Browsed by
Autor: foka oskar

Experience Japan #9: Mecz Baseballu

Experience Japan #9: Mecz Baseballu

Zanim przyjechaliśmy do Japonii, o tutejszym sporcie wiedzieliśmy niewiele. Bazując na tym, co dociera do Polski, spodziewaliśmy się, że wszyscy szczupli sportowcy trenują skoki narciarskie, a ci mniej szczupli startują w zawodach sumo. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. Adama Małysza nie zna tu nikt, a zawodników sumo nie ma chyba za wielu, bo według limitu kilogramów naszej windy, statystyczny Japończyk waży 65 kilogramów. Wszędzie, ale to wszędzie widać za to boiska do baseballu.

Tak jak w Polsce wszechobecny jest futbol, tak w Japonii wszyscy grają w baseball. Grają i dorośli i dzieci. Akurat w zeszłą sobotę odbywały się rozgrywki uniwersyteckie, w których drużyna naszego laboratorium grała w softball (taki baseball dla dziewczyn). Aby ćwiczyć wystarczy piłka i dwie rękawice, więc studenci często wychodzą grać na przerwach, żeby się trochę rozerwać. Prawie 50% Japończyków deklaruje, że ich ulubionym sportem jest baseball, a na mecze chodzą całe rodziny.

Na nasze szczęście właśnie z Fukuoki pochodzi najlepsza drużyna baseballowa całej Japonii – Fukuoka Softbank HAWKS. Plakaty z zawodnikami witały nas na lotnisku już w dniu przyjazdu. Wiedzieliśmy, że kwestią czasu było to, kiedy odwiedzimy stadion lokalnych jastrzębi – Fukuoka Dome. Ten dzień nastał wreszcie tydzień temu. Zanim pojawialiśmy się tam my, stadion słynął już z innych rzeczy. Od 2010 posiada największą powierzchnię telebimów HD z wszystkich stadionów świata, Frank Sinatra zaśpiewał na nim swoje dwa ostatnie koncerty w życiu, a w filmie dokumentalnym „Gamera: Guardian of the Universe” rozsuwany dach stadionu użyty został jako pułapka na pterodaktyle.

Nasza wycieczka na mecz zaczęła się jednak od falstartu, bo wybraliśmy się na zawody, które mimo 38561 miejsc na stadionie całe się wyprzedały. Nie za bardzo zdając sobie sprawę z tego, kto będzie przeciwnikiem naszej drużyny w najbliższym meczu za tydzień – kupiliśmy na niego bilety. Biletów na sektor kibicowski nie chcieli nam jednak sprzedać i dostaliśmy kulturalne miejsca 432 i 433 w rzędzie 43.

Stadion robi ogromne wrażenie, głównie dlatego, że jest taki ogromny. 90% akcji dzieje się jednak na niewielkiej części boiska. Dobrze że nie znaliśmy żadnego z graczy, bo nie mieliśmy problemu z ich rozpoznawaniem. Pod koniec meczu potrafiliśmy jednak nawet z daleka rozpoznać naszego ulubionego zawodnika – Lee Dae-ho, czyli sympatycznego Koreańczyka, który nie należy do najszczuplejszych, ale udało mu się kiedyś w 9 meczach pod rząd zaliczyć home run, czyli walnąć piłkę tak mocno, żeby zdążyć zaliczyć wszystkie cztery bazy. Biorąc pod uwagę jego zdolności sprinterskie, nie mamy wątpliwości, że musiał wybić ją poza boisko.

Baseball jest ogólnie dość nudnym sportem. Statystycznie co minutę miotacz rzuca piłkę. Pałkarz stara się ją odbić. Wbrew temu, czego się spodziewaliśmy, udaje mu się to niezwykle rzadko – może z raz na 5 minut. Po tym następuje kilkanaście sekund emocji, ponieważ drużyna tego kolesia, który rzucał, stara się ją znowu złapać (to po co rzucał, chciałoby się zapytać). Pałkarz i czasem jego koledzy w tym czasie zaliczają bazy. Sytuacja, w której pałkarz uderzył piłkę na tyle mocno, żeby zdążyć przebiec 30 metrów do pierwszej bazy zanim piłkę złapano i odrzucono, zdarzyła się 23 razy w ciągu 200 minut. Tak, mecz trwał prawie trzy i pół godziny.

