Browsed by
Tag: ceny

Experience Japan #15: Ryokan

Experience Japan #15: Ryokan

Podczas podróżowania jedna rzecz jest pewna – trzeba czasem gdzieś spać. W Japonii z pewnością jednym z najciekawszych miejsc na nocleg jest ryokan, czyli tradycyjny zajazd urządzony w 100% w japońskim stylu. Niestety zazwyczaj są one nieco (bądź dużo) droższe od zwykłych hoteli na zachodnią modłę, więc u nas zwykle przegrywały, kiedy szukaliśmy noclegu. Ale kiedy pod koniec naszego pobytu w Japonii postanowiliśmy wybrać się do wypoczynkowego miasteczka w górach, zdecydowaliśmy, że aby jeszcze lepiej wczuć się w jego klimat, zatrzymamy się w ryokanie. I tak pod koniec sierpnia wylądowaliśmy na końcu cywilizacji w starym ryokanie w Hakone.

Do ryokanu zazwyczaj nie można wchodzić w butach i trzeba poruszać się po nim w kapciach dostępnych w pokojach. Po samym pokoju można chodzić natomiast tylko na bosaka. A to za sprawą tatami, czyli japońskich mat, którymi pokoje są wykładane. Tatami mają standardowe wymiary (90×180) i jednocześnie służą jako jednostka miary powierzchni wnętrz – jedna mata tatami mieści jednego śpiącego Japończyka. Ponieważ maty wykonane są ze słomy ryżowej i specjalnego rodzaju trawy, w wyłożonych nimi pomieszczeniach unosi się zwykle charakterystyczny zapach siana. Wchodzenie w butach na tatami jest niedopuszczalne, niezależnie od rodzaju pomieszczenia – w naszym ryokanie trzeba więc było chodzić na bosaka również w restauracji i kilku innych miejscach.

W naszym pokoju niewiele było mebli – między innymi łóżek. Do spania dostaliśmy futony, czyli typowe japońskie materace – a na nich bardzo puchate kołdry do przykrycia się. Poza tym znajdował się tam jeszcze niski stoliczek z krzesłami bez nóg oraz toaletka z dużym lustrem – ulubione miejsce Foki Meli. Obok pokoju znajdowało się jeszcze dodatkowe pomieszczenie z widokiem na ogród – z dodatkowym stolikiem i krzesłami.

Mimo wszelkich wygód nasz pokój nie posiadał jednak dostępu do Internetu. Mogliśmy jednak korzystać z niego w pomieszczeniu wspólnym, gdzie można było posiedzieć na kanapach, posurfować po sieci i poczytać japońskie gazety. Można też było raczyć się napojami dostępnymi w automacie – również piwem. Codziennie wieczorem spotykaliśmy tam grupkę Chińczyków przyklejonych do swoich tabletów.

W ryokanie można też oczywiście wykupić posiłki. My zdecydowaliśmy się tylko śniadania. Przy zameldowaniu musieliśmy podać godzinę, o której zamierzamy pojawić się na śniadaniu kolejnego dnia. Dzięki temu, kiedy przychodziliśmy do jadalni, na stole czekało już nasze jedzenie. Każdego dnia dostawaliśmy co  innego, ale zawsze w skład wchodziła jakaś ryba, która przez cały czas podgrzewała się na metalowej blaszce ustawionej nad świeczką. Oprócz ryby dostawaliśmy różne inne rzeczy w malutkich miseczkach – między innymi tofu, omlety, kiełbaski czy warzywa. Nie wszystkie nas zachwyciły, ale trzeba przyznać, że zawsze wszystko wyglądało przepięknie. Do tego ryż i zupa miso w nieograniczonych ilościach i oczywiście zielona herbata lub kawa. Nie było natomiast żadnego pieczywa.

W naszym pokoju mieliśmy prywatną łazienkę, co nie zawsze jest standardem w ryokanach. Standardem są natomiast wspólne łaźnie, a  jeśli ryokan znajduje się w okolicach gorących źródeł – również onseny z naturalnie gorącą wodą o specjalnych właściwościach. Nasz rykoan posiadał swój własny onsen i oczywiście codziennie musieliśmy zaliczyć w nim kąpiel. Zaskoczeniem był dla nas za to pokój, w którym odkryliśmy stół do pingponga i zestaw do mini golfa. Kiedy po powrocie opowiadaliśmy o tym naszemu japońskiemu koledze, nie zrobiło to na nim jednak żadnego wrażenia. Wręcz przeciwnie, stwierdził, że to przecież oczywiste, że żeby wieczorem zrelaksować się w ryokanie, trzeba wymoczyć się w onsenie, a potem rozegrać partyjkę ping-ponga.

Inną atrakcją był kącik, w którym można było spróbować swoich sił w origami. Znajdowały się tam instrukcje oraz wiele kolorowych karteczek do produkcji żurawi czy serduszek. Próbowaliśmy, ale efekty nie zasługują na to, aby się tu nimi chwalić.

Ryokan to miejsce, w którym nie tylko prześpimy noc, ale też wzbogacimy naszą wycieczkę dodatkowymi aktywnościami. W naszym przypadku sprawdziło się to nieźle, bo pogoda na jaką trafiliśmy. była dość żałosna. Zdecydowanie polecamy więc, spędzić chociaż dwie noce w ryokanie podczas podróży do Japonii, bo to świetne miejsce, aby jeszcze lepiej wczuć się klimat tego kraju.

Dane: Hakone Gora Onsen Karakara
http://hakone-karakara.com/en/
Cena: 12 000 ¥ za noc dla 2 osób (ok. 400 zł)
Ocena fok:  (4 / 5)

U bram piekieł, czyli kilka słów o Beppu

U bram piekieł, czyli kilka słów o Beppu

Wyobraźcie sobie uzdrowiskowe miasteczko w lekko amerykańskim stylu, z jednej strony otoczone przez ocean i palmy, z drugiej przez porośnięte gęstym lasem góry. Innymi słowy – połączenie Ustki z Rabką i Californią. Trudne? Nie dla tych, którzy byli w Beppu. Zapraszamy dziś na wycieczkę po mieście, które było naszym pierwszym przystankiem podczas wycieczki po Kyushu.

