Browsed by
Tag: góry

Sailor Moon Cafe [FILM]

Sailor Moon Cafe [FILM]

W naszej filmowej serii „Pożegnanie z Japonią”, w której pokazujemy nasz ostatni miesiąc w Japonii, jesteśmy właśnie w Tokio i szykujemy się do wyjazdu do pewnej wypoczynkowej miejscowości, żeby w końcu trochę odpocząć. Ale zanim wsiedliśmy do pociągu, musieliśmy odwiedzić jeszcze jedno miejsce w stolicy – kawiarnię inspirowaną anime „Czarodziejka z Księżyca”. Uwielbiałam tę bajkę jako dziecko. W domu oglądałyśmy ją razem z mamą, a w szkole kłóciłyśmy się z koleżankami, kto w zabawie ma być tą główną czarodziejką. Dobre czasy. 😉 Temat odświeżyłam na studiach, bo okazało się, że moje nowe koleżanki też były fankami w dzieciństwie. Znowu obejrzałam wtedy kilka odcinków. 😉 Rozumiecie więc, że kiedy dowiedziałam się, że w Tokio powstała taka kawiarnia, musiałam zaciągnąć do niej Oskara. Zapraszamy na film, tam pokażemy Wam jak to wyglądało. 🙂

Arashiyama, czyli małpy i bambusy

Arashiyama, czyli małpy i bambusy

O Kioto pisaliśmy już nie raz. Pisaliśmy  o gejszach, historii i o tym czemu uważane jest za najpiękniejsze miasto świata. Pisaliśmy też o niezliczonych świątyniach i masie bram torii. W końcu pisaliśmy o kolorowych jesiennych liściach, które co roku podziwiają tu tłumy ludzi. Dzisiaj jednak nie będzie ani gejsz, ani świątyń. Tylko liści będzie trochę. Dzisiaj bowiem o miejscu, gdzie mieści się las bambusowy i park małp. I do tego jak zwykle milion Japończyków.

Arashiyama, bo o niej dzisiaj, znajduje się około pół godziny drogi od centrum Kioto. Nazwę zawdzięcza nazywającej się tak samo górze u podnóży której się znajduje. Arashiyama jest podobno drugą najpopularniejszą turystyczną dzielnicą Kioto. My na nasze nieszczęście wybraliśmy się tam w jesienny weekend, przez co mogliśmy przekonać się o popularności na własnej skórze. Wąskie uliczki do pierwszej atrakcji – lasu bambusowego – zakorkowały się kompletnie i niczym o 17 w centrum Warszawy pozostało nam poruszanie się ślimaczym tempem do przodu. Rolę karetek i taksówek na bus pasach pełniły bardzo popularne w Kioto riksze przepychające się wśród ludzi. Tu zdjęcie już z 18, tzn. kiedy korki minęły.

Po przepchaniu się do głównej atrakcji na początku byliśmy trochę rozczarowani. Las bambusowy przypominał tam raczej połamane krzaki. Bambusy nie były za wysokie i rosły to tu, to tam, nie przypominając nijak ściany drzew, jaką widzieliśmy na zdjęciach w internecie. Ten moment miał jednak jeszcze nadejść.

Po paru minutach las właściwy zaczął się jednak na dobre i robił naprawdę spore wrażenie. Bambusy miały z metr pięćdziesiąt pięćdziesiąt metrów (no, może bardziej 20), a dziesiątki, jak nie setki Japończyków, które kłębiły się u ich stóp, wyglądały jeszcze bardziej niepewnie niż zwykle.

Obok lasu bambusowego i niezliczonej liczby świątyń chyba największą atrakcją Arashiyamy jest most Togetsukyo, który wyjątkowo malowniczo komponuje się ze zboczami góry Arashiyama podczas kwitnienia wiśni oraz jesienią. Togetsukyo w wolnym tłumaczeniu znaczy „księżyc przechodzący przez most”. Nazwa wzięła się z opisu cesarza Kameyamy, który napisał, że kiedy księżyc porusza się po niebie wygląda jakby przechodził przez ten most. Księżyca nie widzieliśmy, ale przez most przechodziliśmy my. Po drugiej stronie czekały bowiem na nas małpy.

