Browsed by
Tag: Fukuoka

Jak (nie)podróżować po Japonii? [FILM]

Jak (nie)podróżować po Japonii? [FILM]

Wszystko co dobre kiedyś się kończy, więc skończyły się i wakacje w Hakone. Jakoś trzeba było wrócić do Fukuoki. Jako, że nasze wizy nie pozwalały nam na zakup JR Passów, podróż Shinkansenem była dla nas zupełnie nie opłacalna, dlatego musieliśmy trochę pokombinować. I tak powstał film drogi, w którym podczas 10 godzin przemieszczamy się ośmioma środkami lokomocji. Nie róbcie tego w domu. Niektóre nasze rady mogą Wam jednak pomóc przy planowaniu podróży po Japonii, więc mamy nadzieję, że film Wam się spodoba. Zapraszamy!

Experience Japan #13: Matsuri

Experience Japan #13: Matsuri

Japończycy uwielbiają festiwale, czyli po ichniemu matsuri. Żeby taki festiwal urządzić, każda okazja jest dobra. Są festiwale bardziej poważne – na przykład Obon, czyli święto zmarłych, są i mniej poważne – typu oglądanie fajerwerków, które są nieodzowną częścią japońskiego lata. Japończycy mają też w zwyczaju świętować wszystko, co związane ze zmianami w przyrodzie, dlatego niezwykle popularne są na przykład festiwale celebrujące kwitnące wiśnie. Na żadnym porządnym matsuri nie może zabraknąć straganów z jedzeniem, gdzie można spróbować tradycyjnych takoyaków czy okonomiyaków oraz wszystkiego co  da się nabić na patyk – od małych ośmiorniczek po banany oblane czekoladą. Zwykle obecne są też piwo oraz sake, które producenci specjalnie na takie okazje pakują w kartoniki ze słomkami. Nie ma tu też niczego dziwnego w sprzedawaniu i spożywaniu takich trunków na terenach świątyń, przy których nie rzadko odbywają się matsuri. Aby lepiej wczuć się w atmosferę festiwalu, spora część osób ubiera kimono lub yukatę (jego lżejszą wersję). My podczas roku w Japonii byliśmy już na wielu matsuri, a jednym z ostatnich, który odbywał się w Fukuoce, był Yamakasa Festival.

Święto to odbywa się cyklicznie co roku. Swój początek zapewnia pewnej epidemii. A konkretniej buddyjskiemu mnichowi, który postanowił się z nią rozprawić. W tym celu zbudował tratwę, na której noszony przez mieszkańców miasta zagrożonych chorobą, modlił się o uzdrowienie. Najwyraźniej jego modlitwy zostały wysłuchane, skoro wspomina się go do dziś, biegając po mieście z tratwami. Mówiąc w skrócie, jest to bowiem sedno dzisiejszego festiwalu Yamakasa.

Piękne ozdobne tratwy można oglądać w różnych miejscach miasta przez całe dwa tygodnie trwania festiwalu. Głównym punktem imprezy jest jednak wyścig. Wyścig tratw niesionych przez męskie drużyny z kilku dzielnic. Są to trochę mniejsze wersje tratw, niż te które wcześniej ustawia się na mieście, nie mniej każda z nich waży aż tonę, więc bieg z nią na plecach nie należy do najłatwiejszych. Mimo tego, nie brakuje chętnych do brania udziału w wyścigu. Nie trudno też ich rozpoznać – biegacze z dumą noszą bowiem bardzo specyficzny strój.

Najwięcej emocji wzbudza oczywiście fakt, że zamiast spodni mają oni na sobie jedynie przepaskę na biodra. Do przepaski tej przyczepione są liny, które później zaczepia się o belki tratwy. Na górne partie ciała uczestnicy wyścigu zakładają peleryny (z rogami związanymi ze względów bezpieczeństwa), a na nogi buty z rozdzielonymi palcami. Ważne są też przepaski na głowę, których różne kolory oznaczają rangę i funkcję w zespole.

A praca zespołowa jest podczas wyścigu niezwykle ważna. Każda drużyna niesie swoją jednotonową figurę około 30 minut. W jednym momencie tratwę niesie tylko 30 biegaczy, ale podobno nawet ci najsilniejsi nie mogą jej nieść dłużej niż 3-4 minuty. Podczas całej trasy muszą się więc wielokrotnie zmieniać. Aby było to łatwiejsze, na tratwie jedzie czterech mężczyzn, którzy odpowiedzialni są właśnie za dopilnowanie tego, aby żaden z zawodników nie był przy tratwie zbyt długo. Poza młodymi, silnymi mężczyznami, zdolnymi do niesienia tratwy w zespole znajdują się też starsze osoby odpowiedzialne za logistykę i bezpieczeństwo.