Beppu słynie przede wszystkim z gorących źródeł. Takich leczniczych, o akceptowalnej temperaturze wody, w których człowiek sobie leży i się regeneruje, ale też takich, do których nie wskoczyliby nawet wielbiciele bardzo gorących kąpieli. Te drugie są jedną z głównych atrakcji miasta, a nazywa się je Piekłami Beppu.  Zapytacie: a co niby w takiej Japonii mogą wiedzieć o Piekle? Cóż, Biblia może nie dociera tu zbyt często, ale dziełom Dantego jakoś udało się przebić. A porównanie wydaje się całkiem trafne – znajdziemy tu baseny z bulgoczącą, bardzo gorącą wodą, której temperatura sięgała czasem nawet 100 stopni. Do tego unosząca się para, której nierzadko towarzyszył duszący zapach przypominający siarkę. A dla spotęgowania efektu w wielu miejscach umieszczono figury diabłów, czy innych demonów.

W mieście znajduje się osiem głównych basenów, w których dzieją się geotermalne cuda. Sześć z nich znajduje się koło siebie, dwa oddalone są trochę dalej. Wejście do każdego kosztuje 400 yenów (ok. 12 zł), ale można też kupić jeden bilet upoważniający do wejścia do wszystkich za 1000 yenów (ok. 30 zł). Bilet zbiorowy ma formę książeczki, w której przybijamy pieczątki w każdym kolejnym miejscu. Prawdopodobnie jednak nikt nie chciałby odwiedzać ośmiu takich samych parujących bajor. Niektóre z nich urozmaiciła sama Matka Ziemia nadając im różne kolory. O inne atrakcje musieli zatroszczyć się jednak ludzie, którzy postanowili zarabiać na tym pieniądze. My odwiedziliśmy 6 źródeł, ponieważ do tych dwóch ostatnich nie udało nam się dotrzeć przed zamknięciem, chociaż naprawdę bardzo się staraliśmy. Poniżej kilka obrazków z co ciekawszymi urozmaiceniami.

Lazurowa woda.

Woda przypominająca krew.

A także zwykłe błoto.

Dodatkowymi atrakcjami najczęściej były zwierzęta. Jak na przykład krokodyle pozujące akurat do rodzinnej fotografii:

Niestety jeden krokodyl nie ogarnął, z której strony robione jest zdjęcie.

Popularnością cieszyły się również kapibary i hipopotam, które można było nakarmić marchewką. Na zdjęciu kapibara, nie hipopotam.

Było też  źródło, które wykonywało jakieś sztuczki, kiedy dmuchnęło się w nie papierosem – bardziej dymiło czy coś. Oczywiście wszyscy, którzy chcieli wykonać taką magię mogli na miejscu zakupić papierosy. Jeżeli ktoś nie palił wcześniej, zawsze może zacząć dzisiaj. Dużą popularnością cieszyły się też jajka na twardo gotowane w specjalnym koszyku umieszczonym w jednych z supergorących zbiorników. Jedliśmy.

Następny dzień naszej wycieczki postanowiliśmy poświęcić na górską wspinaczkę. Głównie po to, żeby wreszcie użyć naszych dużych i ciężkich górskich butów, które zajęły sporą część naszego bagażu, kiedy rok temu przeprowadzaliśmy się do Japonii. Jako cel obraliśmy sobie Górę Tsurumi znajdującą się na terenie pobliskiego Parku Narodowego Aso – Kuju. Góra Tsurumi ma 1375 metrów i jest wulkanem, który ostatnio wybuchł ponad 1000 lat temu. Podobno do dziś zdarza mu się trochę podymić.  Nie zaobserwowaliśmy. Wspinaczkę można rozpocząć już od poziomu morza, tuż przy morzu. My jednak postanowiliśmy zacząć w miejscu,  do którego najdalej da się dojechać autobusem, czyli mniej więcej w połowie wysokości. W miejscu tym ma też stację kolejka linowa, którą da się wjechać na samą górę. Warto zaznaczyć, że w miejscu tym nie można kupić nic konkretniejszego do jedzenia, co nas przyzwyczajonych już do wszechobecnych Lawsonów, 7/11 i tym podobnych, mocno zdziwiło. Co prawda znajdują się tam dwa sklepy, ale kupimy w nich głównie lokalne wyroby, jak ciastka czy różnego rodzaju alkohol. Na szczęście udało nam się kupić zieloną herbatę i pyszną lemoniadę (też lokalny produkt). A zamiast kanapek – biszkoptowe ciastka z puddingiem. Po zakupach z pogardą ominęliśmy kolejkę linową i rozpoczęliśmy wspinaczkę.

Praktycznie całość trasy przebiegała przez gęsty las. Minusem tej sytuacji był fakt, że nie mogliśmy za bardzo pooglądać po drodze widoków. Niewątpliwym plusem było jednak to, że za bardzo nie przypiekało nas słońce. Podczas całej wycieczki spotkaliśmy na szlaku może ze 4 inne osoby. Więcej emocji wzbudziło jednak spotkanie węża. Trudno powiedzieć kto uciekał szybciej – wąż czy Foka Mela. Foka Oskar był dość spokojny – w końcu kolega z pracy powiedział mu, że co prawda w japońskich górach węże są, ale rzadko ktoś od nich umiera. My też nie umarliśmy, więc luz.

Na szlaku nie było prawie żadnych napisów po angielsku i mieliśmy kilka momentów zawahania, czy aby pewno dobrze idziemy, napotykając takie drogowskazy:

Pomocne były natomiast tabliczki oznaczone kolejnymi literkami alfabetu, umieszczone po każdych kolejnych 50 metrach. Wzwyż, oczywiście. Informowały, jak szybko powinniśmy pokonać najbliższy odcinek i ile będzie to metrów samego szlaku. Co dawało pewien pogląd na to, jak strome podejście nas czeka.

