Browsed by
Tag: autobus

Jak (nie)podróżować po Japonii? [FILM]

Jak (nie)podróżować po Japonii? [FILM]

Wszystko co dobre kiedyś się kończy, więc skończyły się i wakacje w Hakone. Jakoś trzeba było wrócić do Fukuoki. Jako, że nasze wizy nie pozwalały nam na zakup JR Passów, podróż Shinkansenem była dla nas zupełnie nie opłacalna, dlatego musieliśmy trochę pokombinować. I tak powstał film drogi, w którym podczas 10 godzin przemieszczamy się ośmioma środkami lokomocji. Nie róbcie tego w domu. Niektóre nasze rady mogą Wam jednak pomóc przy planowaniu podróży po Japonii, więc mamy nadzieję, że film Wam się spodoba. Zapraszamy!

880 minut w autobusie, 7 onsenów i 3 góry w 6 dni, czyli Bus Trip po Północnym Kyushu

880 minut w autobusie, 7 onsenów i 3 góry w 6 dni, czyli Bus Trip po Północnym Kyushu

Tokio, Yokohama, Osaka, Kyoto, Fukuoka, Hiroshima – wszystkie te miasta łączą dwie rzeczy. Po pierwsze – to jedne z największych miast Japonii. Po drugie – wszystkie je zwiedziliśmy. Ale nie samymi metropoliami Japonia stoi. W końcu przyszedł czas, aby porzucić Shinkanseny, metra czy promy i za pomocą starych, dobrych autobusów zwiedzić naszą własną wyspę – Kyushu (tak, wiemy, że istnieje polska pisownia „Kiusiu”, ale nie wygląda to poważnie i publicznie protestujemy przeciwko temu spolszczeniu). Kupiliśmy więc po SunQ Passie i ruszyliśmy w nieznane.

SunQ Pass to karnet, który pozwala poruszać się prawie wszystkimi (na pewno wszystkimi spotkanymi przez nas na trasie) autobusami przez 3 lub 4 dni. Można wybrać droższą opcję na wycieczki po całym Kyushu lub nieco tańszą jedynie na północną część wyspy. Jeden karnet kosztował 8000 jenów (ok. 240 zł), starczył na połowę wycieczki i jak się okazało opłacał się raczej na styk, ale uczucia bogactwa jakie mieliśmy, machając nim do kierowców zamiast mozolnie odliczać monety, nie oddalibyśmy za żadne pieniądze.

Naszą podróż zaczęliśmy z nowego terminalu autobusowego w Fukuoce, który wyglądał niedużo gorzej niż stacja Shinkansena. Szybko przekonaliśmy się jednak, że takie luksusy czekają nas tylko w dwumilionowych metropoliach.

Wyspa Kysuhu słynie z trzech rzeczy – onsenów, gór i tego, że my na niej mieszkamy. Haha. Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy do Beppu, w którym według relacji znajomego Japończyka nie ma nic ciekawego poza ciepłymi źródłami. Zaskakująco, Beppu okazało się całkiem sporym miastem (120 tysięcy ludzi), z palmami na ulicach, klimatem uzdrowiska i silnym powiewem amerykańskiej kultury. Może gdyby Japończycy wygrali drugą wojnę światową tak właśnie wyglądałaby Kalifornia. Ale w sumie nie byliśmy w Kalifornii, więc co my tam wiemy.

W Beppu mieliśmy zarezerwowane dwa noclegi w hotelu z własnym onsenem. Półtora dnia spędzone w tym mieście upłynęło nam bardzo intensywnie. W telegraficznym skrócie: obejrzeliśmy bagna i źródła o temperaturze 100 stopni z krokodylami gratis (dużo przyjemniejsze niż śmierdząca Rotorua w Nowej Zelandii), zjedliśmy amerykańską pizzę, przeszliśmy się brzegiem oceanu, zaliczyliśmy pierwszy onsen w naszym życiu, wdrapaliśmy się na górę Tsurumi, zjechaliśmy kolejką linową, odwiedziliśmy drugi onsen w naszym życiu – na dachu budynku i wróciliśmy do hotelu na piechotę  przez Beppu Park, bo ostatni autobus odjechał nam o 19:36.

Trzeciego dnia świt rankiem, a dokładniej 10 minut przed terminem check-outu popędziliśmy w dalszą drogę. Do informacji turystycznej.

Szukanie informacji w internecie o autobusach Kyushu to niezła mordęga. Nie mówimy, że nie da się tego zrobić, ale na pewno szybko mija na to ochota. Korporacji autobusowych jest tu kilka i próżno szukać ich połączeń w wyszukiwarce map Google’a. Miejsca, które odwiedzaliśmy, były jednak nastawione dość turystycznie, więc nie brakowało punktów informacyjnych, których pracownicy byli niezwykle pomocni. Dla każdej większej atrakcji mieli przygotowaną specjalną planszę, która pokazywała gdzie wsiąść i wysiąść, a osobna karteczka przedstawiała rozkład jazdy. Gorzej było, jak chcieliśmy pojechać do miejsca, które nie posiadało swojej planszy (zawsze się znajdą jacyś wywrotowcy…).

