Browsed by
Tag: alkohol

Jak przeżyć w Japonii za 3 zł? [FILM]

Jak przeżyć w Japonii za 3 zł? [FILM]

Do powrotu do Polski zostało już tylko kilka dni (w tej alternatywnej filmowej rzeczywistości), więc postanowiłam wybrać się na jedne z ostatnich japońskich zakupów. Zabieram Was więc do centrum Fukuoki, gdzie między innymi próbowałam znaleźć europejskie słodycze na prezenty dla współpracowników Oskara, żeby pozostawić po sobie miłe wrażenie. Wiecie że w Japonii można kupić Śliwkę Nałęczowską? Tym razem co prawda mi się nie udało, ale kiedyś widziałam ją w jednym ze sklepów. To był dla mnie szczególnie sentymentalny moment, bo Nałęczów to moje rodzinne miasteczko, a bez Śliwki Nałęczowskiej nie mogły się obyć żadne gwiazdkowe prezenty od Babci. 🙂 W dzisiejszym filmie pokażę Wam też Daiso, czyli najpopularniejszy sklep 100-jenowy. Można w nim kupić niemal wszystko za równowartość ok. 3 zł! Po zakupach wybraliśmy się z naszym kolegą Takamasą na sushi, ale nie jakieś tam zwykłe sushi, tylko na rolling sushi. Wygląda to mniej więcej tak, że talerzyki z różnymi rodzajami sushi jeżdżą sobie po taśmie wokół stolików, a Wy wybieracie to, na co akurat macie ochotę. Jeden talerzyk to tak jak w Daiso koszt 100 jenów. Przypadek? 😛

O hanami, czyli dlaczego Japonia to Kraj Kwitnącej Wiśni?

O hanami, czyli dlaczego Japonia to Kraj Kwitnącej Wiśni?

Nadszedł moment wyczekiwany tu z utęsknieniem przez cały rok. Okres, kiedy wszyscy Japończycy odrywają się od swoich obowiązków i idą do parku, a obcokrajowcy są w stanie wydać fortunę na bilety lotnicze, aby w tym czasie się tu znaleźć. Pewnie dlatego, że to czas, w którym cały świat maluje się w dużo bardziej różowych barwach. W Kraju Kwitnącej Wiśni zakwitły wiśnie!

Na magię tego okresu wpływa między innymi fakt, że nigdy tak naprawdę do końca nie wiadomo, kiedy się rozpocznie. Najważniejszym czynnikiem, który o tym decyduje jest pogoda. Ogólna zasada to – im cieplej, tym szybciej. Co roku jeszcze na długo przed rozpoczęciem kwitnienia ludzie zaczynają śledzić specjalne wiśniowe prognozy pogody i wedle ich przewidywań planują swój urlop. Ale biorąc pod uwagę fakt jaką sprawdzalnością charakteryzują się prognozy długoterminowe, niczego nie można być pewnym. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że okres kwitnienia trwa dosyć krótko. Jego pełnia przypada zwykle tydzień po rozwinięciu się pierwszych płatków, a po kolejnym tygodniu kwiaty przekwitają. A jeśli niefortunnie w tym czasie trafi się silniejszy deszcz czy wiatr, okres ten może trwać jeszcze krócej. Jak widać nie jest więc łatwo wstrzelić się w odpowiedni moment, jeśli podróż do Japonii planuje się z pewnym wyprzedzeniem.

Pierwsze wiśnie zaczynają kwitnąć już w… styczniu. Ale tylko na najbardziej wysuniętej na południe Okinawie, gdzie panuje klimat subtropikalny. Na Kyushu (czyli wyspie, na której mieszkamy) drzewa rozkwitają pod koniec marca, a następnie wiśniowy front przemieszcza się powoli na północ. W stolicy pełny rozkwit wypada zazwyczaj na początku kwietnia, ale mieszkańcy północnej wyspy Hokkaido będą mogli cieszyć się nimi dopiero w maju. Oczywiście nie wszystkie drzewa w danym mieście zaczynają kwitnąć jednocześnie. W związku z tym w największych miastach wybierane jest jedno reprezentatywne drzewo, na podstawie którego definiuje się datę rozpoczęcia kwitnienia w całym mieście. Początek kwitnienia ogłasza się w momencie, gdy na drzewie pojawi się co najmniej 5 kwiatów. Najładniej jest kiedy wiele drzew zakwitnie w pełni, ale czasami i jedno drzewo wystarcza w zupełności…