Do parku małp Iwatayama udaliśmy się bardzo podekscytowani. Z naszymi bliższymi kuzynami widujemy się rzadko, a z tak odległymi praktycznie w ogóle. Po zapłaceniu 500 czy 600 jenów (ok. 20 zł) udaliśmy się do parku. Twórcy parku wiedzieli co robią zbierając opłaty u podnóża góry. Małpy znajdują się bowiem na szczycie, na który trochę trzeba się wdrapywać. Strona trip advisora parku pełna jest komentarzy osób, którym podejście sprawiło pewne problemy, mimo że zapewniają, iż są bardzo wysportowane. Nie lękajcie się jednak – odpowiednia ilość przerw wystarcza do tego, aby wspomnienia z góry wyparły te z podejścia. Jak mówił któryś filozof, „ból jest stanem przejściowym, radość z karmienia małpy pozostaje na zawsze”.

Na górze zastaliśmy sporą klatkę. Dla ludzi.

Nie było zatem wątpliwości kto jest tu gospodarzem. Zgodnie z Japońską tradycją gospodarzom wypada coś przynieść, dlatego na miejscu można było kupić za kilka złotych paczuszkę pokrojonych bananów i gruszek. Wiadomo co wybraliśmy. W klatce dla ludzi było trochę tłoczno i na swoją kolej przy kratach było trzeba trochę poczekać. Kiedy już się dopchaliśmy okazało się, że małpy walczące ze stereotypem wolały jednak gruszki.

Klatka zbudowana jest tak, aby można było karmić małpy w bezpiecznych warunkach. Na wolności bowiem, zgodnie z zaleceniami, powinno się małp nie dotykać, nie dawać im jedzenia, nie patrzeć im w oczy, a zgodnie z jedną tablicą nawet zachować odstęp paru metrów. Nie zawsze się to jednak udawało, ponieważ małpy biegały dosłownie pod nogami. Podobno każda z około 140 małp znajdujących się w rejonie ma swoje imię – w Japonii ma to bardzo dużą wagę. Nie wiemy jak nazywa się miła małpa ze zdjęcia poniżej, przyjmijmy więc, że to Małpa Aleksander.

Małpy żyjące w Arashiyamie to makaki japońskie. Po angielsku nazywane są także „snow monkeys”, czyli małpami śnieżnymi, ponieważ żyją na terenach, które przez wiele miesięcy pokryte są śniegiem. Żadne inne naczelne, poza Kanadyjczykami, nie żyją w tak bardzo na północ wysuniętych rejonach. Makaki bardzo lubią wygrzewać się w gorących źródłach, a w niektórych miejscach w Japonii można wygrzewać się z nimi. To doświadczenie jeszcze na nas jednak czeka.

– Co to?! Foka?!

Karmienie małp było tylko jedną, dość oczywistą atrakcją parku małp. Dużo większą przyjemność sprawiało podziwianie małp w swoim w miarę naturalnym otoczeniu. Kiedy odeszło się trochę od głównego zbiorowiska ludzi, można było w spokoju popatrzeć jak bawią się młode małpki, albo jak rodzice iskają swoje dzieci. Momentami było bardzo National Geographic.

Arashyiama była naprawdę śliczna. Musimy przyznać, że dla widoków jakie mają małpy moglibyśmy rozważyć nawet zamianę naszego japońskiego mieszkanka koło pól ryżowych na ich zniszczoną szopę. Jak będziecie zatrzymywać się w Japonii sprawdźcie zatem czy żadna małpa nie udostępnia swojego miejsca na Airbnb. Gruszki na śniadanie w cenie.

Experience Japan #15: Ryokan

Experience Japan #15: Ryokan

Podczas podróżowania jedna rzecz jest pewna – trzeba czasem gdzieś spać. W Japonii z pewnością jednym z najciekawszych miejsc na nocleg jest ryokan, czyli tradycyjny zajazd urządzony w 100% w japońskim stylu. Niestety zazwyczaj są one nieco (bądź dużo) droższe od zwykłych hoteli na zachodnią modłę, więc u nas zwykle przegrywały, kiedy szukaliśmy noclegu. Ale kiedy pod koniec naszego pobytu w Japonii postanowiliśmy wybrać się do wypoczynkowego miasteczka w górach, zdecydowaliśmy, że aby jeszcze lepiej wczuć się w jego klimat, zatrzymamy się w ryokanie. I tak pod koniec sierpnia wylądowaliśmy na końcu cywilizacji w starym ryokanie w Hakone.