Ale widzowie nie mogą się przecież nudzić, bo sobie pójdą i nie wydadzą fortuny na drogie piwo na stadionie. Dlatego cała impreza obfituje też w sporo atrakcji pozasportowych. W przerwach między inningami (rundami) puszczana jest muzyka, a na wielkich ekranach wyświetlane są animacje, żeby było wiadomo, kiedy klaskać w rytm piosenki. Z kolei ulubionym momentem Foki Meli zdecydowanie był Hot Dog Race (wyścig hot dogów?), kiedy w przerwie w grze na murawę wybiegły maskotki. Metę wyznaczały cheerleaderki. Wygranej gratulujemy popcornowi.

Nasze miejsca położone były niedaleko trybuny zagorzałych kibiców, którzy cały czas śpiewali przy akompaniamencie instrumentów dętych i wystukiwali rytm między innymi za pomocą pokaźnych rozmiarów bębnów. Atrakcji było na tyle dużo, że można było nie zauważyć, że gracze wznowili już grę po przerwie. Koncentrację na meczu utrudniały w szczególności roznosiciele (a raczej głównie roznosicielki) piwa, napojów bezalkoholowych, a nawet lodów Haagen-Dazs, którzy co kilkadziesiąt sekund stawali przed sektorem i machając zachęcali do wydania kolejnych pieniędzy.

Po hot-dogi albo równie popularne na trybunach takoyaki (nie zapominajmy, że jesteśmy w Japonii, a nie USA) trzeba było wybrać się jednak samemu do jednej z wielu budek z jedzeniem na zewnątrz.

Jednym z najfajniejszych punktów meczu była akcja z balonami wypuszczanymi w trakcie siódmego inningu po oficjalnym odśpiewaniu hymnu naszej drużyny. Aby uczestniczyć w zabawie, tak jak reszta kibiców kupiliśmy balony i w odpowiednim momencie wypuściliśmy w niebo. Efekt robił wrażenie.

Ogólnie jak na Japonię przystało, było bardzo amerykańsko. Nasza drużyna rozgromiła rywali 11:1 zaliczając 3 home runy. Na koniec z okazji zwycięstwa były nawet fajerwerki pod zamkniętym dachem. Mimo że mecz był trochę nudny, oprawa i piwo zrobiły swoje i miło spędziliśmy czas. Warto było przejść się na mecz, choćby po to, żeby zobaczyć czym ci Amerykanie tak bardzo się ekscytują.

Dane: Fukuoka Yahuoku! Dome
http://www.softbankhawks.co.jp/global/english/index.php
Cena:
od 3000 ¥ (ok. 90 zł)
Ocena fok: (3 / 5)

Experience Japan #7: Onsen

Experience Japan #7: Onsen

Dzisiaj kilka słów o kąpieli. W dużej wannie. Nago. Z innymi facetami (albo kobietami – jeśli jesteś kobietą). Teraz dodajcie do tego kamienie, gorącą źródlaną wodę i kojący szum leniwie spływających strumieni i otrzymacie onsen – idealne miejsce do relaksu i regeneracji. Prosto z Japonii.

W onsenach ciężko o zrobienie własnego zdjęcia – fotografowanie nagich ludzi nie jest mile widziane. Dla tych, którzy nie mają jednak takich skrupułów, często powieszone są znaki zakazu. Dlatego jesteśmy bardzo dumni z naszych zdjęć, które chytrze wykonaliśmy w środku nocy na 10 minut przed zamknięciem  onsenu w naszym hotelu w Beppu (nie było oficjalnych zakazów, więc prawa nie złamaliśmy). Zapraszamy do środka!

Jeszcze zanim wejdziemy do przebieralni często musimy zdjąć buty i dalej przemieszczać się na bosaka. Przed wejściem w lepszych onsenach otrzymujemy również ręcznik, a tam gdzie tak nie rozdają ich za darmo, często można je wypożyczyć za niewielką dodatkowa opłatą. Potem drogi się rozwidlają, a oddzielne pomieszczenia oznaczone są zasłonami. Damska jest zwykle czerwona, a męska zielona/czarna/niebieska. Zazwyczaj jednak nawet w mniejszych lokalnych onsenach odmiennym kolorom towarzyszyły też napisy po angielsku.