Wspinaczka zajęła nam około 4 godzin, ale osobom bardziej zaprawionym w górskich wycieczkach niż Foka Mela z pewnością udałoby się zdobyć szczyt szybciej. A na szczycie… Obiecywano nam wspaniały widok na ocean. Gdzieś tam.

No cóż… Przejrzystość powietrza pozostawiała tego dnia trochę do życzenia. Nie pooglądaliśmy, więc ani oceanu, ani szczytów pobliskich gór znajdujących się z drugiej strony. Gdzieś tam.

Nie mniej cała wycieczka sprawiła nam dużo frajdy. Oczywiście, jak wiele innych gór w Japonii, tak i Góra Tsurumi musi uchodzić za świętą, na szczycie znajdziemy więc kilka małych świątyń i buddyjskich figur. Wyznaczona jest tam nawet specjalna ścieżka pomiędzy poszczególnymi figurami siedmiu bogów dobrej fortuny. Tym razem chcieliśmy jednak poobcować z naturą, nie z duchami, więc nie skusiliśmy się na ten spacer.

Po wielu nieudanych próbach dojrzenia czegokolwiek przez mgłę postanowiliśmy wrócić na dół. Tym razem używając kolejki linowej. Kolejka może ponoć pomieścić aż 100 osób, ale razem z nami jechało ich może z 10. Mimo niewielkiej frekwencji na pokładzie obecna była też pani „przewodniczka”, która przez całą drogę coś opowiadała. Niestety tylko po japońsku, więc nie do końca wiemy o czym, ale obstawiamy, że coś o górach i lesie. Możliwe też, że pokazywała jakieś zwierzę, bo w pewnym momencie wszyscy rzucili się do okna wypatrywać czegoś za szybą.

Wycieczka w góry trochę nas zmęczyła, więc po zjechaniu na dół postanowiliśmy porelaksować się w jakimś onsenie. Żal byłoby nie skorzystać z takiej możliwości w Beppu, które jest jednym z największych przedstawicieli gorących źródeł w Japonii. Miasto podzielone jest na osiem głównych obszarów z onsenami zwanymi Beppu Hattō. My wybraliśmy się do strefy Kankaiji Hot Springs. Położona jest ona na wzniesieniu, co oznacza, że oprócz moczenia się w ciepłej wodzie możemy nacieszyć oczy ładnym widokiem.

Jednym z najfajniejszych onsenów w tym rejonie jest onsen Tanayu, znajdujący się w ekskluzywnym hotelu Suginoi Palace. Noc w tym miejscu kosztuje około 1000 zł, ale żeby wejść do onsenu nie trzeba być gościem hotelu (ufff). Wystarczy kupić bilet – w zależności od pory roku, miesiąca a nawet dnia wahający się od 30 do 60 zł.  Onsen znajduje się na dachu hotelu i ma kilka różnych gorących basenów, zarówno zadaszonych jak i odkrytych. Oczywiście większą popularnością cieszyły się te na zewnątrz, skąd rozciągał się widok na miasto.

W samym onsenie choćby bardzo się chciało, nie da się zbyt długo posiedzieć ze zwględu na wysoką temperaturę wody. W Suginoi Palace oprócz onsenu Tanayu w cenie naszego biletu możemy również jednak skorzystać z Aqua Garden, czyli znajdującego się tuż obok zwykłego basenu. Woda w basenie jest sporo chłodniejsza, ale wciąż dość ciepła. Wystarczy, że przejdziemy przez przebieralnię, zarzucimy na siebie strój kąpielowy (w onsenie oczywiście siedzimy nago) i możemy wskakiwać do koedukacyjnego basenu. Trochę abstrakcyjnie wyglądała spora część kobiet, które przed chwilą zupełnie bez niczego moczyły się w onsenie, a teraz w basenie pływały w mocno zabudowanych strojach kąpielowych z golfami i długimi rękawami. Oczywiście prawdopodobnie wynika to z tego, że Japonki boją się słońca i unikają opalania, dlatego rzadko kupują bikini. W onsenie nie było też obecnych tu mężczyzn. Niemniej człowiek z zewnątrz może poczuć się skonsternowany.

Wieczorami przy basenie co godzinę odbywa się pokaz fontann. W wodzie spędziliśmy ponad 2 godziny, więc udało nam się go zobaczyć aż 2 razy. W związku z tym, że trochę zasiedzieliśmy się w tym miejscu, musieliśmy wracać do hotelu na piechotę, bo ostatni autobus odjechał nam sporo wcześniej. Jednak po kilku godzinach moczenia się w gorącej wodzie byliśmy tak zregenerowani, że 3-kilometrowy spacer zupełnie nie był nam straszny.

A po wyjściu z Suginoi Palace odkryliśmy, gdzie wakacje spędza Święty Mikołaj.

A także, gdzie w lecie składowane są wszystkie choinkowe lampki świata.


Foki radzą:

  • RADA 71
    Zamykaj drzwi do mieszkania na dodatkową zasuwkę. W przeciwnym razie możesz zostać zaskoczony przez pracownika zarządzającego budynkiem wraz z dwuosobową ekipą sprawdzającą instalacje. To przecież oczywiste, że jeśli nie otworzysz w ciągu 15 sekund po zapukaniu, mają prawo użyć własnego klucza.
  • RADA 72
    Jeżeli robaki zaczynają wchodzić ci do mieszkania, a za oknem osiedla się wnuk Stefana wiedz, że lato zaczęło się na dobre.
  • RADA 73
    Zawiązuj porządnie reklamówki z zakupami, jeśli nie chcesz, aby sushi, które przed chwilą kupiłeś sobie na kolację, zamiast ciebie, jadł kierowca autobusu.
Experience Japan #7: Onsen

Experience Japan #7: Onsen

Dzisiaj kilka słów o kąpieli. W dużej wannie. Nago. Z innymi facetami (albo kobietami – jeśli jesteś kobietą). Teraz dodajcie do tego kamienie, gorącą źródlaną wodę i kojący szum leniwie spływających strumieni i otrzymacie onsen – idealne miejsce do relaksu i regeneracji. Prosto z Japonii.