W dniu głównego wyścigu drużyny niosą swoje figury ulicami miasta uwzględniając w trasie jedną z największych świątyń w Fukuoce – świątynie Kushida, na terenie której robią honorową rundkę. Impreza zaczyna się bardzo wcześnie – pierwsza drużyna wyrusza o 4:59 rano, a co 5 minut startuje kolejna. Na końcu podlicza się czasy każdej drużyny i wyłania zwycięzcę. Mimo tego, że główna impreza odbywa się o dość nieprzyzwoitej porze, nie brak ludzi, którzy przychodzą oglądać to niecodzienne widowisko. Widzowie też mogą brać udział w zabawie, pomagając uczestnikom poprzez polewanie ich wodą podczas biegu, aby było im chłodniej. Istnieje też szansa na to, aby poczuć klimat Yamakasy bez spędzenia nocy poza własnym łóżkiem. Przez całe dwa tygodnie poprzedzające główny wyścig na mieście można spotkać mężczyzn ubranych w tradycyjne stroje, ponieważ w tym czasie odbywa się sporo uroczystości, które w większości mają na celu modlitwy o bezpieczeństwo podczas głównego wyścigu. Odbywają się też różne próby i ćwiczenia, więc można zobaczyć drużyny w akcji.

Co ciekawe nie są prowadzone żadne statystyki rekordów z poprzednich lat. Organizatorzy podkreślają, że najważniejszy jest duch rywalizacji oraz poświęcenie tych drużynowych wysiłków bóstwom ze świątyni Kushida.

Experience Japan #12: Kocia wyspa

Experience Japan #12: Kocia wyspa

Koty grające na keyboardach i jeżdżące po ulicach samochodem. Albo na roombie. Albo siedzące przy stole i jedzące ryby. Jeżeli tak wyobrażacie sobie kocią wyspę to pewnie się zawiedziecie. Jeżeli natomiast spodziewacie się masy bezpańskich kotów, które będą łasić się do nóg i jeść wam z ręki to zdecydowanie powinniście odwiedzić chociaż jedną z licznych japońskich kocich wysp.

Pierwszą kocią wyspą, którą odwiedziliśmy jeszcze w zeszłym roku, była Genkaishima, oddalona o jakieś pół godziny promem od Fukuoki. Niestety, spore trzęsienie ziemi sprzed kilku lat (z epicentrum praktycznie dokładnie pod tą wyspą) połączone z tsunami mocno zdziesiątkowało populację kotów na wyspie. Skończyło się zatem na siedzeniu z 10 zaznajomionymi kotami w porcie. Mieliśmy dzięki temu sporo czasu, aby dokładnie je obfotografować.

Pierwsza wizyta nieco nas rozczarowała, ale postanowiliśmy się nie poddawać i w zeszły weekend wybraliśmy się na jedną z najsłynniejszych kocich wysp w Japonii. Z kieszeniami wypełnionymi Kal Kanem (czyli japońskim Whiskasem) pojechaliśmy na Ainoshimę. Ta wyspa, nazywana „kocim rajem”, oddalona jest od naszego fokarium o 3,5 godziny drogi – autobusem, metrem, drugim metrem, drugim autobusem i promem. Nie mamy jednak wątpliwości, że warto było tę drogę pokonać.

Mimo że na Ainoshimie mieszka podobno 500 osób i ponad 100 kotów, kotów widzieliśmy dużo więcej niż ludzi. Może dlatego, że dla ludzi jedzenie z ręki kociego przysmaku nie było specjalną atrakcją. Trzeba było pewnie spróbować z ciastkami. Turystów też nie było za dużo – oprócz nas na koty polowały z dwie inne pary i jedna Japonka z psem. Nie wiemy, dlaczego ktoś ją tutaj wpuścił.

Po zejściu z promu naturalnym odruchem jest chęć zagłębienia się w wyspę. Co nie do końca jest dobrym pomysłem, bo koty zwykle czają się właśnie w okolicach portu. Popularnym widokiem są zatem rybacy odganiający je od swoich wiader z rybami. Jeżeli koty nie są w porcie, to na pewno kryją się gdzieś w cieniu. Na Ainoshimie nie ma podobno samochodu, pod którym nie leżałby kot.