Za kurtynami znajdują się przebieralnie, a właściwie bardziej rozbieralnie. Do onsenu bowiem wchodzimy nago, dzierżąc w dłoni jedynie mały „ręcznik skromności” („modesty towel”). Ubrania zostawia się w specjalnych koszach lub szafkach. Bardziej cenne rzeczy za dodatkową opłatą możemy zostawić też w szafkach zamykanych na kluczyk, który przymocowany do gumowej bransoletki, zabieramy ze sobą do kąpieli. Rzadko jednak widzieliśmy, aby ktoś z Japończyków korzystał z tej opcji. Zanim jednak wejdziemy do onsenu pozwolę Foce Meli porozpływać się (przypadek?) nad tym, jak owe przebieralnie potrafią być wyposażone.

Wszystko oczywiście zależy od miejsca, do którego trafiliśmy. Standardem we wszystkich miejscach są mini toaletki z lustrem, często z dodatkowymi umywalkami. Tam też leżą suszarki do włosów. Do bardziej luksusowych onsenów możemy wybrać się nie zabierając właściwie żadnych własnych rzeczy, bo wszystko czego możemy potrzebować dostaniemy na miejscu. Znajdziemy tam bowiem mleczka do demakijażu, dodatkowe kosmetyki do mycia twarzy czy szczotki do włosów. Jak również kremy i balsamy do ciała. Słyszałam również o onsenach, (choć sama w takim nie byłam) gdzie poza wszelkimi kosmetykami do demakijażu i pielęgnacji otrzymamy też kosmetyki kolorowe, aby po relaksie w onsenie móc ponownie wykonać makijaż.

Bezpośrednio z przebieralni wchodzi się już do sali z onsenem. Tam pierwsze kroki powinniśmy skierować pod prysznic – przed moczeniem się trzeba się dokładnie umyć. Prysznice są umieszczone na ścianach, a w większych onsenach nawet w rzędach. Zgodnie z tradycją, przed każdym prysznicem stoi krzesełko, aby myć się na siedząco. Czekają tam też na nas kosmetyki – co najmniej mydło, choć w większości miejsc, które odwiedziliśmy, w zestawie były też zwykle szampon i odżywka do włosów.

Po umyciu się możemy wejść do wody. Znajdujemy mniej zajęte miejsce i siadamy. No i się moczymy. W zależności od onsenu możemy mieć mniejszy lub większy wybór „basenów”. Nam zdecydowanie najbardziej podobają się te na świeżym powietrzu, gdzie gorąca woda styka się ze świeżym, chłodniejszym powietrzem. Woda może mieć różną temperaturę, jednak zawsze jest bardzo gorąca. Zwykle jest to około 40 stopni. Jeśli chodzi o rzeczy, których nie powinno się robić w onsenie to picie alkoholu, czy zbyt głośne rozmawianie. Do onsenu nie zostaniemy też wpuszczeni, jeśli posiadamy tatuaż.

A jeżeli chodzi o kwestię nagości, to budzi ona emocje jedynie za pierwszym razem przez pierwsze kilka minut. Pewien komfort psychiczny daje noszony ręcznik, którym Japończycy osłaniają się zmieniając miejsce. Problem „gdzie w basenie położyć ręcznik” Japończycy rozwiązują zwykle przewiązując go na czole, robiąc sobie z niego turban, bądź po prostu kładąc złożony na czubku głowy. Wyglądają wtedy iście dostojnie.

Kiedy już naprawdę nie będziemy mogli wytrzymać z gorąca, kończymy relaksowanie. Zdrowej onsenowej wody nie trzeba spłukiwać, chociaż niektórzy to robią. Bardzo ważne jest to, żeby przed powrotem do przebieralni dokładnie wytrzeć się noszonym ze sobą ręcznikiem. Raz tego nie zrobiłem i po chwili do męskiej przebieralni wpadła pani (!!!) i poczęła sumiennie wycierać wszystkie krople z podłogi, co chwilę spoglądając na mnie i kręcąc głową. Tego doświadczenia nie polecam.

Onseny są różne, a ceny tych które my zwiedziliśmy wahały się od 300 do 1000 jenów (ok. 9 do 30 zł). Zwykle baseny męskie są zupełnie oddzielone od damskich, ale zdarzają się także onseny mieszane, w których kobiety kąpią się z mężczyznami. Do jednego takiego nawet się udaliśmy, ale… okazało się, że poza nami nie ma tam nikogo. O poszczególnych onsenach poopowiadamy jeszcze później, a tu na koniec zamieszczamy zdjęcie jednego z najciekawszych.

