Browsed by
Tag: morze

FILM: POŻEGNANIE Z JAPONIĄ – ODAIBA

FILM: POŻEGNANIE Z JAPONIĄ – ODAIBA

Hej! Żeby nie było, że już nam w głowie tylko Ameryka, a o Japonii całkiem zapomnieliśmy, wracamy do naszej serii „Pożegnanie z Japonią”. Mamy nadzieję, że trochę zatęskniliście. 🙂 Dzisiaj króciótki klip z Odaiby – położonej w Tokio sztucznej wyspy. Miłego oglądania!

Na końcu Japonii, czyli Ibusuki

Na końcu Japonii, czyli Ibusuki

Nasz niezwykle udany bustrip po północnej części Kyushu, który urządziliśmy sobie w czerwcu, skłonił nas do tego, aby pójść o krok dalej. Miesiąc później postanowiliśmy, więc wyruszyć do najbardziej wysuniętej na południe części naszej wyspy, czyli prefektury Kagoshima. Naszym głównym celem było zobaczenie znajdującego się tam wulkanu Sakurajima. Pierwszy dzień przywitał nas jednak deszczem i mgłą (Foka Oskar po przebudzeniu mruknął tylko „ale piękna pogoda” i zasnął dalej), co oznaczało, że Sakurajima jest właściwie niewidoczna. Musieliśmy więc wymyślić sobie inne atrakcje na ten dzień. I tak trafiliśmy do Ibusuki.

A trafić tam wcale nie było łatwo. Ibusuki leży nad samym oceanem na południu prefektury Kagoshima. Naszym pierwszym celem w tym regionie był ogród botaniczny – Flower Park Kagoshima. Z hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, musieliśmy jechać tam z kilkoma przesiadkami. Na szczęście w międzyczasie przestało padać, bo po wyjściu z ostatniego pociągu jeszcze 3 kilometry musieliśmy iść na piechotę.  Była to jednak miła wędrówka malutką drogą pośród pól, gdzie prawie w ogóle nie mijały nas żadne samochody. Kiedy dotarliśmy w końcu na miejsce, poczuliśmy się nieco zaniepokojeni, bo na dość dużym parkingu nie stał ani jeden samochód. W Japonii było akurat święto, a skoro w dzień wolny od pracy nikt tam nie przyjeżdża, to kiedy?

Na szczęście okazało się, że ogród jest otwarty, ale panie z obsługi wydawały się dość podekscytowane faktem, że wreszcie ktoś postanowił ich odwiedzić. I to w dodatku obcokrajowcy! Poza nami spotkaliśmy tego dnia w paru nie więcej niż 10 innych osób. Trochę trudno zrozumieć nam dlaczego (ok, to, że tak trudno tam dotrzeć może mieć w tym swoją zasługę), ponieważ ogród okazał się naprawdę piękny. Znajdowało się w nim kilka mniejszych ciekawych ogródków tematycznych, ale największe wrażenie robiła część z roślinami egzotycznymi. Ze względu na położenie, bliskość oceanu i takie tam rzeczy, które ogarnia się, jak się uważało na geografii, w miejscu tym panuje klimat tropikalny. Co oznacza, że wszystkie rośliny, które do tej pory widywaliśmy głównie w sztucznych warunkach w szklarniach, tutaj rosły sobie tak po prostu pod gołym niebem.

Kiedy beztrosko przechadzaliśmy się pod palmami w pewnym momencie usłyszeliśmy miauczenie. A chwilę po tym z krzaków wybiegł śliczny szary kotek. Jako, że kotki bardzo lubimy, poczęstowaliśmy go krewetką z jednej z naszych kanapek i od tej pory zyskaliśmy przyjaciela, który towarzyszył nam przez co najmniej połowę naszej wizyty w parku. Raz nawet, kiedy zniknęliśmy mu z pola widzenia, zaczął przeraźliwie miauczeć, ale kiedy po niego wróciliśmy poszedł za nami dalej i wszystko wróciło do normy.

Niestety zdradził nas z jakimiś Japończykami w tej części ogrodu, którą możecie zobaczyć poniżej. Być może dlatego, że skończyły nam się kanapki.