Do ryokanu zazwyczaj nie można wchodzić w butach i trzeba poruszać się po nim w kapciach dostępnych w pokojach. Po samym pokoju można chodzić natomiast tylko na bosaka. A to za sprawą tatami, czyli japońskich mat, którymi pokoje są wykładane. Tatami mają standardowe wymiary (90×180) i jednocześnie służą jako jednostka miary powierzchni wnętrz – jedna mata tatami mieści jednego śpiącego Japończyka. Ponieważ maty wykonane są ze słomy ryżowej i specjalnego rodzaju trawy, w wyłożonych nimi pomieszczeniach unosi się zwykle charakterystyczny zapach siana. Wchodzenie w butach na tatami jest niedopuszczalne, niezależnie od rodzaju pomieszczenia – w naszym ryokanie trzeba więc było chodzić na bosaka również w restauracji i kilku innych miejscach.

W naszym pokoju niewiele było mebli – między innymi łóżek. Do spania dostaliśmy futony, czyli typowe japońskie materace – a na nich bardzo puchate kołdry do przykrycia się. Poza tym znajdował się tam jeszcze niski stoliczek z krzesłami bez nóg oraz toaletka z dużym lustrem – ulubione miejsce Foki Meli. Obok pokoju znajdowało się jeszcze dodatkowe pomieszczenie z widokiem na ogród – z dodatkowym stolikiem i krzesłami.

Mimo wszelkich wygód nasz pokój nie posiadał jednak dostępu do Internetu. Mogliśmy jednak korzystać z niego w pomieszczeniu wspólnym, gdzie można było posiedzieć na kanapach, posurfować po sieci i poczytać japońskie gazety. Można też było raczyć się napojami dostępnymi w automacie – również piwem. Codziennie wieczorem spotykaliśmy tam grupkę Chińczyków przyklejonych do swoich tabletów.

W ryokanie można też oczywiście wykupić posiłki. My zdecydowaliśmy się tylko śniadania. Przy zameldowaniu musieliśmy podać godzinę, o której zamierzamy pojawić się na śniadaniu kolejnego dnia. Dzięki temu, kiedy przychodziliśmy do jadalni, na stole czekało już nasze jedzenie. Każdego dnia dostawaliśmy co  innego, ale zawsze w skład wchodziła jakaś ryba, która przez cały czas podgrzewała się na metalowej blaszce ustawionej nad świeczką. Oprócz ryby dostawaliśmy różne inne rzeczy w malutkich miseczkach – między innymi tofu, omlety, kiełbaski czy warzywa. Nie wszystkie nas zachwyciły, ale trzeba przyznać, że zawsze wszystko wyglądało przepięknie. Do tego ryż i zupa miso w nieograniczonych ilościach i oczywiście zielona herbata lub kawa. Nie było natomiast żadnego pieczywa.

W naszym pokoju mieliśmy prywatną łazienkę, co nie zawsze jest standardem w ryokanach. Standardem są natomiast wspólne łaźnie, a  jeśli ryokan znajduje się w okolicach gorących źródeł – również onseny z naturalnie gorącą wodą o specjalnych właściwościach. Nasz rykoan posiadał swój własny onsen i oczywiście codziennie musieliśmy zaliczyć w nim kąpiel. Zaskoczeniem był dla nas za to pokój, w którym odkryliśmy stół do pingponga i zestaw do mini golfa. Kiedy po powrocie opowiadaliśmy o tym naszemu japońskiemu koledze, nie zrobiło to na nim jednak żadnego wrażenia. Wręcz przeciwnie, stwierdził, że to przecież oczywiste, że żeby wieczorem zrelaksować się w ryokanie, trzeba wymoczyć się w onsenie, a potem rozegrać partyjkę ping-ponga.

Inną atrakcją był kącik, w którym można było spróbować swoich sił w origami. Znajdowały się tam instrukcje oraz wiele kolorowych karteczek do produkcji żurawi czy serduszek. Próbowaliśmy, ale efekty nie zasługują na to, aby się tu nimi chwalić.