Sakura, czyli z japońskiego kwiat wiśni, to jeden z najważniejszych japońskich symboli kulturowych. Kwiaty wiśni umieszczane są często na przedmiotach codziennego użytku – kimonach, papeterii czy talerzach. Gejsze bardzo często noszą ozdoby z motywem kwitnącej wiśni wpięte we włosy. Istnieje niezliczona ilość japońskich wierszy traktujących o pięknie tych kwiatów. Sakura to także popularne w Japonii imię żeńskie. Delikatne wiśniowe kwiaty postrzegane są tu jako metafora życia – piękne, ale bardzo krótkotrwałe i ulotne. Uznawanie życia jako coś tymczasowego jest w Japonii bardzo popularne, co w sumie nie dziwi biorąc pod uwagę, że na tutejszych wyspach codziennie trzęsie się ziemia, a raz na jakiś czas wybucha wulkan. Kwitnące wiśnie miały też swoje szczególne miejsce podczas II wojny światowej. Japońscy piloci malowali je na swoich samolotach przed podjęciem samobójczej misji. Z kolei rząd propagował wiarę w to, że dusze poległych wojowników odrodzą się w kwiatach.


Wiśnie w Japonii sadzi się niemal wszędzie. Najwięcej oczywiście w parkach, gdzie czasem jest ich nawet po kilka tysięcy. Pojedyncze drzewka można znaleźć też jednak w zupełnie przypadkowych miejscach. W okresie kwitnienia tłumy ludzi zapełniają parki, aby pod kwitnącym drzewem urządzić sobie piknik. Oglądanie kwitnących wiśni ma swoją nazwę – jest to hanami. W najbardziej popularnych miejscach swoje miejsce na hanami trzeba rezerwować nawet na kilka dni przed (tak, mówimy o rozłożeniu kawałka płachty na ziemi). W Fukuoce było kilka obszarów ze szczególnie spektakularnym widokiem, za wstęp do których trzeba było zapłacić. Kiedy już mamy swoje miejsce na hanami, można zaczynać party. Takie imprezy często trwają do późnych godzin nocnych (drzewa po zmroku są podświetlane), a podobno czasem urządza się pod nimi nawet karaoke.

Przy najpopularniejszych parkach hanami przybiera formę festiwalu. Rozstawiane są tam stragany z jedzeniem, na których można kupić tradycyjne japońskie smakołyki, wiele potraw kuchni zachodniej, a także różne dziwactwa typu banany na patyku w czekoladzie i kolorowej posypce pod patronatem Hello Kitty i Kubusia Puchatka. Nie może też zabraknąć alkoholu – na hanami piwo i sake zwykle leją się strumieniami. Są i tacy, dla których jedzenie stoi w hierarchii wyżej niż jakieś tam sakury i większość czasu spędzają przy straganach. Doczekali się oni nawet swojego przysłowia „lepsze dango niż kwiaty”.

W przysmaki można zaopatrzyć się też w okolicznych sklepach. Niemal we wszystkich jeszcze na długo przed rozpoczęciem kwitnienia można znaleźć sakurowe smakołyki. Nie są one jednak o smaku wiśniowym, ale z dodatkiem wiśniowych płatków. Także standardowe produkty jak piwo, aby lepiej pasowały na piknik, można w tym czasie kupić w specjalnych różowych opakowaniach.

Zwyczaj hanami istnieje w Japonii od kilkunastu wieków. Jako pierwsi hanami urządzali cesarzowie, którzy w swojej cesarskiej siedzibie w Kioto wydawali przyjęcia, które łączyły w sobie oglądanie kwiatów i picie sake. Hanami łączy się też z obrzędem otwierającym porę sadzenia ryżu. Podczas niego składało się ofiary u korzeni wiśniowego drzewa, po czym następowało przyjęcie. Ludzie wierzyli, że kiedy pojawiają się kwiaty, w drzewo wstępuje bóstwo zwiastujące rozpoczęcie sadzenie ryżu. Bóstwo miało też zapewnić urodzaj i zachować uprawy od klęsk żywiołowych.