W onsenach ciężko o zrobienie własnego zdjęcia – fotografowanie nagich ludzi nie jest mile widziane. Dla tych, którzy nie mają jednak takich skrupułów, często powieszone są znaki zakazu. Dlatego jesteśmy bardzo dumni z naszych zdjęć, które chytrze wykonaliśmy w środku nocy na 10 minut przed zamknięciem  onsenu w naszym hotelu w Beppu (nie było oficjalnych zakazów, więc prawa nie złamaliśmy). Zapraszamy do środka!

Jeszcze zanim wejdziemy do przebieralni często musimy zdjąć buty i dalej przemieszczać się na bosaka. Przed wejściem w lepszych onsenach otrzymujemy również ręcznik, a tam gdzie tak nie rozdają ich za darmo, często można je wypożyczyć za niewielką dodatkowa opłatą. Potem drogi się rozwidlają, a oddzielne pomieszczenia oznaczone są zasłonami. Damska jest zwykle czerwona, a męska zielona/czarna/niebieska. Zazwyczaj jednak nawet w mniejszych lokalnych onsenach odmiennym kolorom towarzyszyły też napisy po angielsku.

Za kurtynami znajdują się przebieralnie, a właściwie bardziej rozbieralnie. Do onsenu bowiem wchodzimy nago, dzierżąc w dłoni jedynie mały „ręcznik skromności” („modesty towel”). Ubrania zostawia się w specjalnych koszach lub szafkach. Bardziej cenne rzeczy za dodatkową opłatą możemy zostawić też w szafkach zamykanych na kluczyk, który przymocowany do gumowej bransoletki, zabieramy ze sobą do kąpieli. Rzadko jednak widzieliśmy, aby ktoś z Japończyków korzystał z tej opcji. Zanim jednak wejdziemy do onsenu pozwolę Foce Meli porozpływać się (przypadek?) nad tym, jak owe przebieralnie potrafią być wyposażone.

Wszystko oczywiście zależy od miejsca, do którego trafiliśmy. Standardem we wszystkich miejscach są mini toaletki z lustrem, często z dodatkowymi umywalkami. Tam też leżą suszarki do włosów. Do bardziej luksusowych onsenów możemy wybrać się nie zabierając właściwie żadnych własnych rzeczy, bo wszystko czego możemy potrzebować dostaniemy na miejscu. Znajdziemy tam bowiem mleczka do demakijażu, dodatkowe kosmetyki do mycia twarzy czy szczotki do włosów. Jak również kremy i balsamy do ciała. Słyszałam również o onsenach, (choć sama w takim nie byłam) gdzie poza wszelkimi kosmetykami do demakijażu i pielęgnacji otrzymamy też kosmetyki kolorowe, aby po relaksie w onsenie móc ponownie wykonać makijaż.

Bezpośrednio z przebieralni wchodzi się już do sali z onsenem. Tam pierwsze kroki powinniśmy skierować pod prysznic – przed moczeniem się trzeba się dokładnie umyć. Prysznice są umieszczone na ścianach, a w większych onsenach nawet w rzędach. Zgodnie z tradycją, przed każdym prysznicem stoi krzesełko, aby myć się na siedząco. Czekają tam też na nas kosmetyki – co najmniej mydło, choć w większości miejsc, które odwiedziliśmy, w zestawie były też zwykle szampon i odżywka do włosów.

Po umyciu się możemy wejść do wody. Znajdujemy mniej zajęte miejsce i siadamy. No i się moczymy. W zależności od onsenu możemy mieć mniejszy lub większy wybór „basenów”. Nam zdecydowanie najbardziej podobają się te na świeżym powietrzu, gdzie gorąca woda styka się ze świeżym, chłodniejszym powietrzem. Woda może mieć różną temperaturę, jednak zawsze jest bardzo gorąca. Zwykle jest to około 40 stopni. Jeśli chodzi o rzeczy, których nie powinno się robić w onsenie to picie alkoholu, czy zbyt głośne rozmawianie. Do onsenu nie zostaniemy też wpuszczeni, jeśli posiadamy tatuaż.

A jeżeli chodzi o kwestię nagości, to budzi ona emocje jedynie za pierwszym razem przez pierwsze kilka minut. Pewien komfort psychiczny daje noszony ręcznik, którym Japończycy osłaniają się zmieniając miejsce. Problem „gdzie w basenie położyć ręcznik” Japończycy rozwiązują zwykle przewiązując go na czole, robiąc sobie z niego turban, bądź po prostu kładąc złożony na czubku głowy. Wyglądają wtedy iście dostojnie.

Kiedy już naprawdę nie będziemy mogli wytrzymać z gorąca, kończymy relaksowanie. Zdrowej onsenowej wody nie trzeba spłukiwać, chociaż niektórzy to robią. Bardzo ważne jest to, żeby przed powrotem do przebieralni dokładnie wytrzeć się noszonym ze sobą ręcznikiem. Raz tego nie zrobiłem i po chwili do męskiej przebieralni wpadła pani (!!!) i poczęła sumiennie wycierać wszystkie krople z podłogi, co chwilę spoglądając na mnie i kręcąc głową. Tego doświadczenia nie polecam.

