jeżeli koty nie są w porcie, to na pewno kryją się gdzieś w cieniu. Na Ainoshimie nie ma podobno samochodu, pod którym nie leżałby kot.

Nie sposób nie wspomnieć też o tym, że kocia wyspa to nie tylko śmiech i miałczenie, ale też trochę smutku. Mieszkające tu koty rzadko mają opiekunów, wiodą zatem dzikie życie z wszystkimi tego konsekwencjami. Sporo kotów ma widoczne problemy zdrowotne, szczególnie z oczkami. Średni wiek to około 3 do 5 lat, czyli z trzy-cztery razy mniej niż domowe sierściuchy, które mogą koncentrować się na szukaniu pudeł do wskoczenia.

Kocie wyspy powstały podobno po prostu dlatego, że Japończycy bardzo lubią koty. Uważają, że przynoszą one szczęście, a dawniej obserwując ich zachowanie przewidywali pogodę. Rybacy kocich przysmaków mają akurat pod dostatkiem, więc dokarmiając koty stworzyli im bardzo dobre warunki do rozwoju populacji. Ciężko bowiem żeby na wyspie coś kota dopadło. No, chyba że ten pies Japonki.

Na kocich wyspach zwykle ciężko o inne atrakcje niż koty. Rozdaliśmy więc ze trzy paczuszki kociego jedzenia, pogłaskaliśmy z kilkanaście kotów i wróciliśmy do Fukuoki. Mamy nadzieję, że koty zapamiętają nas równie dobrze jak my je.

Kocią wyspę w naszym rankingu wysp umieścilibyśmy gdzieś pomiędzy Wyspą Skarbów a wyspą kuchenną.

Dane: Ainoshima
https://en.wikipedia.org/wiki/Ainoshima_%28Shing%C5%AB%29
Cena:
za darmo! (dojazd ok. 2400 ¥ / 75 zł z centrum Fukuoki)
Ocena fok: 4 Stars (4 / 5)

Experience Japan #10: Shinkanseny

Experience Japan #10: Shinkanseny

Shinkansenów  – sieci superszybkich japońskich pociągów – nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Między innymi to właśnie dzięki nim Japonia słynie na całym świecie jako kraj super rozwiniętych technologii i automatyzacji. Ich długie nosy, przypominające bolidy Formuły 1, dodają im magii i budzą zrozumiały respekt, jakim darzy się wszystkich z długimi nosami. Nic więc dziwnego, że każdy turysta przyjeżdżający do Japonii marzy o tym, aby Shinkansena poczuć na własnej skórze.

Zanim o samej przejażdżce, przytoczmy kilka niesamowitych informacji o Shinkansenach. Shinkaseny prują przez Japonię z prędkością nawet 320 km/h już od 51 lat. Przez ten czas przewiozły 5,6 miliardów ludzi, czyli wszystkich, którzy nie są Chińczykami – jeden raz. Istnieje jednak ewentualność, że ktoś jechał dwa razy. Pomiędzy Tokyo a Osaką, dwiema największymi metropoliami Japonii odległymi o 500 km, codziennie w obu kierunkach kursuje ponad 300 pociągów, z których korzysta 400 tysięcy pasażerów. Podczas szczytu w ciągu jednej godziny z każdego z tych miast wyrusza aż 13 pociągów, każdy mieszczący około 1300 osób.

Shinkanseny znane są ze swojej punktualności – średnie opóźnienie wszystkich pociągów w 2012 roku wyniosło 36 sekund. Japońskie koleje podchodzą do opóźnień bardzo poważnie i nierzadko wystawiają osobie za nie odpowiedzialnej rachunek.  A jeżeli spóźnienie spowodowane zostało przez nieszczęśnika, który na torach postanowił zakończyć swe życie, rachunek wystawia się rodzinie zmarłego. Słynna jest sprawa z 2008 roku, kiedy to koleje zażądały 7,2 miliona jenów (ok. 200 tysięcy złotych) od rodziny 91-letniego staruszka z demencją, który niefortunnie zabłąkał się na tory.

Super szybkie pociągi uważane są również za bardzo bezpieczny środek transportu. Od początku ich istnienia nie zginął jeszcze nikt  z powodu kolizji i wykolejeń, pomimo trzęsień ziemi i tajfunów, które usilnie starają się popsuć tę statystykę. Niestety w zeszły wtorek świat obiegła informacja o tym, że ktoś jednak w Shinkansenie zginął – musiał jednak w tym celu oblać się benzyną i podpalić.

Japończycy aby uzyskać wzorowe bezpieczeństwo i punktualność użyli najnowszych technologii. Jedną z nich jest scentralizowany system kontroli ruchu (ATC), inną – UrEDAS – system wykrywający trzęsienia ziemi, powodujący praktycznie natychmiastowe zatrzymanie pociągu zagrożonego wykolejeniem. Podstawą jednak było po prostu wybudowanie oddzielnych, bezkolizyjnych torów, które dzięki tunelom i wiaduktom mają bardzo mały profil skrętu. Nie bez znaczenia jest pewnie też to, że w Japonii nikt nie kradnie trakcji.

Wróćmy jednak do samego niesamowitego doświadczenia jakim jest jazda Shinkansenem. Shinkansen z zewnątrz wygląda bardzo okazale. Wrażenie robi także krótki czas podróży. No i w sumie to by było na tyle. Jeżeli nie śledzimy podróży z palcem na mapie, albo wpatrzeni jak szybko przesuwa się kropka GPSa, przejazd nie wzbudza niestety zbytnich emocji. Jest bez fajerwerków, szybko i praktycznie, czyli tak jak Japończycy lubią najbardziej. No i drogo. Shinkanseny są tak szybkie, że każda minuta jazdy kosztuje ok. 2,5-3 zł, co przy 2  czy 3 godzinach podróży naprawdę boli. Aby ominąć wysokie ceny można zainwestować w JR Passy, które pozwalają na niemal nieograniczone przejazdy w ciągu tygodnia za jedyne 29 000 JPY (ok. 900 zł). My nigdy z nich nie skorzystaliśmy – dostępne są one bowiem tylko dla turystów na 90-dniowej wizie, a nie starych Japończyków jak my. Od Shinkansenów nawet z JR Passem zwykle bardziej opłacalne są jednak tanie linie lotnicze – Peach i Jetstar, które często oferują bilety pomiędzy dużymi miastami za jedyne 100-200 zł. I latają z prędkością 900 km/h. Nimi jakoś jednak nikt się nie zachwyca.

Dane: Shinkansen
http://english.jr-central.co.jp/shinkansen/
Cena:
13 620 ¥ (ok. 410 zł) za bilet Tokyo-Osaka
Ocena fok: 2 Stars (2 / 5)