W Japonii istnieje ponad 100 gatunków drzew wiśni. Różnią się one między innymi kolorem płatków. Najbardziej popularne są jasno różowe i białe, nie trudno zobaczyć też ciemno różowe, ale można tu znaleźć też kwiaty żółte a nawet zielone. Niektóre gatunki potrafią nawet zmieniać kolor w trakcie kwitnienia. Tym najczęściej spotykanym rodzajem jest Somei Yoshino. Jego kwiaty są białe, lekko zabarwione bladym różem. Kwiaty rozwijają się zwykle jeszcze zanim rozwiną się liście, dlatego drzewa wydają się niemal całkowicie białe.

Na koniec odpowiedź na nasuwające się po tym wiśniowym szaleństwie pytanie: co Japończycy robią później z taką ilością owoców wiśni? Nie, nie są największą potęgą, jeśli chodzi produkcję wiśniowego dżemu. Tutejsze drzewa wiśniowe nie dają bowiem żadnych owoców.


Foki radzą:

  • RADA 64
    Na sakurową kawę ze starbucksa wybierz się w lutym. Japończycy, jak wszystkim, ekscytują się sakurami dużo wcześniej i kiedy wiśnie zakwitną, kawa jest już wyprzedana.
  • RADA 65
    Nie staraj się „wstrzelić” z przyjazdem na początek kwitnienia. Drzewa wyglądają najlepiej podczas pełnego rozkwitu, czyli tydzień później.
  • RADA 66
    Uzbrój się w cierpliwość jeżeli chcesz zrobić selfie z najpiękniejszym drzewem w parku – przy tych najpopularniejszych zazwyczaj ustawiają się niemałe kolejki, a zanim przyjdzie pora na ciebie, może się już ściemnić.
Shinjuku, czyli seks w wielkim mieście

Shinjuku, czyli seks w wielkim mieście

Pierwszy wpis z serii „wizyta w stolicy” musimy zacząć od przypomnienia, że Tokio jest bardzo dużym miastem. W związku z tym trudno wyodrębnić w nim jedno konkretne centrum, w którym działyby się najważniejsze rzeczy. W obrębie stolicy powstają więc różne „podcentra”, tętniące życiem jak na środek miasta przystało. Jednym z największych jest  Shinjuku. Dystrykt ten nieco pominęliśmy podczas naszej poprzedniej wizyty w Tokio, dlatego tym razem udaliśmy się tam w pierwszej kolejności, aby na własne oczy zobaczyć dzielnicę kontrastów – z jednej strony drapaczy chmur i korporacji, z drugiej czerwonych latarni i tysięcy barów.

Shinjuku można podzielić na dwie części: wschodnią i zachodnią. Obie są bardzo zatłoczone, a umowną granicą pomiędzy nimi jest jeszcze bardziej zatłoczony Dworzec Shinjuku. Stacja ta obsługuje codziennie ok. 3,5 mln pasażerów. To tak jakby wszyscy mieszkańcy Warszawy udali się tam podczas jednego dnia. Dwa razy. Wynik ten daje stacji Shinjuku pierwsze miejsce na świecie, jeśli chodzi o liczbę obsługiwanych codziennie pasażerów. Po pierwszej wizycie w Tokio pisaliśmy, że nie da się tu zgubić. Po pierwszej wizycie w Shinjuku musimy to niestety odwołać i pokornie przyznać, że do sprawnego przedostania się przez ten dworzec z jednej strony na drugą i wylądowania w tym miejscu, w którym się chce, potrzeba jakichś nadzwyczajnych zdolności. W każdym razie Foce Meli zajęło to sporo czasu.

Shinjuku stało się bardzo ważnym miejscem w Tokio około roku 1964, kiedy to w Japonii odbywały się Igrzyska Olimpijskie. W jego okolicach ulokowany bowiem został stadion olimpijski, na który kibice dostawali się głównie poprzez Dworzec Shinjuku. Zainwestowano więc całkiem sporo w tę dzielnicę, czego efekty było widać też już po zakończeniu Olimpiady. W zachodniej części jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać wieżowce i dziś jest tam ich największe skupisko w stolicy.  Wśród nich swoją siedzibę ulokowały władze miejskie, a jej wysokością nie ustępują pozostałej części otoczenia. Tokyo Metropolitan Government Building ma bowiem 243 m, a na 202 metrze znajduje się obserwatorium, w którym całkowicie za darmo można sobie pooglądać okolicę. Ze względu na swoją „nowojorką sylwetkę” bardzo charakterystyczny w tej okolicy jest budynek japońskiej sieci komórkowej NTT DoCoMo. Nam jednak kojarzył się trochę bardziej swojsko.