Onseny są różne, a ceny tych które my zwiedziliśmy wahały się od 300 do 1000 jenów (ok. 9 do 30 zł). Zwykle baseny męskie są zupełnie oddzielone od damskich, ale zdarzają się także onseny mieszane, w których kobiety kąpią się z mężczyznami. Do jednego takiego nawet się udaliśmy, ale… okazało się, że poza nami nie ma tam nikogo. O poszczególnych onsenach poopowiadamy jeszcze później, a tu na koniec zamieszczamy zdjęcie jednego z najciekawszych.

Dane: Onsen w „Nishitetsu Resort Inn Beppu”
http://www.booking.com/hotel/jp/nishitetsu-resort-inn-beppu.en-gb.html
Cena:
300-1000 ¥ (ok. 9-30 zł)
Ocena fok: (4 / 5)

PS. Spotkaliśmy się również z inną szkołą korzystania z onsenu. Mianowicie – najpierw wchodzimy do wspólnego basenu, potem się myjemy, a potem wchodzimy jeszcze raz i się moczymy. Jak na załączonym niżej obrazku. Nie zaobserwowaliśmy tego jednak w praktyce.

4500 km w 12 dni, czyli road trip po Nowej Zelandii

4500 km w 12 dni, czyli road trip po Nowej Zelandii

Nowa Zelandia to dziwny kraj, w którym góry przeplatają się z morzem, pola z lasami, a ludzie z owcami. Na dwóch wyspach, z których składa się na Nowa Zelandia można zobaczyć chyba wszystkie możliwe ziemskie krajobrazy. Ludzi nie jest tu za dużo, więc ich nie zasłaniają. Przez dziurę ozonową słońce świeci tu o 40% mocniej niż w Europie, a trawa jest zieleńsza. Lato przypada na grudzień, a zima na lipiec. Właśnie w tych zwariowanych warunkach postanowiliśmy w tym roku spędzić Święta Bożego Narodzenia.

Nasza podróż zaczęła się o 16 w Wigilię pod Auckland Museum. Tam wsiedliśmy w samochód i wyruszyliśmy na południe. Auckland znajduje się na północy Północnej Wyspy. Naszym celem było dojechanie na południe południowej – do Queenstown, a przy tym zobaczenie po drodze tak dużo, jak nam się tylko uda. Tym razem do naszej foczej załogi dołączył jeszcze jeden kompan, którego dla spójności stylistycznej będziemy nazywać – Kiwi Kuba. Z przewodnikiem Lonely Planet w dłoni i bojowym nastrojem staraliśmy się nie myśleć o tym, że jeszcze dzisiaj rano spod maski naszego samochodu wydobywał się dym.

Na road tripie samochód w sposób naturalny staje się jednym z głównych bohaterów. Nasza Mazda Familia kosztowała Kiwi Kubę 1000 NZ$, co przy nowozelandzkich cenach bliższe jest cenie za złomowanie niż działający samochód. Dym okazał się na szczęście tylko efektem dziurawej rurki przy chłodnicy, ale auto miało też inne „ficzery”. Z powodu niskiego zawieszenia każdy próg zwalniający obijał nam się o podwozie, a przez zużyte amortyzatory na ostrzejszych zakrętach zapakowany walizami samochód „siadał” na kole wydając złowrogi huk. Prowadząc na pewno nie można się było nudzić, a kratę browarów musieliśmy trzymać pod nogami pasażera z przodu.

Mimo że w Nowej Zelandii na powierzchni niewiele mniejszej niż Polski mieszka zaledwie 4,5 miliona ludzi, na drogach nie byliśmy odosobnieni. Prawie co drugi mijany samochód był kamperem. W okresie wakacyjno-świątecznym cała Nowa Zelandia szturmuje bowiem pola namiotowe, a właściwie „holiday parki”, których jest tu zatrzęsienie. Rodziny pakują namioty, garnki, patelnie i piłki do krykieta i na tydzień osiedlają się na trawniku z dala od swojego miasta, ale z pozostałymi jego mieszkańcami. No i nami.

Mieszkańcy Nowej Zelandii kochają bowiem przyrodę. Z dumą nazywają siebie nawzajem „Kiwi”, od ciapowatego ptaka, który jest ich symbolem narodowym.  Kiwi nie potrafi latać, słabo widzi, a jego supermocą jest nos na końcu dzioba. Ma bardzo dobry węch, co pozwala mu znajdować robaki w ziemi nawet ich nie widząc (dla porównania – zdjęcie polskiego żubra). Zobaczenie kiwi na wolności graniczy jednak z cudem (szanse, że kiwi zobaczy ciebie są jeszcze mniejsze), a nawet w zoo musieliśmy się nieźle wysilać, bo kiwi biegały po zaaranżowanym lesie przy zgaszonym świetle.

Nasza wycieczka odbiegała trochę od nowozelandzkich standardów i była kompletnie spontaniczna – tylko prom międzywyspowy zarezerwowaliśmy dzień przed wyjazdem. Koło jakiego miasta spędzimy noc decydowaliśmy zwykle o 15, a na którym kempingu – tuż przed zmrokiem. Dlatego też często witały nas doklejone karteczki „no” do napisu „vaccancy” i nikt nie chciał słuchać o tym, że mamy tylko mały dwuosobowy namiocik, a Kiwi Kuba zwykle śpi na trawie. Albo w samochodzie. Albo na drzewie. Albo na kanapie w kuchni.

W Nowej Zelandii jeździ się po lewej stronie, co o dziwo przyszło nam niespodziewanie łatwo. Trochę zajmuje przyzwyczajenie się do trzymania środka pasa (reszta samochodu nie jest na prawo tylko na lewo), ale dopóki nie ma skrzyżowania albo co gorsza ronda da się jakoś jechać. Oczywiście, parę razy włączy się wycieraczki zamiast kierunkowskazu, a jak się nie ma automatu (my mieliśmy) trzeba się przyzwyczaić do rytmicznego uderzania prawą ręką w drzwi. Przez cały kraj ciągną się prawie tylko jednopasmówki z ograniczeniem 100 km/h. W górach, których jest tu pełno, mocno hamują zakręty z sugerowaną prędkością od 85 do 25 km/h, które rzeczywiście takiej prędkości wymagają, a przy większości rzek i rzeczek są mosty z jednym pasem ruchu (tego wynalazku wciąż nie możemy zrozumieć). Jeżdżąc po Nowej Zelandii w okresie świątecznym załapaliśmy się także na zaostrzone przepisy, według których przekroczenie prędkości o więcej niż 4 km/h owocowało mandatem. Przeprosiliśmy, a pani policjantka (po wlepieniu mandatu) powiedziała nam, że „it’s okay”.