Ryokan to miejsce, w którym nie tylko prześpimy noc, ale też wzbogacimy naszą wycieczkę dodatkowymi aktywnościami. W naszym przypadku sprawdziło się to nieźle, bo pogoda na jaką trafiliśmy. była dość żałosna. Zdecydowanie polecamy więc, spędzić chociaż dwie noce w ryokanie podczas podróży do Japonii, bo to świetne miejsce, aby jeszcze lepiej wczuć się klimat tego kraju.

Dane: Hakone Gora Onsen Karakara
http://hakone-karakara.com/en/
Cena: 12 000 ¥ za noc dla 2 osób (ok. 400 zł)
Ocena fok: 4 Stars (4 / 5)

U bram piekieł, czyli kilka słów o Beppu

U bram piekieł, czyli kilka słów o Beppu

Wyobraźcie sobie uzdrowiskowe miasteczko w lekko amerykańskim stylu, z jednej strony otoczone przez ocean i palmy, z drugiej przez porośnięte gęstym lasem góry. Innymi słowy – połączenie Ustki z Rabką i Californią. Trudne? Nie dla tych, którzy byli w Beppu. Zapraszamy dziś na wycieczkę po mieście, które było naszym pierwszym przystankiem podczas wycieczki po Kyushu.

Beppu słynie przede wszystkim z gorących źródeł. Takich leczniczych, o akceptowalnej temperaturze wody, w których człowiek sobie leży i się regeneruje, ale też takich, do których nie wskoczyliby nawet wielbiciele bardzo gorących kąpieli. Te drugie są jedną z głównych atrakcji miasta, a nazywa się je Piekłami Beppu.  Zapytacie: a co niby w takiej Japonii mogą wiedzieć o Piekle? Cóż, Biblia może nie dociera tu zbyt często, ale dziełom Dantego jakoś udało się przebić. A porównanie wydaje się całkiem trafne – znajdziemy tu baseny z bulgoczącą, bardzo gorącą wodą, której temperatura sięgała czasem nawet 100 stopni. Do tego unosząca się para, której nierzadko towarzyszył duszący zapach przypominający siarkę. A dla spotęgowania efektu w wielu miejscach umieszczono figury diabłów, czy innych demonów.

W mieście znajduje się osiem głównych basenów, w których dzieją się geotermalne cuda. Sześć z nich znajduje się koło siebie, dwa oddalone są trochę dalej. Wejście do każdego kosztuje 400 yenów (ok. 12 zł), ale można też kupić jeden bilet upoważniający do wejścia do wszystkich za 1000 yenów (ok. 30 zł). Bilet zbiorowy ma formę książeczki, w której przybijamy pieczątki w każdym kolejnym miejscu. Prawdopodobnie jednak nikt nie chciałby odwiedzać ośmiu takich samych parujących bajor. Niektóre z nich urozmaiciła sama Matka Ziemia nadając im różne kolory. O inne atrakcje musieli zatroszczyć się jednak ludzie, którzy postanowili zarabiać na tym pieniądze. My odwiedziliśmy 6 źródeł, ponieważ do tych dwóch ostatnich nie udało nam się dotrzeć przed zamknięciem, chociaż naprawdę bardzo się staraliśmy. Poniżej kilka obrazków z co ciekawszymi urozmaiceniami.

Lazurowa woda.

Woda przypominająca krew.

A także zwykłe błoto.

Dodatkowymi atrakcjami najczęściej były zwierzęta. Jak na przykład krokodyle pozujące akurat do rodzinnej fotografii:

Niestety jeden krokodyl nie ogarnął, z której strony robione jest zdjęcie.

Popularnością cieszyły się również kapibary i hipopotam, które można było nakarmić marchewką. Na zdjęciu kapibara, nie hipopotam.

Było też  źródło, które wykonywało jakieś sztuczki, kiedy dmuchnęło się w nie papierosem – bardziej dymiło czy coś. Oczywiście wszyscy, którzy chcieli wykonać taką magię mogli na miejscu zakupić papierosy. Jeżeli ktoś nie palił wcześniej, zawsze może zacząć dzisiaj. Dużą popularnością cieszyły się też jajka na twardo gotowane w specjalnym koszyku umieszczonym w jednych z supergorących zbiorników. Jedliśmy.