Z Beppu pojechaliśmy do Oity, gdzie w dość nerwowej atmosferze (powinni lepiej oznaczać te przystanki…) w 20 minut przesiedliśmy się na autobus, który jedzie ze wschodniego wybrzeża Kyushu na zachodnie. Wysiedliśmy z niego gdzieś w połowie trasy – w miasteczku Aso położonym u podnóża największego aktywnego wulkanu Japonii o tej samej nazwie. Wulkan w sierpniu zeszłego roku zachował się bardzo nieładnie i wybuchł po raz pierwszy od 22 lat. Od tego czasu Japończycy nie dopuszczają nikogo bliżej niż na kilometr od krateru i pozostają przy nadziei, że kolejny ewentualny wybuch także podporządkuje się tej magicznej granicy.

W Aso spędziliśmy 3 noce w Aso Base Backpackers – trzecim najlepszy hostelu Azji, który swoją jakością przebił większość hoteli, w których do tej pory nocowaliśmy. Ten wspaniały przybytek posłużył nam za bazę wypadową do miasteczka onsenów i ryokanów – Kurokawy, punktu widokowego Daikanbo oraz niezwykle malowniczego Kusa-senri – miejsca po którym na wolności biegają konie, ludzie i żaby, skąd wdrapaliśmy się na jeden z pięciu szczytów Aso. Góra Aso ma bowiem pięć różnych wierzchołków. Na szczęście pluje ogniem tylko z jednego.

Małe miasteczko Aso przywitało i pożegnało nas deszczem. Jedyny pogodny dzień pozostawił pewien niedosyt, mimo że w ciągu niecałych 8 godzin zobaczyliśmy kalderę, w której leży miasteczko, zarówno z południowej jak i północnej strony. Ponadto okazało się, że mimo wspaniałej bazy noclegowej, nie jest to tak wspaniała baza wypadowa na dalsze wycieczki. Zobaczenie niektórych atrakcji okazało się co najmniej mocno karkołomne dla osób nieposiadających samochodu, szczególnie w deszczu. W Japonii nie jest honorowane ani zwykłe, ani międzynarodowe prawo jazdy wydawane w Polsce, więc nie mogliśmy wypożyczyć auta. Z oglądania olbrzymiego parku kwiatów Kuju i wodospadu Nabegataki musieliśmy więc niestety zrezygnować. Rady informacji turystycznej ograniczały się bowiem do gorliwego proponowania „taxi” na 40 kilometrowy kurs.

Poganiani porą deszczową, szóstego dnia uciekliśmy do Kumamoto, aby zobaczyć największą atrakcję tego sporego miasta – zamek. W Kumamoto niepodzielnie króluje sympatyczny miś Kumamon, będący symbolem całej prefektury. Na szczycie zamkowej wieży, spoglądając na mglistą panoramę, można było zapomnieć na chwilę o wieżowcach, otaczających jeden z ostatnich bastionów dawnych czasów w nowoczesnym mieście. Nie zdziwilibyśmy się, gdyby z jednej z zamkowych komnat wyłonił się nagle Kumamon we własnej osobie.

Tego samego dnia zmęczeni wróciliśmy do Fukuoki. A podróż odbyliśmy autobusem najmniej wygodnym ze wszystkich dotychczasowych, w którym nawet korytarz zmienił się w regularny rząd foteli. W ciągu 6 dni z osób, które z lekkim wstydem przyznawały, że od prawie roku mieszkając w Japonii, nie były w żadnym onsenie, staliśmy się ich prawdziwymi bywalcami, mocząc się w gorącej wodzie w 7 różnych miejscach! Wdrapaliśmy się też na trzy góry (mniejsze i większe). Naszą wycieczkę uznajemy zatem za całkiem udaną. Kolejne, bardziej szczegółowe opowieści z Kyushu już wkrótce na naszym blogu. A my zabieramy się za planowanie wycieczki po kolejnych wyspach Japonii…


Foki radzą:

  • RADA 67
    Jeżeli po 10 minutach drogi od przystanku, na którym wysiadłeś, nie możesz znaleźć przystanku powrotnego po drugiej stronie drogi, to zapewne ten pierwszy był przystankiem podwójnym.
  • RADA 68
    Koniecznie spróbuj lokalnego sernika w Aso. Można nim sobie odmrozić zęby, ale warto.
  • RADA 69
    Pytając w informacji turystycznej o godzinę odjazdu autobusu, zawsze dopytaj o godzinę autobusu powrotnego. To przecież nie wina doradzającego, że proponuje wyjazd o 16:40, gdy tymczasem ostatni powrotny odjeżdża o 16:20.
  • RADA 70
    Jeżeli chcesz zrozumieć co mówią zagraniczni turyści w mniej popularnych miejscach Japonii, naucz się niemieckiego.
Drogą drogo

Drogą drogo

Przychodzi taki moment w życiu każdej Foki, że dryfowanie wśród fal przestaje jej wystarczać i w celu zaznania innych rozrywek wyrusza na miasto. Ale żeby się tam dostać, musi znaleźć odpowiedni środek lokomocji. Dzisiaj opowiemy o tym, jak i czym podróżuje się po japońskim mieście.