Nowozelandczycy są bowiem bardzo wyluzowanym narodem. Dopuszczalna zawartość alkoholu we krwi podczas jazdy jest cztery razy wyższa niż w Polsce i wynosi 0,8 promili. Mieszkańcy podobno stosują inny przelicznik – dwa małe piwa na start, a potem jedno co godzinę. Policja częściej mówi „tak nie wolno” niż wlepia mandaty, a za zbyt długie parkowanie na parkingu „max 120 minut” dostaliśmy tylko 12 dolarów kary. Za dewizę Nowozelandczyków potraktować można chyba powiedzonko gospodarza domu, w którym mieszka Kiwi Kuba – „It’s all good”.

Mówiąc o Nowej Zelandii nie sposób nie wspomnieć, że jest tu straszliwie drogo. Cała Nowa Zelandia szuka kiwi po lasach, więc praktycznie wszystko trzeba importować zza granicy. Rzeczy do jedzenia za mniej niż dolara (aktualnie 2,90 zł) praktycznie nie ma, cheeseburger w Macu, który nawet w Japonii kosztuje 3 złote z groszami – w Nowej Zelandii kosztował 3,5 NZ$. Za każdą noc na polu namiotowym trzeba było zapłacić 15-20 NZ$, chyba że nie było ciepłej wody – wtedy cena spadała do 12,5 NZ$ (~35zł). Przeprawienie się z samochodem pomiędzy wyspami w obie strony kosztowało naszą trójkę 700 dolarów (~2000zł). Zarobki są jednak oczywiście wyższe – minimalna stawka to 14 NZ$ (~40zł) za godzinę- chociaż chyba nie adekwatnie, bo całkiem sporo Nowozelandczyków udaje się do znienawidzonej przez nich Australii, aby zarabiać więcej.

Ci wstrętni Australijczycy!

Wróćmy jednak do naszej podróży. Wyruszliśmy z Auckland o 16 i już o 20 spaliśmy przy największym jeziorze w Nowej Zelandii – Taupo (278 km). Następnego dnia trochę pozwiedzaliśmy i popędziliśmy do Wellington (372 km). Stamtąd  o 5:45 wyruszyliśmy promem na Południową Wyspę do Picton, z którego skierowaliśmy się na zachód, do parku narodowego Abela Tasmana, a dokładniej do Motueki (256 km). Po trzecim noclegu, wycieczce motorówką i prawie dobie spędzonej na wybrzeżu kontynuowaliśmy naszą podróż na południe i zatrzymaliśmy się przy kolonii fok w Tauranga Bay (236 km). Obejrzeliśmy foki i krętą drogą przez jedne z najbardziej malowniczych terenów Nowej Zelandii (pancakes rocks i blowholes!) udaliśmy się potem do Okarito Lagoon (270 km). Szósty dzień upłynął głównie na jeździe – zahaczając o dwa lodowce – Franz Joseph Glacier i Fox Glacier – zajechaliśmy do Te Anau (536 km). W końcu dobiliśmy do najdalszego punktu naszej wycieczki – fiordów w Milford Sound – i zawróciliśmy, aby pierwszy dzień z dwudniowego Sylwestra spędzić w Queenstown (406 km).

W Queenstown nie było gdzie spać, więc postawiliśmy fotele do pionu i ruszyliśmy do zniszczonego trzęsieniami ziemi Christchurch (483 km). Kiedy ochłonęliśmy po Sylwestrze i zobaczyliśmy już wszystkie zniszczenia, przemieściliśmy się trochę na północ wypatrywać wielorybów w Kaikourze (181 km). Dziesiąty dzień był naszym ostatnim na Południowej Wyspie – na wieczór zajechaliśmy do Picton (156 km). O 5:30 znowu załadowaliśmy się na prom, zwiedziliśmy stolicę i gnaliśmy na północ, aby noc spędzić w śmierdzącej Rotorurze (548 km). Ostatni dzień spędziliśmy na wąchaniu bagna, przechadzaniu się po Matamata, mieście hobbitów, a wieczorem zasnęliśmy już w (prawie) naszych łóżeczkach w Auckland (228 km). W sumie pokonaliśmy około 4500 km w 12 dni. A tak wygląda to na mapie:

Nowozelandzkie widoki można prezentować w nieskończoność. W nieskończoność można też snuć nowozelandzkie opowieści. O tym dlaczego Nowozelandczycy nie lubią Australijczyków, w jaki sposób pokonują kompleksy odnośnie tego, że ich kraj ma bardzo krótką historią i po co wkładają buraki do burgerów. A także o 100-metrowym moście linowym, fiordach i wodospadach. I wielu innych rzeczach. Ale o tym wszystkim w kolejnych notkach.

O szczękach, dinozaurach i gryffindorach

O szczękach, dinozaurach i gryffindorach

Przyjazd Fok nie był jedynym ważnym lipcowym wydarzeniem w Japonii. Dokładnie dzień po naszym przylocie, 15 lipca w Osace otwarty został nowy park tematyczny „The Wizarding World of Harry Potter”. Foka Oskar, który nie był tak dużym fanem Harry’ego jak Foka Mela, został więc zmuszony do obejrzenia wszystkich 8 filmów z serii i można było planować wyjazd.

Okazało się, że park Harry’ego Pottera jest tylko najnowszą częścią ogromnego parku rozrywki Universal Studios Japan.