Nie sposób nie wspomnieć też o tym, że kocia wyspa to nie tylko śmiech i miałczenie, ale też trochę smutku. Mieszkające tu koty rzadko mają opiekunów, wiodą zatem dzikie życie z wszystkimi tego konsekwencjami. Sporo kotów ma widoczne problemy zdrowotne, szczególnie z oczkami. Średni wiek to około 3 do 5 lat, czyli z trzy-cztery razy mniej niż domowe sierściuchy, które mogą koncentrować się na szukaniu pudeł do wskoczenia.

Kocie wyspy powstały podobno po prostu dlatego, że Japończycy bardzo lubią koty. Uważają, że przynoszą one szczęście, a dawniej obserwując ich zachowanie przewidywali pogodę. Rybacy kocich przysmaków mają akurat pod dostatkiem, więc dokarmiając koty stworzyli im bardzo dobre warunki do rozwoju populacji. Ciężko bowiem żeby na wyspie coś kota dopadło. No, chyba że ten pies Japonki.

Na kocich wyspach zwykle ciężko o inne atrakcje niż koty. Rozdaliśmy więc ze trzy paczuszki kociego jedzenia, pogłaskaliśmy z kilkanaście kotów i wróciliśmy do Fukuoki. Mamy nadzieję, że koty zapamiętają nas równie dobrze jak my je.

Kocią wyspę w naszym rankingu wysp umieścilibyśmy gdzieś pomiędzy Wyspą Skarbów a wyspą kuchenną.

Dane: Ainoshima
https://en.wikipedia.org/wiki/Ainoshima_%28Shing%C5%AB%29
Cena:
za darmo! (dojazd ok. 2400 ¥ / 75 zł z centrum Fukuoki)
Ocena fok: 4 Stars (4 / 5)

Experience Japan #9: Mecz Baseballu

Experience Japan #9: Mecz Baseballu

Zanim przyjechaliśmy do Japonii, o tutejszym sporcie wiedzieliśmy niewiele. Bazując na tym, co dociera do Polski, spodziewaliśmy się, że wszyscy szczupli sportowcy trenują skoki narciarskie, a ci mniej szczupli startują w zawodach sumo. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. Adama Małysza nie zna tu nikt, a zawodników sumo nie ma chyba za wielu, bo według limitu kilogramów naszej windy, statystyczny Japończyk waży 65 kilogramów. Wszędzie, ale to wszędzie widać za to boiska do baseballu.

Tak jak w Polsce wszechobecny jest futbol, tak w Japonii wszyscy grają w baseball. Grają i dorośli i dzieci. Akurat w zeszłą sobotę odbywały się rozgrywki uniwersyteckie, w których drużyna naszego laboratorium grała w softball (taki baseball dla dziewczyn). Aby ćwiczyć wystarczy piłka i dwie rękawice, więc studenci często wychodzą grać na przerwach, żeby się trochę rozerwać. Prawie 50% Japończyków deklaruje, że ich ulubionym sportem jest baseball, a na mecze chodzą całe rodziny.

Na nasze szczęście właśnie z Fukuoki pochodzi najlepsza drużyna baseballowa całej Japonii – Fukuoka Softbank HAWKS. Plakaty z zawodnikami witały nas na lotnisku już w dniu przyjazdu. Wiedzieliśmy, że kwestią czasu było to, kiedy odwiedzimy stadion lokalnych jastrzębi – Fukuoka Dome. Ten dzień nastał wreszcie tydzień temu. Zanim pojawialiśmy się tam my, stadion słynął już z innych rzeczy. Od 2010 posiada największą powierzchnię telebimów HD z wszystkich stadionów świata, Frank Sinatra zaśpiewał na nim swoje dwa ostatnie koncerty w życiu, a w filmie dokumentalnym „Gamera: Guardian of the Universe” rozsuwany dach stadionu użyty został jako pułapka na pterodaktyle.

Nasza wycieczka na mecz zaczęła się jednak od falstartu, bo wybraliśmy się na zawody, które mimo 38561 miejsc na stadionie całe się wyprzedały. Nie za bardzo zdając sobie sprawę z tego, kto będzie przeciwnikiem naszej drużyny w najbliższym meczu za tydzień – kupiliśmy na niego bilety. Biletów na sektor kibicowski nie chcieli nam jednak sprzedać i dostaliśmy kulturalne miejsca 432 i 433 w rzędzie 43.