Jednym z najpopularniejszych środków komunikacji są oczywiście autobusy. Z zewnątrz nie różnią się od tych, które mamy w Polsce. Każdy autobus ma średnio z 50 lat, bo Japończycy nie wyrzucają niczego póki działa. A że potrafią zrobić tak, żeby działało i ze 100 lat, taki mamy efekt.

Inaczej niż w Polsce wygląda natomiast samo podróżowanie. Zaczynając od samego początku – do autobusu wsiada się tylko środkowymi drzwiami. Zaraz przy nich znajduje się automat, z którego należy wziąć numerek wskazujący na to, na której stacji wsiedliśmy.

Zanim jednak wsiądziemy…

…trzeba swoje odczekać. W kolejce. Japończycy są dość uporządkowanym narodem i dbają o to, aby na przystankach nie powstawały niechciane przepychanki. Dlatego aby wsiąść do autobusu, należy stanąć za innymi zgodnie z kolejnością przyjścia. Nie można też stawać byle jak – kolejkę wyznaczającą bowiem żółte linie.

W celu zapewnienia jak najlepszego komfortu jazdy istnieje katalog rzeczy zakazanych. I tak na przykład nie powinno się w autobusie zbyt głośno słuchać muzyki, hałaśliwie rozmawiać, czy przewozić dużych pakunków. Nie wolno też rozmawiać przez telefon.

Wolno natomiast spać. I z tego przywileju bardzo wielu Japończyków korzysta. W spaniu przeszkadza trochę kierowca, który co chwilę mówi coś przez mikrofon. Niestety nie wiemy co, ale czasem mamy wrażenie, że nas obgaduje. „O, Ci z Europy znowu z bagietkami wracają”.

Wysiadanie z autobusu jest jeszcze bardziej skomplikowane niż wsiadanie. Wysiadać można tylko przez drzwi znajdujące się przy kierowcy. Koło niego znajduje się też tablica wyświetlająca koszt podróży, w zależności od tego, na której stacji się wsiadło. Wychodząc należy podać kierowcy wyliczoną kwotę. Jeśli nie ma się drobnych, pieniądze można rozmienić w automacie przy wyjściu. Za podróż z kampusu do najbliższej stacji metra trzeba zapłacić 210 jenów (czyli 6.5 zł).

W Fukuoce nie ma w ogóle biletów całodobowych ani miesięcznych. Nie ma też biletów na autobus. Wyjątkiem są bilety specjalne na przykład takie jak uniwersyteckie bilety pozwalające taniej dojechać na uczelnię (lub z niej wrócić). Pozwalają na jeden przejazd metrem i jeden autobusem jadącym na kampus. Kupuje się je w paczkach po 10 sztuk. Cena takiej paczki to, bagatela, 155 złotych. Wycieczka do centrum kosztuje nas zatem ok. 62 złotych. Trochę drogo.

Metro w Fukuoce nie różni się zbytnio od tego w Warszawie. Bilety kupuje się przed wejściem, a cena dojazdu do poszczególnych stacji waha się od 160 aż do 1410 jenów (czyli od 5 do 43 złotych). Biletu po przejściu przez bramki nie można jednak wyrzucić, bo przy wyjściu kasowniki sprawdzają czy nie pojechaliśmy za daleko.

Stacje metra nie są zbyt ładne, ale za to bezpieczne (wciąż żywe są w nas obrazy obskurnego metra w Paryżu).

W samym metrze połowa ludzi śpi, a druga połowa bawi się telefonami. Nie wiemy jak to możliwe, że Japończycy nie przesypiają swojej stacji. Wspominając podróże ostatnim nocnym metrem w Warszawie, uznajemy to ryzyko za bardzo duże.

Oto mapa linii metra w Fukuoce. Jest zdecydowanie obszerniejsza niż mapa metra warszawskiego, ale nie robi wrażenia, jeśli porówna się ją z mapą metra w Tokio:

Koszty podróży skutecznie odstraszają sporą część mieszkańców od metra. Pewnie dlatego bardzo popularna jest jazda na rowerze. To jedno z jakichś 50 miejsc parkingowych tego typu dla rowerów na kampusie.

Ale nawet jazda na rowerze nie powinna być zbyt frywolna. Na ulicach pamiętać trzeba o ruchu lewostronnym, który po 3 tygodniach w Japonii wciąż mocno nas konfunduje. W parku natomiast kierunek oraz tor jazdy (jak i biegania, które – przynajmniej podczas upałów – nie jest zbytnio popularne) regulują znaki takie jak ten poniżej:

Możliwe, że wkrótce otwarty zostanie także dodatkowy tor wodny dla fok.