Dane: Onsen w „Nishitetsu Resort Inn Beppu”
http://www.booking.com/hotel/jp/nishitetsu-resort-inn-beppu.en-gb.html
Cena:
300-1000 ¥ (ok. 9-30 zł)
Ocena fok: (4 / 5)

PS. Spotkaliśmy się również z inną szkołą korzystania z onsenu. Mianowicie – najpierw wchodzimy do wspólnego basenu, potem się myjemy, a potem wchodzimy jeszcze raz i się moczymy. Jak na załączonym niżej obrazku. Nie zaobserwowaliśmy tego jednak w praktyce.

880 minut w autobusie, 7 onsenów i 3 góry w 6 dni, czyli Bus Trip po Północnym Kyushu

880 minut w autobusie, 7 onsenów i 3 góry w 6 dni, czyli Bus Trip po Północnym Kyushu

Tokio, Yokohama, Osaka, Kyoto, Fukuoka, Hiroshima – wszystkie te miasta łączą dwie rzeczy. Po pierwsze – to jedne z największych miast Japonii. Po drugie – wszystkie je zwiedziliśmy. Ale nie samymi metropoliami Japonia stoi. W końcu przyszedł czas, aby porzucić Shinkanseny, metra czy promy i za pomocą starych, dobrych autobusów zwiedzić naszą własną wyspę – Kyushu (tak, wiemy, że istnieje polska pisownia „Kiusiu”, ale nie wygląda to poważnie i publicznie protestujemy przeciwko temu spolszczeniu). Kupiliśmy więc po SunQ Passie i ruszyliśmy w nieznane.

SunQ Pass to karnet, który pozwala poruszać się prawie wszystkimi (na pewno wszystkimi spotkanymi przez nas na trasie) autobusami przez 3 lub 4 dni. Można wybrać droższą opcję na wycieczki po całym Kyushu lub nieco tańszą jedynie na północną część wyspy. Jeden karnet kosztował 8000 jenów (ok. 240 zł), starczył na połowę wycieczki i jak się okazało opłacał się raczej na styk, ale uczucia bogactwa jakie mieliśmy, machając nim do kierowców zamiast mozolnie odliczać monety, nie oddalibyśmy za żadne pieniądze.

Naszą podróż zaczęliśmy z nowego terminalu autobusowego w Fukuoce, który wyglądał niedużo gorzej niż stacja Shinkansena. Szybko przekonaliśmy się jednak, że takie luksusy czekają nas tylko w dwumilionowych metropoliach.

Wyspa Kysuhu słynie z trzech rzeczy – onsenów, gór i tego, że my na niej mieszkamy. Haha. Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy do Beppu, w którym według relacji znajomego Japończyka nie ma nic ciekawego poza ciepłymi źródłami. Zaskakująco, Beppu okazało się całkiem sporym miastem (120 tysięcy ludzi), z palmami na ulicach, klimatem uzdrowiska i silnym powiewem amerykańskiej kultury. Może gdyby Japończycy wygrali drugą wojnę światową tak właśnie wyglądałaby Kalifornia. Ale w sumie nie byliśmy w Kalifornii, więc co my tam wiemy.

W Beppu mieliśmy zarezerwowane dwa noclegi w hotelu z własnym onsenem. Półtora dnia spędzone w tym mieście upłynęło nam bardzo intensywnie. W telegraficznym skrócie: obejrzeliśmy bagna i źródła o temperaturze 100 stopni z krokodylami gratis (dużo przyjemniejsze niż śmierdząca Rotorua w Nowej Zelandii), zjedliśmy amerykańską pizzę, przeszliśmy się brzegiem oceanu, zaliczyliśmy pierwszy onsen w naszym życiu, wdrapaliśmy się na górę Tsurumi, zjechaliśmy kolejką linową, odwiedziliśmy drugi onsen w naszym życiu – na dachu budynku i wróciliśmy do hotelu na piechotę  przez Beppu Park, bo ostatni autobus odjechał nam o 19:36.

Trzeciego dnia świt rankiem, a dokładniej 10 minut przed terminem check-outu popędziliśmy w dalszą drogę. Do informacji turystycznej.

Szukanie informacji w internecie o autobusach Kyushu to niezła mordęga. Nie mówimy, że nie da się tego zrobić, ale na pewno szybko mija na to ochota. Korporacji autobusowych jest tu kilka i próżno szukać ich połączeń w wyszukiwarce map Google’a. Miejsca, które odwiedzaliśmy, były jednak nastawione dość turystycznie, więc nie brakowało punktów informacyjnych, których pracownicy byli niezwykle pomocni. Dla każdej większej atrakcji mieli przygotowaną specjalną planszę, która pokazywała gdzie wsiąść i wysiąść, a osobna karteczka przedstawiała rozkład jazdy. Gorzej było, jak chcieliśmy pojechać do miejsca, które nie posiadało swojej planszy (zawsze się znajdą jacyś wywrotowcy…).