Za 2 wejściówki zapłaciliśmy trochę ponad 400 zł. W cenę wliczone jest wejście do parku oraz nieograniczony dostęp do wszystkich atrakcji. Była też droższa opcja. Za dwukrotną stawkę można było kupić bilety przyspieszone, które z 7 wybranych atrakcji pozwalały skorzystać bez czekania w kolejkach. Gdyby przed kasą biletową ktoś postawił podobną tablicę jak tą znajdującą się w środku, która pokazywała, że na niektóre przyjemności trzeba czekać nawet 3 godziny, pewnie rozważalibyśmy tę opcję.

Okazało się też, że cała Japonia, która wszystkie atrakcje Universalu widziała już wcześniej, postanowiła odwiedzić jego najnowszą część i żeby dostać się do świata Harry’ego Pottera, trzeba mieć specjalny bilet określający konkretną godzinę wejścia. Na szczęście nie trzeba było za niego dodatkowo płacić. Mimo więc tego, że wstaliśmy skoro świt i byliśmy na miejscu niedługo po otwarciu na wejście do  Gryffindoru Hogwartu musieliśmy czekać około 2 godzin. Postanowiliśmy, więc rozejrzeć się po reszcie Universalu. Pierwszym miejscem, do którego się udaliśmy był Jurassic Park.

Skusił nas fakt, że na przejażdżkę tutaj trzeba było czekać jedynie 55 minut. No a poza tym – kto nie jara się dinozaurami? W kolejce mogliśmy przyglądać się Japończykom, z których co drugi zajadał się udkiem kurczaka, mającym imitować chyba nogę niezbyt wyrośniętego dinozaura. Zbyt apetycznie to nie wyglądało.

Po godzinie wraz z 30 innymi osobami zostaliśmy zapakowani do pontonu. Dostaliśmy miejsca w drugim rzędzie, a przed nami usadzono jakieś japońskie starsze panie. Dodatkową atrakcją było dla nas obserwowanie tego, jak piszczą nawet w początkowej fazie przejażdżki, kiedy to sunęliśmy z prędkością 10 km/h, a zza drzew dostojnie wyłaniały się głowy dinozaurów.  Z czasem oczywiście dinozaury coraz agresywniej szczerzyły zęby niespodziewanie wyskakując zza krzaków lub spod wody. Wielki finał następował momencie, w którym nad naszymi głowami pojawiał się wielki tyranozaur, a ponton gwałtownie zjeżdżał w dół 25-metrowego wodospadu. Nie tylko japońskie emerytki krzyczały.

Tak wyglądała końcówka jakiejś grupy jadącej po nas.

Po przeżyciach z krainy dinozaurów przyszła pora na nasze wejście do świata Harry’ego Pottera. Tłum, który nas tam przywitał skutecznie utrudniał podziwianie bardzo ładnie odwzorowanego Hogsmeade. Odpuściliśmy więc sobie odwiedzanie sklepów i oglądanie wystaw i zaczęliśmy przeciskać się pod Gryffindor Hogwart. Z daleka robił naprawdę piorunujące wrażenie. Poniżej dwa przykładowe zdjęcia.

Przed zamkiem formowała się jakaś kolejka. Nie do końca byliśmy pewni do czego, ale nie widzieliśmy żadnej innej możliwej drogi do środka, więc też w niej stanęliśmy. Już w 2 godziny później okazało się, że była to kolejka do obsypanej nagrodami najważniejszej atrakcji, czyli lotu na Gryffindorze „Harry Potter and the Forbidden Journey”. Przed wejściem było pełno ostrzeżeń, mówiących o tym, że na przejażdżkę nie powinien się decydować prawie nikt, a na pewno nie kobiety w ciąży, osoby ze skłonnościami do zawrotów głowy, czy z lękiem wysokości, a także kilkoma innymi przeciwwskazaniami. Foka Mela zdążyła w międzyczasie zauważyć u siebie wszystkie wymienione objawy (może poza ciążą). Na szczęście Foka Oskar nie pozwolił jej zawrócić.

W samym zamku zbyt wiele do oglądania nie było. Co prawda zaaranżowano kilka pomieszczeń jak na przykład gabinet Gryffindora Dumbledora, ale raczej w formie wystawy, będącej rozrywką dla osób czekających w kolejce na przejażdżkę. Nie dało się do niego wejść i pooglądać wszystkiego z bliska. Ciekawe były jednak ruszające się i gadające obrazy. Niestety ze środka nie mamy żadnych zdjęć, bo przed wejściem musieliśmy zostawić w szafkach wszystkie nasze rzeczy włącznie z aparatem.

Przejażdżka okazała się za to jednym z najbardziej intensywnych doznań w naszym życiu. Na samym początku przywitała nas Hermiona mówiąca po japońsku, ale nie była to najstraszniejsza część podróży. Zamysł tej wycieczki był taki, że siedząc na krzesełku podążało się za Harrym lecącym na miotle, którego widzieliśmy dzięki bardzo realnie zrobionej animacji wyświetlanej przed naszymi oczami. Oczywiście krzesełka poruszały się w rzeczywistości, więc kiedy Harry gwałtownie zlatywał w dół, my spadaliśmy za nim, czując pęd powietrza. Powiedzieć, że rzucało nami na wszystkie strony to trochę za mało – raz byliśmy nawet do góry nogami. Animacja przeplatana była pełnowymiarowymi rekwizytami, dzięki czemu na naszej drodze napotkaliśmy między innymi dementora, bijącą wierzbę, czy smoka ziejącego prawdziwym ogniem. Wszystko odbywało się w całkowitej ciemności, więc nie dało się przewidzieć, co wydarzy się za chwilę.