Stadion robi ogromne wrażenie, głównie dlatego, że jest taki ogromny. 90% akcji dzieje się jednak na niewielkiej części boiska. Dobrze że nie znaliśmy żadnego z graczy, bo nie mieliśmy problemu z ich rozpoznawaniem. Pod koniec meczu potrafiliśmy jednak nawet z daleka rozpoznać naszego ulubionego zawodnika – Lee Dae-ho, czyli sympatycznego Koreańczyka, który nie należy do najszczuplejszych, ale udało mu się kiedyś w 9 meczach pod rząd zaliczyć home run, czyli walnąć piłkę tak mocno, żeby zdążyć zaliczyć wszystkie cztery bazy. Biorąc pod uwagę jego zdolności sprinterskie, nie mamy wątpliwości, że musiał wybić ją poza boisko.

Baseball jest ogólnie dość nudnym sportem. Statystycznie co minutę miotacz rzuca piłkę. Pałkarz stara się ją odbić. Wbrew temu, czego się spodziewaliśmy, udaje mu się to niezwykle rzadko – może z raz na 5 minut. Po tym następuje kilkanaście sekund emocji, ponieważ drużyna tego kolesia, który rzucał, stara się ją znowu złapać (to po co rzucał, chciałoby się zapytać). Pałkarz i czasem jego koledzy w tym czasie zaliczają bazy. Sytuacja, w której pałkarz uderzył piłkę na tyle mocno, żeby zdążyć przebiec 30 metrów do pierwszej bazy zanim piłkę złapano i odrzucono, zdarzyła się 23 razy w ciągu 200 minut. Tak, mecz trwał prawie trzy i pół godziny.

Ale widzowie nie mogą się przecież nudzić, bo sobie pójdą i nie wydadzą fortuny na drogie piwo na stadionie. Dlatego cała impreza obfituje też w sporo atrakcji pozasportowych. W przerwach między inningami (rundami) puszczana jest muzyka, a na wielkich ekranach wyświetlane są animacje, żeby było wiadomo, kiedy klaskać w rytm piosenki. Z kolei ulubionym momentem Foki Meli zdecydowanie był Hot Dog Race (wyścig hot dogów?), kiedy w przerwie w grze na murawę wybiegły maskotki. Metę wyznaczały cheerleaderki. Wygranej gratulujemy popcornowi.

Nasze miejsca położone były niedaleko trybuny zagorzałych kibiców, którzy cały czas śpiewali przy akompaniamencie instrumentów dętych i wystukiwali rytm między innymi za pomocą pokaźnych rozmiarów bębnów. Atrakcji było na tyle dużo, że można było nie zauważyć, że gracze wznowili już grę po przerwie. Koncentrację na meczu utrudniały w szczególności roznosiciele (a raczej głównie roznosicielki) piwa, napojów bezalkoholowych, a nawet lodów Haagen-Dazs, którzy co kilkadziesiąt sekund stawali przed sektorem i machając zachęcali do wydania kolejnych pieniędzy.

Po hot-dogi albo równie popularne na trybunach takoyaki (nie zapominajmy, że jesteśmy w Japonii, a nie USA) trzeba było wybrać się jednak samemu do jednej z wielu budek z jedzeniem na zewnątrz.

Jednym z najfajniejszych punktów meczu była akcja z balonami wypuszczanymi w trakcie siódmego inningu po oficjalnym odśpiewaniu hymnu naszej drużyny. Aby uczestniczyć w zabawie, tak jak reszta kibiców kupiliśmy balony i w odpowiednim momencie wypuściliśmy w niebo. Efekt robił wrażenie.

Ogólnie jak na Japonię przystało, było bardzo amerykańsko. Nasza drużyna rozgromiła rywali 11:1 zaliczając 3 home runy. Na koniec z okazji zwycięstwa były nawet fajerwerki pod zamkniętym dachem. Mimo że mecz był trochę nudny, oprawa i piwo zrobiły swoje i miło spędziliśmy czas. Warto było przejść się na mecz, choćby po to, żeby zobaczyć czym ci Amerykanie tak bardzo się ekscytują.

Dane: Fukuoka Yahuoku! Dome
http://www.softbankhawks.co.jp/global/english/index.php
Cena:
od 3000 ¥ (ok. 90 zł)
Ocena fok: 3 Stars (3 / 5)

5 ulubionych miejsc w Japonii

5 ulubionych miejsc w Japonii

Poniższy wpis powstał w ramach majowego projektu Klubu Polki na Obczyźnie.