O Shinjuku wschodnim mówi się za to, że budzi się do życia, kiedy zachodnie kończy pracę. I własnie taką wieczorową porą postanowiliśmy się tam wybrać. Początkowo byliśmy dość oszołomieni tymi okolicami. Znaleźliśmy się bowiem w tłumie setek ludzi, otoczeni migającymi i grającymi neonami nie za bardzo ogarniając, co się dookoła dzieje i w którą stronę patrzeć. Kiedy jednak oczy przyzwyczaiły się do niezbyt naturalnego światła, a uszy do wszechobecnego zgiełku udało nam się co nieco tam zobaczyć.

Jednym z miejsc, które w Shinjuku Wschodnim podobno trzeba odwiedzić jest Golden Gai. Jest to kilka równoległych do siebie krótkich uliczek, w których znajdziemy mnóstwo ekskluzywnych barów. W większości miejsc trzeba było płacić już za samo wejście, nie wspominając o cenach drinków. Na niektórych drzwiach były też tabliczki informujące o tym, że wchodzić mogą tylko członkowie. Nie czuliśmy się żadnymi członkami, nie chcieliśmy tez wydać wszystkich pieniędzy w ciągu jednego wieczoru, więc nie napiliśmy się piwa w żadnym z nich. Miejsce to jest specyficzne ze względu na swój wygląd – patrząc z zewnątrz raczej nie można byłoby się po nim spodziewać niczego niezwykłego. Nam zrodziły się porównania do warszawskich pawilonów. Dosadniej określiła to Mama Foki Meli, która oglądając nasze zdjęcia spytała, czemu włóczyliśmy się po śmietniku. Ponoć w Golden Gai spotykają się często ludzie z artystycznego światka: muzycy, pisarze czy reżyserzy, co w sumie nieźle współgra z tym śmietnikowym wyglądem, mogącym w pewnych kręgach uchodzić za artystyczny nieład.

Po Golden Gai dotarliśmy do Kabukicho, szerzej znanym jako dzielnica czerwonych latarnii. Nie spodziewajmy się tu jednak tego samego, co pod tą nazwą kryje się w Amsterdamie. Nie ma tam żadnych czerwonych świateł, a więcej niż prostytutek widzieliśmy zagranicznych turystów. Właściwie prostytutek nie widzieliśmy żadnych (nie żebyśmy ich szukali), za to zauważyliśmy sporo podejrzanie wyglądających typów, zapraszających do wstąpienia do różnych nie mniej podejrzanie wyglądających miejsc. Kabukicho jest jednak bez wątpienia miejscem z tak zwaną „rozrywką dla dorosłych”. Znajdziemy tam pornokina, kluby nocne, czy sklepy z „takimi gadżetami”, ale też setki najróżniejszych barów. Podobno wiele z tamtejszych przedsiębiorstw znajduje się pod kontrolą yakuzy.

W Shinjuku Wschodnim znajduje się też największa w Japonii enklawa homoseksualistów. Naprawdę nie zamierzaliśmy się tam zapuszczać, ale reklamy dookoła nas obwieściły nam, że chyba jednak do tego doszło. Tam jednak też nie skusiliśmy się na wstąpienie na drinka do żadnego baru.

Jest jeszcze jedno miejsce w Shinjuku, które chcieliśmy odwiedzić, ale jakoś nam nie wyszło. Mamy nadzieję, że nie była to nasza ostatnia wizyta w Tokio i uda nam się jeszcze kiedyś do niego dotrzeć. Mowa o Robot Restaurant, które dość dobrze podsumowuje to, co w Shinjuku możemy znaleźć. Miejsce to ponoć trudno opisać słowami. Zostawiamy Was więc z filmikiem (oczywiście nie naszego autorstwa).