Z Beppu pojechaliśmy do Oity, gdzie w dość nerwowej atmosferze (powinni lepiej oznaczać te przystanki…) w 20 minut przesiedliśmy się na autobus, który jedzie ze wschodniego wybrzeża Kyushu na zachodnie. Wysiedliśmy z niego gdzieś w połowie trasy – w miasteczku Aso położonym u podnóża największego aktywnego wulkanu Japonii o tej samej nazwie. Wulkan w sierpniu zeszłego roku zachował się bardzo nieładnie i wybuchł po raz pierwszy od 22 lat. Od tego czasu Japończycy nie dopuszczają nikogo bliżej niż na kilometr od krateru i pozostają przy nadziei, że kolejny ewentualny wybuch także podporządkuje się tej magicznej granicy.

W Aso spędziliśmy 3 noce w Aso Base Backpackers – trzecim najlepszy hostelu Azji, który swoją jakością przebił większość hoteli, w których do tej pory nocowaliśmy. Ten wspaniały przybytek posłużył nam za bazę wypadową do miasteczka onsenów i ryokanów – Kurokawy, punktu widokowego Daikanbo oraz niezwykle malowniczego Kusa-senri – miejsca po którym na wolności biegają konie, ludzie i żaby, skąd wdrapaliśmy się na jeden z pięciu szczytów Aso. Góra Aso ma bowiem pięć różnych wierzchołków. Na szczęście pluje ogniem tylko z jednego.

Małe miasteczko Aso przywitało i pożegnało nas deszczem. Jedyny pogodny dzień pozostawił pewien niedosyt, mimo że w ciągu niecałych 8 godzin zobaczyliśmy kalderę, w której leży miasteczko, zarówno z południowej jak i północnej strony. Ponadto okazało się, że mimo wspaniałej bazy noclegowej, nie jest to tak wspaniała baza wypadowa na dalsze wycieczki. Zobaczenie niektórych atrakcji okazało się co najmniej mocno karkołomne dla osób nieposiadających samochodu, szczególnie w deszczu. W Japonii nie jest honorowane ani zwykłe, ani międzynarodowe prawo jazdy wydawane w Polsce, więc nie mogliśmy wypożyczyć auta. Z oglądania olbrzymiego parku kwiatów Kuju i wodospadu Nabegataki musieliśmy więc niestety zrezygnować. Rady informacji turystycznej ograniczały się bowiem do gorliwego proponowania „taxi” na 40 kilometrowy kurs.

Poganiani porą deszczową, szóstego dnia uciekliśmy do Kumamoto, aby zobaczyć największą atrakcję tego sporego miasta – zamek. W Kumamoto niepodzielnie króluje sympatyczny miś Kumamon, będący symbolem całej prefektury. Na szczycie zamkowej wieży, spoglądając na mglistą panoramę, można było zapomnieć na chwilę o wieżowcach, otaczających jeden z ostatnich bastionów dawnych czasów w nowoczesnym mieście. Nie zdziwilibyśmy się, gdyby z jednej z zamkowych komnat wyłonił się nagle Kumamon we własnej osobie.

Tego samego dnia zmęczeni wróciliśmy do Fukuoki. A podróż odbyliśmy autobusem najmniej wygodnym ze wszystkich dotychczasowych, w którym nawet korytarz zmienił się w regularny rząd foteli. W ciągu 6 dni z osób, które z lekkim wstydem przyznawały, że od prawie roku mieszkając w Japonii, nie były w żadnym onsenie, staliśmy się ich prawdziwymi bywalcami, mocząc się w gorącej wodzie w 7 różnych miejscach! Wdrapaliśmy się też na trzy góry (mniejsze i większe). Naszą wycieczkę uznajemy zatem za całkiem udaną. Kolejne, bardziej szczegółowe opowieści z Kyushu już wkrótce na naszym blogu. A my zabieramy się za planowanie wycieczki po kolejnych wyspach Japonii…


Foki radzą:

  • RADA 67
    Jeżeli po 10 minutach drogi od przystanku, na którym wysiadłeś, nie możesz znaleźć przystanku powrotnego po drugiej stronie drogi, to zapewne ten pierwszy był przystankiem podwójnym.
  • RADA 68
    Koniecznie spróbuj lokalnego sernika w Aso. Można nim sobie odmrozić zęby, ale warto.
  • RADA 69
    Pytając w informacji turystycznej o godzinę odjazdu autobusu, zawsze dopytaj o godzinę autobusu powrotnego. To przecież nie wina doradzającego, że proponuje wyjazd o 16:40, gdy tymczasem ostatni powrotny odjeżdża o 16:20.
  • RADA 70
    Jeżeli chcesz zrozumieć co mówią zagraniczni turyści w mniej popularnych miejscach Japonii, naucz się niemieckiego.
Experience Japan #6: Japońskie toalety

Experience Japan #6: Japońskie toalety

Japończycy zautomatyzowali wiele czynności i wprowadzili komputery do prawie każdego aspektu życia. Chyba jednak nic nie budzi takiego zaciekawienia co japońskie toalety. Normalna europejska toaleta ma jeden przycisk. Bardziej zaawansowana – dwa. Po co więc Japończykom aż 18? Dzisiaj o bardzo przyziemnym doświadczeniu – korzystaniu z japońskiego wucetu.

Czystość jest dla Japończyków bardzo ważna. Dlatego też kiedy w latach 80. na rynek trafiły washlety firmy TOTO, czyli muszle klozetowe ze zintegrowanym bidetem, od razu zyskały dużą popularność. W 2002 roku washlet był już w co drugim domu i w rezultacie więcej ludzi miało komputer w toalecie niż w salonie. W wielu miejscach publicznych obok super nowoczesnych toalet wciąż można jednak spotkać takie typu „dziura w ziemi”, czyli poprawniej mówiąc toalety kucane, z których korzysta się w pozycji „na Małysza” (a w Japonii „na Kasaiego”). Dla wielu Azjatów jest to bowiem wciąż bardziej higieniczny i zdrowszy sposób korzystania z toalety i sporo osób (szczególnie tych starszej daty) nie chce używać cudów techniki.

Na pierwszy rzut oka washlety wyglądają jak zwykła toaleta. Różnią się tym, że wyposażone są w specjalną dyszę, która po użyciu odpowiedniego przycisku wysuwa się, gdzie powinna i wykonuje brudną robotę za nas. Jako że każdy doświadczył kiedyś awarii programu komputerowego, pierwszemu skorzystaniu z toalety towarzyszy lęk, bo jedna rzecz to awarię zobaczyć, a zupełnie inna poczuć na własnej skórze. Z czasem miejsce lęku zastępuje jednak przyzwyczajenie. Siłę strumienia można regulować, a temperaturę o wysokości 38 stopni wyznaczyli naukowcy z Japońskiego Instytutu Badań do spraw Toalet. Po wszystkim lepsze toalety mają do zaoferowania nawet suszarkę. W innych wypadkach trzeba jednak szukać papieru toaletowego.

Udogodnienia nie kończą się jednak na dbaniu o czystość. Toalety często same spuszczają wodę i mają podgrzewaną deskę, co w japońskich mieszkaniach bez centralnego ogrzewania zdecydowanie podnosi komfort zimą. Dodatkowo w większości damskich toalet publicznych znaleźć można Otohime czyli „dźwiękową księżniczkę”. Celem księżniczki jest zagłuszenie odgłosów korzystania z toalety poprzez imitowanie odgłosu spuszczanej wody. Zanim ją wprowadzono Japonki w tym celu bez przerwy spuszczały wodę marnując przy tym jej hektolitry. Niektóre Japonki wciąż to zresztą robią, bo według nich dźwięk księżniczki brzmi zbyt sztucznie. W męskich toaletach oczywiście księżniczki spotkać nie można, ale za to mamy taką w naszej toalecie domowej.

Toalety japońskie już są najbardziej rozwiniętymi toaletami świata, ale Japończycy bynajmniej nie planują zatrzymać się w rozwoju. Już teraz wprowadzane są czujniki, na podstawie których toaleta może zmierzyć zawartość cukru we krwi. W przyszłości te informacje mają być automatycznie wysyłane do lekarza dzięki telefonii komórkowej. Niewątpliwie przed japońskimi toaletami przyszłość stoi otworem.

Dane: TOTO Washlet – demonstracja
http://gb.toto.com/technology/technology-single-view/Technology/show/WASHLET/
Cena:
za darmo!
Ocena fok: (3 / 5)