Następny dzień naszej wycieczki postanowiliśmy poświęcić na górską wspinaczkę. Głównie po to, żeby wreszcie użyć naszych dużych i ciężkich górskich butów, które zajęły sporą część naszego bagażu, kiedy rok temu przeprowadzaliśmy się do Japonii. Jako cel obraliśmy sobie Górę Tsurumi znajdującą się na terenie pobliskiego Parku Narodowego Aso – Kuju. Góra Tsurumi ma 1375 metrów i jest wulkanem, który ostatnio wybuchł ponad 1000 lat temu. Podobno do dziś zdarza mu się trochę podymić.  Nie zaobserwowaliśmy. Wspinaczkę można rozpocząć już od poziomu morza, tuż przy morzu. My jednak postanowiliśmy zacząć w miejscu,  do którego najdalej da się dojechać autobusem, czyli mniej więcej w połowie wysokości. W miejscu tym ma też stację kolejka linowa, którą da się wjechać na samą górę. Warto zaznaczyć, że w miejscu tym nie można kupić nic konkretniejszego do jedzenia, co nas przyzwyczajonych już do wszechobecnych Lawsonów, 7/11 i tym podobnych, mocno zdziwiło. Co prawda znajdują się tam dwa sklepy, ale kupimy w nich głównie lokalne wyroby, jak ciastka czy różnego rodzaju alkohol. Na szczęście udało nam się kupić zieloną herbatę i pyszną lemoniadę (też lokalny produkt). A zamiast kanapek – biszkoptowe ciastka z puddingiem. Po zakupach z pogardą ominęliśmy kolejkę linową i rozpoczęliśmy wspinaczkę.

Praktycznie całość trasy przebiegała przez gęsty las. Minusem tej sytuacji był fakt, że nie mogliśmy za bardzo pooglądać po drodze widoków. Niewątpliwym plusem było jednak to, że za bardzo nie przypiekało nas słońce. Podczas całej wycieczki spotkaliśmy na szlaku może ze 4 inne osoby. Więcej emocji wzbudziło jednak spotkanie węża. Trudno powiedzieć kto uciekał szybciej – wąż czy Foka Mela. Foka Oskar był dość spokojny – w końcu kolega z pracy powiedział mu, że co prawda w japońskich górach węże są, ale rzadko ktoś od nich umiera. My też nie umarliśmy, więc luz.

Na szlaku nie było prawie żadnych napisów po angielsku i mieliśmy kilka momentów zawahania, czy aby pewno dobrze idziemy, napotykając takie drogowskazy:

Pomocne były natomiast tabliczki oznaczone kolejnymi literkami alfabetu, umieszczone po każdych kolejnych 50 metrach. Wzwyż, oczywiście. Informowały, jak szybko powinniśmy pokonać najbliższy odcinek i ile będzie to metrów samego szlaku. Co dawało pewien pogląd na to, jak strome podejście nas czeka.

Wspinaczka zajęła nam około 4 godzin, ale osobom bardziej zaprawionym w górskich wycieczkach niż Foka Mela z pewnością udałoby się zdobyć szczyt szybciej. A na szczycie… Obiecywano nam wspaniały widok na ocean. Gdzieś tam.

No cóż… Przejrzystość powietrza pozostawiała tego dnia trochę do życzenia. Nie pooglądaliśmy, więc ani oceanu, ani szczytów pobliskich gór znajdujących się z drugiej strony. Gdzieś tam.

Nie mniej cała wycieczka sprawiła nam dużo frajdy. Oczywiście, jak wiele innych gór w Japonii, tak i Góra Tsurumi musi uchodzić za świętą, na szczycie znajdziemy więc kilka małych świątyń i buddyjskich figur. Wyznaczona jest tam nawet specjalna ścieżka pomiędzy poszczególnymi figurami siedmiu bogów dobrej fortuny. Tym razem chcieliśmy jednak poobcować z naturą, nie z duchami, więc nie skusiliśmy się na ten spacer.

Po wielu nieudanych próbach dojrzenia czegokolwiek przez mgłę postanowiliśmy wrócić na dół. Tym razem używając kolejki linowej. Kolejka może ponoć pomieścić aż 100 osób, ale razem z nami jechało ich może z 10. Mimo niewielkiej frekwencji na pokładzie obecna była też pani „przewodniczka”, która przez całą drogę coś opowiadała. Niestety tylko po japońsku, więc nie do końca wiemy o czym, ale obstawiamy, że coś o górach i lesie. Możliwe też, że pokazywała jakieś zwierzę, bo w pewnym momencie wszyscy rzucili się do okna wypatrywać czegoś za szybą.