Foki radzą:

  • RADA 57
    Zanim wejdziesz do polecanego muzeum upewnij się, że z wszystkich napisów zrozumiesz coś więcej niż „Exit”.
  • RADA 58
    Pójdź posiedzieć w Cat Cafe (cena: 25zł/h). Wygłaskaj wszystkie koty. Wygraj życie.
  • RADA 59
    Na lunch idź w porze lunchowej. Za to samo jedzenie po 14:00 zapłacisz dwa razy więcej.
  • RADA 60
    Pamiętaj, aby zawsze podnieść szklankę, kiedy siedzący na przeciwko Ciebie profesor nalewa Ci piwo. Jeżeli robi to student, możesz rozsiąść się wygodnie i go poganiać.
Austin, czyli kowboje, strzelby i gitary

Austin, czyli kowboje, strzelby i gitary

Kiedy okazało się, że konferencja o sztucznej inteligencji ze wszystkich ciekawych miast Ameryki odbędzie się w Austin, ciężko było o zachwyty. Czemu nie Nowy Jork? Albo San Francisco? Albo chociaż Nowy Orlean? Z filmów wiedziałem przecież, że w Teksasie trzeba siedzieć na ganku w kowbojskim kapeluszu z dubeltówką w ręce i patrzeć jak szybko rośnie żyto. Foka Mela stwierdziła, że lecieć przez Pacyfik tylko po to, żeby zobaczyć Austin się nie opłaca i woli zostać w domu. Okazało się, że Austin przerosło nasze wyobrażenia i okazało się jednym z najatrakcyjniejszych miejsc, w których byłem na konferencji.

Z Japonii wyleciałem o 7 rano w poniedziałek i już o 10 wysiadałem w Austin na lotnisku. Aby walczyć z jetlagiem (w Japonii było po północy) poszedłem biegać, co okazało się strzałem w dziesiątkę, bo nawet w ścisłym centrum są do tego idealne warunki. Wzdłuż Colorado River, które dzieli Austin na północ i południe znajduje się kilkudziesięciokilometrowa trasa pieszo-biegowo-rowerowa Lady Bird Lake Hike-and-Bike Trail. Zaraz po drugiej stronie wyrastają wieżowce, co robi naprawdę spore wrażenie i pozwala podziwiać miejski krajobraz biegnąc wśród drzew i krzewów. Nawet w zimie jest tu całkiem ciepło, średnio codziennie temperatura dochodzi do 16 stopni, nie dziwiło mnie zatem zupełnie, że w styczniu nie biegałem tam sam.

Mi jednak nikt nie rzucał piłki i musiałem szukać sobie innej motywacji.

Także przy tej trasie znajduje się most Congress Avenue Bridge, pod którym mieszka dwa miliony nietoperzy. Stałą atrakcją od marca do października jest zmierzch, kiedy wszystkie naraz zaczynają podlatywać, tworząc sceny godne „Ptaków” Hitchcocka. Niestety zimą ich nie ma, dlatego pozostało mi podziwianie znaków ostrzegających aby ich nie dotykać – podobno bardzo łatwo zmienić się w Batmana zarazić się wścieklizną. Posuwając się szlakiem na zachód dotrzeć można do Zilker Parku, w którym znajduje się przede wszystkim dużo trawy, ale też Barton Spring Pool, czyli największy naturalny basen miejski w Ameryce, w którym za 3$ można popływać z kaczkami. Ilość zieleni uprawnia wielokrotnie nagradzany Departament Parków i Rekreacji do hasła „A City Within A Park”.

Austin nazywa się samo „Muzyczną Stolicą Świata”. Czy na ten tytuł zasługuje? Pewnie nie, ale muzyki na żywo tu nie brakuje. Granie na ulicy idealnie komponuje się z hasłem „Keep Austin Weird” („niech Austin pozostanie dziwne”), które zachęca do wspierania lokalnych biznesów, a nie sieciówek. Chodząc w okolicach centrum nie widać prawie w ogóle McDonaldów i KFC, dużo jest za to ciężarówek z jedzeniem i kaktusów.

Warto przejść się na South Congress, czyli południową część ulicy Congress, która zaczyna się przy teksańskim kapitolu. Znaleźć tu można szereg dobrych restauracji czy sklepów z kowbojskimi butami i kapeluszami za kilkaset dolarów.

Podobnie jak w całym Austin, bardzo wyraźnie odznacza się tu też kultura meksykańska, a sklepy pełne tanich rupieci przeplatają się ze swoimi hipsterskimi odpowiednikami, w których podobne drobiazgi sprzedawane są 10 razy drożej. Może ci się podobać meksykański styl, ale nie oznacza to, że musisz nosić kolczyki kupione za 2 dolary na targu. W Teksasie jest zresztą sporo Meksykanów, zwykle wykonujących najtańsze zawody i każdy napis czy zapowiedź w autobusie ma także hiszpański odpowiednik.