***

Japonia jest krajem totalnie odmiennym kulturowo od tego, do czego przyzwyczaiła nas Europa. Będąc kimś „z zewnątrz” nie trudno oniemieć na widok wielu azjatyckich rzeczy i miejsc. Z czasem jednak człowiek się przyzwyczaja i zapomina, jak niezwykłe to wszystko było na początku. Dlatego bardzo się cieszę, że dzięki majowemu projektowi Klubu Polki na Obczyźnie mogłam przejść od nowa przez wiele miejsc i na nowo się nimi zachwycić. I mieć nie lada wyzwanie – no bo jak z tego wszystkiego wybrać tylko 5 ulubionych? Najpierw planowałam to jakoś pogrupować. Może wszystko z jednego miasta? Regionu? Może jakoś tematycznie? Nie do końca mi się to udało, a właściwie nie udało się wcale – każdy punkt na mojej liście to zupełnie inne miasto. Na liście znalazły się miejsca, które najmilej wspominam, najlepiej się w nich czułam i najchętniej bym do nich wróciła. Są tu punkty bardzo znane, ale też te bardziej lokalne, do których zagraniczni turyści nie często docierają. Tyle wstępu – zapraszam na moje japońskie TOP 5.

1. Świątynia Fushimi Inari w Kioto

Klasyk. Większość osób wybierających się do Kioto raczej nie ominie tego miejsca, mimo tego, że leży nieco na uboczu. I słusznie.

Świątynia Fushimi Inari słynie przede wszystkim z „drogi tysiąca torii”, którą znajdziemy na szlaku za głównym kompleksem świątynnym. Bramy Torii w kulcie shinto symbolizują przejście ze świata ziemskiego do świata bogów, więc stawia się je tam, gdzie podobno można spotkać bóstwa. „Droga tysiąca torii” to tak właściwie tylko mały fragment kilkukilometrowego szlaku, więc trudno powiedzieć, ile bram naprawdę znajduje się w całym przybytku. Szlak biegnie przez las na zboczu dość stromej góry, a wspinając się na szczyt, poza niezliczoną ilością bram torii mija się niewielkie kamienne kapliczki i figurki lisów. Uważane są one za wysłanników bóstwa Inari, któremu poświęcona jest ta świątynia. Na należy spodziewać się niczego spektakularnego na szczycie góry, ale po drodze można obserwować bardzo ładną panoramę Kioto. W przeciwieństwie do większości świątyń w Kioto, ta nie jest zamykana na noc, więc można spróbować przejść szlak również po zmroku, jak ja za pierwszym razem. Nie polecam jednak w pojedynkę.

2. Park w Narze

Nara słynie ze świątyni, w której znajduje się ogromny 15-metrowy posąg Buddy. Jest to największa figura z brązu na świecie. A świątynia ta leży w ogromnym parku, po którym beztrosko biegają… sarenki.

Park ma ponad 600 hektarów powierzchni. Bardzo przyjemnie jest tam pospacerować, szczególnie jesienią, kiedy liście zmieniają swój kolor. Można też spędzać czas aktywnie – ogromna przestrzeń zachęca do biegania czy grania w piłkę. Chętnie korzystały z tego między innymi rodziny z dziećmi, których w parku było dosyć dużo.  A można też, tak jak ja, poleżeć na trawniku i czekać na sarenki, które zwabione specjalnymi ryżowymi krakersami, co chwilę pojawiały się przy moim boku. W parku mieszkają setki saren i większość z nich jest przyjazna. Choć znajdziemy tam sporo ostrzeżeń przed tym, żeby za bardzo nie spoufalać się z tymi zwierzakami, to w porównaniu z żarłocznymi sarnami z Mijajimy, o których kiedyś pisałam, te były uosobieniem łagodności. W Narze spędziłam tylko kilka godzin, ale wizyta ta choć krótka, była bardzo relaksująca.

3. Świątynia Mitaki w Hiroshimie

Kolejna świątynia w środku lasu. W Mitaki jednak w odróżnieniu od większości miejsc w Kioto, prawie w ogóle nie było turystów. A także mieszkańców, czym właściwie byłam nieco zaniepokojona, kiedy szukałam tej świątyni na obrzeżach Hiroshimy, podążając pustą drogą pomiędzy cmentarzami.