Wycieczka w góry trochę nas zmęczyła, więc po zjechaniu na dół postanowiliśmy porelaksować się w jakimś onsenie. Żal byłoby nie skorzystać z takiej możliwości w Beppu, które jest jednym z największych przedstawicieli gorących źródeł w Japonii. Miasto podzielone jest na osiem głównych obszarów z onsenami zwanymi Beppu Hattō. My wybraliśmy się do strefy Kankaiji Hot Springs. Położona jest ona na wzniesieniu, co oznacza, że oprócz moczenia się w ciepłej wodzie możemy nacieszyć oczy ładnym widokiem.

Jednym z najfajniejszych onsenów w tym rejonie jest onsen Tanayu, znajdujący się w ekskluzywnym hotelu Suginoi Palace. Noc w tym miejscu kosztuje około 1000 zł, ale żeby wejść do onsenu nie trzeba być gościem hotelu (ufff). Wystarczy kupić bilet – w zależności od pory roku, miesiąca a nawet dnia wahający się od 30 do 60 zł.  Onsen znajduje się na dachu hotelu i ma kilka różnych gorących basenów, zarówno zadaszonych jak i odkrytych. Oczywiście większą popularnością cieszyły się te na zewnątrz, skąd rozciągał się widok na miasto.

W samym onsenie choćby bardzo się chciało, nie da się zbyt długo posiedzieć ze zwględu na wysoką temperaturę wody. W Suginoi Palace oprócz onsenu Tanayu w cenie naszego biletu możemy również jednak skorzystać z Aqua Garden, czyli znajdującego się tuż obok zwykłego basenu. Woda w basenie jest sporo chłodniejsza, ale wciąż dość ciepła. Wystarczy, że przejdziemy przez przebieralnię, zarzucimy na siebie strój kąpielowy (w onsenie oczywiście siedzimy nago) i możemy wskakiwać do koedukacyjnego basenu. Trochę abstrakcyjnie wyglądała spora część kobiet, które przed chwilą zupełnie bez niczego moczyły się w onsenie, a teraz w basenie pływały w mocno zabudowanych strojach kąpielowych z golfami i długimi rękawami. Oczywiście prawdopodobnie wynika to z tego, że Japonki boją się słońca i unikają opalania, dlatego rzadko kupują bikini. W onsenie nie było też obecnych tu mężczyzn. Niemniej człowiek z zewnątrz może poczuć się skonsternowany.

Wieczorami przy basenie co godzinę odbywa się pokaz fontann. W wodzie spędziliśmy ponad 2 godziny, więc udało nam się go zobaczyć aż 2 razy. W związku z tym, że trochę zasiedzieliśmy się w tym miejscu, musieliśmy wracać do hotelu na piechotę, bo ostatni autobus odjechał nam sporo wcześniej. Jednak po kilku godzinach moczenia się w gorącej wodzie byliśmy tak zregenerowani, że 3-kilometrowy spacer zupełnie nie był nam straszny.

A po wyjściu z Suginoi Palace odkryliśmy, gdzie wakacje spędza Święty Mikołaj.

A także, gdzie w lecie składowane są wszystkie choinkowe lampki świata.


Foki radzą:

  • RADA 71
    Zamykaj drzwi do mieszkania na dodatkową zasuwkę. W przeciwnym razie możesz zostać zaskoczony przez pracownika zarządzającego budynkiem wraz z dwuosobową ekipą sprawdzającą instalacje. To przecież oczywiste, że jeśli nie otworzysz w ciągu 15 sekund po zapukaniu, mają prawo użyć własnego klucza.
  • RADA 72
    Jeżeli robaki zaczynają wchodzić ci do mieszkania, a za oknem osiedla się wnuk Stefana wiedz, że lato zaczęło się na dobre.
  • RADA 73
    Zawiązuj porządnie reklamówki z zakupami, jeśli nie chcesz, aby sushi, które przed chwilą kupiłeś sobie na kolację, zamiast ciebie, jadł kierowca autobusu.