Przejdźmy jednak na północ od rzeki. Śródmieście, wypełnione wieżowcami i zapracowane w ciągu dnia, zmienia się po zmroku w miejsce wielkiej imprezy. Gdybym miał wskazać jedno miejsce, które w Austin trzeba zobaczyć to byłaby to bez wątpienia szósta ulica (6th Street), która nawet w tygodniu tętni życiem. Piwo leje się tu strumieniami (szczególnie IPA z bardzo charakterystycznym chmielowym smakiem), a muzycy, grający często tylko za napiwki, oferują folk, blues, rock czy nawet jazz. Pełen przekrój gatunków muzyki idzie tu w parze z przeróżnymi typami lokali. W jednym miejscu główną atrakcją jest patrzenie jak ludzie spadają z mechanicznego byka, w innym granie w beer ponga czy oglądanie NBA, a jeszcze innym – kelnerki w bikini. Jako że wybrałem się tam z grupą naukowców dla celów badawczych i poznawczych musieliśmy sprawdzić każdą opcję.

To co w Austin bardzo wyróżnia się w normalnym życiu to to, jak bardzo przyjaźni i życzliwi są ludzie. Samochody zwykle zatrzymują się parę metrów przed pieszym, żeby go przepuścić. Dziewczyny uśmiechają się na ulicy. W ciemnej uliczce przechodzeń rzucił zamiast wrogiego spojrzenia typowe „Hey, how you doing?”, a kierowca autobusu z lotniska, jako że nie miałem drobnych, pozwolił mi jechać za darmo. Magazyn Travel+Leisure w 2008 roku umieścił nawet mieszkańców Austin na pierwszym miejscu z wszystkich miast Ameryki oceniając ich cechy i osobowość. A osobowości nie można im odmówić.

Budynek który widać tu w oddali to wspomniany już teksański kapitol, który szczyci się faktem, że jest o parę metrów wyższy niż waszyngtoński odpowiednik. To tutaj uchwalane są zmiany w teksańskim prawie. Zadbany budynek wypełniony jest portretami byłych gubernatorów, wliczając takie „sławy” jak na zdjęciu poniżej.

Sala reprezentantów i senatorów zachowana jest idealnie jak 120 lat temu, tylko gdzieniegdzie wystaje kabelek podpięty do elektronicznego systemu głosowania. Budynku nie da się z pewnością pomylić z żadnym innym stanem – każdy fotel, każda szyba, każda klamka, a nawet każdy zawias oznaczony jest teksańską gwiazdą.

Mieszkańcy Austin są bardzo dumni, że mieszkają w Teksasie, a sklepy z pamiątkami najlepiej o tym świadczą. Popularnym hasłem na breloczkach do kluczy czy magnesach jest „In Texas we don’t call 911” z dołączonym rysunkiem dubeltówki. I zdanie to jest prawdziwe, bo prawo w Teksasie pozwala na użycie broni do obrony siebie, ale także swojej czy nawet cudzej własności. Znane są sprawy, w których sprzedawca sklepu osiedlowego zabił złodzieja, który uciekał z dwunastopakiem piwa, a gdzieś indziej właściciel przydrożnej furgonetki z tacosami zabił mężczyznę, który ukradł mu słoik z napiwkami wartymi 20$. Pijany człowiek, który pomylił domy sam prosił się o śmierć z ręki prawowitego domownika. Szczególnie głośna była sprawa z 2007 roku, kiedy operator linii 911 przekonywał uczynnego sąsiada 14 razy, żeby nie interweniował kiedy dwaj złodzieje okradali pusty dom na osiedlu, bo nie ma własności dla której warto kogoś zabić. Ten nie posłuchał, zastrzelił obu uciekających złodziejaszków. Został uniewinniony rok później. Jeżeli chcecie pobawić się w Strażnika Teksasu, to broń można kupić w byle Walmarcie.

Do Austin na pewno warto jest przyjechać. Ale na pewno jest to ostatnie miejsce, w którym chcielibyście wejść komuś na trawnik.

I jeszcze na zakończenie pamiątka znaleziona przy rozpakowywaniu walizki. Wreszcie wyjaśniło się gdzie podziała się moja lewa skarpetka!