Po wyjściu z zamku okazało się, że czas oczekiwania na tę przejażdżkę zwiększył się z 2 godzin do 4. Była jednak tak dobra, że gdyby trzeba było na nią czekać 2 razy dłużej to pewnie byśmy czekali. Foka Mela bardzo chciałaby przeżyć to znowu – tym razem z otwartymi oczami. W świecie Harry’ego dostępna była jeszcze jedna przejażdżka – lot na gryffindorze hipogryfie. Była to najzwyklejsza kolejka jadąca po szynach w wagonikach stylizowanych na hipogryfy, więc po tym co przeżyliśmy w zamku, wydała nam się strasznie smutna i nudna. Zamiast tego poszliśmy obejrzeć wioskę czarodziejów.

W Hogsmeade spróbowaliśmy kremowego piwa i zajrzeliśmy do kilku sklepów, w których dało się kupić gadżety z Hogwartu jak różdżki, szaty czy kubki z godłem ulubionego domu. Co ciekawe dostępne były wszystkie poza Gryffindorem, a nie oszukujmy się – po co komu kubek z Hufflepuffu? Przecież w głębi serca każdy czuje się Gryfonem. Po spacerze byliśmy już porządnie głodni, więc postanowiliśmy pożegnać się z czarodziejską krainą i zjeść obiad w innej części parku (na stolik w Trzech Miotłach trzeba było czekać 45 minut).

Cały Universal podzielony jest na różne krainy tematyczne. Poszczególne jego części stylizowane są też na konkretne amerykańskie miasta. Dzięki temu mogliśmy przejść się po San Francisco czy Nowym Yorku. Obiad zjedliśmy w Los Angeles. Z pełnymi brzuchami postanowiliśmy zaznać jeszcze trochę wrażeń, wybraliśmy się więc do Amity Village – miasteczka znanego z filmu „Szczęki”.

Zdecydowaliśmy się też na przejażdżkę w tym miasteczku, bo czas oczekiwania wynosił mniej niż pół godziny. Intensywność doznań danej atrakcji można było ocenić już na początku. W Hogwarcie wszystkie swoje rzeczy, jak torebki i plecaki trzeba było zostawiać w specjalnych szafkach przed wejściem, a w krzesełkach pozapinać się ze wszystkich stron. W Jurassic Parku torebki wciskało się pod siedzenia, zabezpieczenie było wspólne dla całego rzędu, a podczas jazdy nie wolno było podnosić rąk. W obu miejscach były też ograniczenia wzrostu. Natomiast w Amity Village do łódki można było zabrać nawet małe dzieci i trzymać je sobie na kolanach.

Nie spodziewaliśmy się zbyt wiele po tej wycieczce i faktycznie do zbyt przerażających nie należała. Mimo tego (a może właśnie dlatego), że ze wszystkich stron atakowały nas krwiożercze plastikowe rekiny. Co prawda nasza przewodniczka skakała po łódce „strzelając” do ludojadów, co jakiś czas trochę nami zabujało, a na końcu wybuchł nawet pożar, ale i tak trudno zaliczyć tę atrakcję do emocjonujących.

Mimo wszystko, kiedy pisząc tę notkę trafiłam na informację, że Universal na Florydzie po 20 latach wyburzył miasteczko Amitty Village na rzecz większej przestrzeni dla Harry’ego Pottera, zrobiło mi się trochę żal.

Po „Szczękach” mieliśmy już trochę dość tego, że nami trzęsie, więc zamiast na największego w parku rollercoastera, którym jeszcze rano chcieliśmy się przejechać, udaliśmy się na atrakcję kinową – „Terminatora 2: 3D”. Tam okazało się, że postanowiono sobie z nas zażartować z racji tego, że już za miesiąc Halloween.  Zamiast „Terminatora” otrzymaliśmy fragmenty zabójczej kasety z filmu „The Ring”, jego przerażającą bohaterkę wyłażącą ze studni we własnej osobie i pojawiającą się w losowych miejscach na sali, gęstą mgłę, w której trudno było oddychać i inne tego typu przeboje. Japończycy piszczeli. Po wyjściu na zewnątrz zrobiło się już ciemno i okazało się, że Universal postanowił straszyć nas dalej przygotowując atak zombie.

Po parku zaczęły biegać żywe trupy, strasząc przechodniów zmyślnymi rekwizytami jak wielkie siekiery czy piły mechaniczne, pobrzękując łańcuchami i próbując zaciągnąć ofiary do swoich klatek. Musimy przyznać, że całkiem sporo frajdy było w uciekaniu i piszczeniu wraz z tłumem. Przynajmniej przez pierwsze pół godziny. Universal naprawdę się postarał i trudno było przejść z jednego miejsca do drugiego nie natrafiając kilka razy na grupę zombiaków, co zaczęło stawać się nieco uciążliwe.

Trudno było nakręcić film z nimi w roli głównej, kiedy jednocześnie się przed nimi uciekało. Foka Oskar wpadł nawet na pomysł wystawienia im Foki Meli i nagrywania, tego jak się na nią rzucają, ale ostatecznie udało jej się od tego wykręcić. Cały dzień był jednak dość mocno stresujący, dlatego na koniec dla ukojenia nerwów wybraliśmy się na krótki seans „Shreka 4D” rekomendowanego jako atrakcja dla rodzin z dziećmi.

Oczywiście nie udało nam się zobaczyć wszystkiego, dlatego „Spiderman”, „Back to the Future” czy „Ulica Sezamkowa” muszą poczekać na naszą następną wizytę.


Foki radzą:

  • RADA 28
    Jeżeli wszystkie kubki, kalendarze z kotami, kieliszki do wina i świeczki w sklepie nie mają ceny, to najprawdopodobniej wygrałeś życie trafiając do sklepu „stujenowego”, gdzie wszystko kosztuje 3 złote. Jej!
  • RADA 29
    Zanim kupisz komuś ciekawe piwo w prezencie, przypomnij sobie, że nie wpuszczą Cię z nim do samolotu.
  • RADA 30
    Nie obiecuj nikomu pocztówek z Japonii. W żadnym turystycznym miejscu nie da się kupić ani jednej.