Ostatecznie jednak nic strasznego się nie wydarzyło, a po wizycie w świątyni Mitaki z całą pewnością mogę przyznać, że to jedno z najbardziej klimatycznych miejsc w całej Japonii. Świątynia położona jest na zboczu góry porośniętej gęstym lasem. Ja byłam tam w lutym, więc las wyglądał dość mrocznie, ale podobno latem jest tam niesamowicie zielono. Przez całą drogę do świątyni towarzyszą nam buddyjskie figurki. Mniejsze, większe, ustawiane przez wieki bez większego ładu i składu. Niektóre są wyrzeźbione w skałach, inne chowają się za drzewami. Co chwilę słychać też chlupot wody, z trzech niewielkich wodospadów powolnie spływających po zboczach góry. Sama świątynia jest bardzo mała i nie ma w niej nic niezwykłego, ale jej otoczenie sprzyja medytacji. Za świątynią wiedzie dalszy szlak przez las na szczyt góry Mitaki, gdzie można podziwiać przyrodę, ale droga ta była zupełnie pusta, a przed wejściem wisiały ostrzeżenia przed dzikami, więc tę wycieczkę sobie odpuściłam.

4. Ulica Dotonbori w Osace

Cała Osaka to miasto, w którym bardzo dobrze się czułam. A jako jej reprezentatywną część wybrałam ulicę Dotonbori – miejsce, gdzie w mieście są najlepsze imprezy!

Dotonbori znajduje się w rozrywkowej dzielnicy – Nambie. Słynie między innymi z ogromnych, migających z daleka neonów. Przez niektórych jest ona nawet określana japońskim „Times Square”, ale znam też osoby sceptyczne, co do tego stwierdzenia. Nie wiem, czy to miejsce kiedyś zasypia, ale zawsze kiedy tam byłam, było głośno, tłoczno i kolorowo. Wejścia do restauracji czy klubów ozdobione są wielkimi mechanicznymi instalacjami na przykład krabów czy ośmiornic, zachęcających do spróbowania ich w środku. I zdecydowanie warto spróbować tam regionalnej kuchni – znanej najbardziej z okonomiyaków czy takoyaków. Dotonbori to oczywiście też nieskończone ilości barów i pubów, a także ulubionych przybytków Japończyków – domów karaoke. Do każdego z tych miejsc wypada zajrzeć – najlepiej w wymienionej kolejności.

5. Wyspa Nokonshima koło Fukuoki

Bardzo lokalne miejsce. Ogród botaniczny na wyspie, w którym trudno zdecydować, czy znaleźliśmy się w świecie rodem z „Tajemniczego ogrodu” czy „Alicji w krainie czarów”.

Główną atrakcją parku jest ogromne pole, na którym kwitną sezonowe kwiaty – wiosną rzepak, latem słoneczniki, a jesienią różowe kosmosy. Pomiędzy kwiatami wytyczone są ścieżki, co chętnie wykorzystują dzieci do zabawy w chowanego. Ogród mieści się na szczycie wyspy, skąd poza kwiatami możemy też obserwować morze i pobliskie wysepki. Oczywiście poza głównym polem z jednym rodzajem kwiatów w całym ogrodzie znajdziemy ogromną ilość innych kolorowych kwiatków, ciekawie poprzycinanych drzewek, a wiosną także kwitnące wiśnie. Ale poza oglądaniem roślin w tym parku po prostu chce się spędzać czas. Zachęcają do tego polany, na których przyjemnie piknikować, huśtawki, na których aż chce się pohuśtać, czy boiska, gdzie można pograć w piłkę. Znajdziemy tam też zwierzątka – kozy i króliki, które można karmić i głaskać. Moim ulubionym miejsce jest natomiast pole do gry w Noko Noko Ball – skrzyżowania krykieta i golfa. Pole ma 9 dołków, do których trzeba trafić, a ich otoczenie wygląda prześlicznie. No i zabawa jest przednia. Jak na razie byłam na Nokonshimie dwa razy – widziałam kosmosy i rzepak. I już nie mogę doczekać się sierpnia, kiedy pojadę oglądać słoneczniki.

Po sporządzeniu mojej listy ze zdziwieniem zauważyłam, że nie znalazło się na niej nic z Tokio. Może więc jednak faktycznie stolice bywają trochę przereklamowane?

***

Ten projekt jest dedykowany Stowarzyszeniu Piękne Anioły.

Jeżeli spodobał Ci się mój post, możesz wesprzeć Fundację dowolną kwotą. Więcej informacji na blogu Klubu Polki na Obczyźnie.