Gorący i wilgotny klimat, który nie sprzyja ładnemu wyglądowi włosów Foki Meli, sprzyja rozwojowi pięknych motyli, które do tej pory udało nam się spotkać w Japonii tylko w szklarniach, jak wyżej wymienione palmy. Tu latały sobie beztrosko po całym ogrodzie, choć miały też swój szklarniowy domek, w którym zapewne były najlepsze warunki do powiększania motylich rodzinek.

Cały ogród był naprawdę duży, a jak się okazało, my wcale nie dysponowaliśmy zbyt dużą ilością czasu, aby go obejrzeć. Pociąg, którym mieliśmy wrócić, przyjeżdżał raz na 2 albo 3 godziny (był to zresztą jedyny pociąg odjeżdżający z tej stacji). Spóźnienie nie wchodziło, więc w grę, a nie zapominajmy, że po wyjściu z ogrodu czekał nas jeszcze trzykilometrowy spacer. Wybawieniem okazała się możliwość wypożyczenia melexa (szkoda, że nie odkryliśmy jej już na samym początku naszej wizyty). Co prawda w regulaminie było napisane, że trzeba posiadać prawo jazdy, aby taki samochodzik móc wypożyczyć, a my japońskiego prawa jazdy nie posiadaliśmy, ale ostatecznie nikt nas o dokumenty nie zapytał. W szerszej perspektywie nie wiem, czy to dobrze.

Po kilku minutach udało nam się w końcu wyjechać z małego parkingu. Pomachaliśmy lekko zaniepokojonej pani z obsługi i popędziliśmy zwiedzać najdalsze zakątki ogrodu. Dzięki melexowi udało nam się na przykład dotrzeć do obserwatorium z pięknym widokiem na ocean.

Dotarliśmy też do ogrodu w stylu angielskim, który trochę im jednak nie wyszedł. Jak jednak wiadomo, nie od razu Londyn zbudowano i może jeszcze kiedyś nauczą się jak przycinać żywopłoty.

Kiedy wychodziliśmy z parku, pani z obsługi zapytała nas, jak dotrzemy na stację. Kiedy odpowiedzieliśmy, że pieszo, na jej twarz wymalował się wyraz zdziwienia. No bo 3 km? Na piechotę? Korzystając z tego, że chwilowo zaniemówiła, grzecznie się pożegnaliśmy i czym prędzej się ulotniliśmy. Trochę obawialiśmy się tego, że zechcą nas tam zaraz podwozić. Naród japoński jest zazwyczaj bardzo uczynny i jeśli może komuś pomóc – robi to. Często swoim kosztem. I tak na przykład, kiedy Japończyk zostanie zapytany przez kogoś o drogę, możliwe, że będzie ją długo tłumaczył, mimo tego, że na przykład właśnie spóźnia się na autobus. Kiedy tylko mogliśmy, staraliśmy się więc, nie nadużywać uprzejmości Japończyków. Tego dnia chcieliśmy zobaczyć jeszcze położone niedaleko pokaźnych rozmiarów Jezioro Ikeda, ale ze względu na słabe połączenie komunikacyjne i brak czasu, musieliśmy z tego zrezygnować. Wsiedliśmy więc w pociąg (na szczęście zdążyliśmy!) i pojechaliśmy do miasteczka Ibusuki, aby dać zakopać się w piachu.

Jak już dobrze wiecie, Japonia słynie z onsenów, czyli gorących źródeł. A niektóre z nich znajdują się na plaży. Co więc oznacza, że aby zaznać zbawiennego działania i wpływu źródła na organizm, trzeba zakopać się w piasku. Jedno z takich miejsc znajduje się właśnie w Ibusuki. Zazwyczaj zakopywanie odbywa się niemal przy samej linii oceanu, tak, że, kiedy zrelaksowani leżymy sobie przysypani piachem, mamy możliwość popatrzenia sobie na fale. Ponieważ jednak znowu zaczął padać deszcz, cała impreza odbywała się pod daszkiem ustawionym na plaży, skąd fal widać nie było. Ale jak dobrze się przyjrzycie to zobaczycie panów z łopatami.

Po zakupieniu biletu dostaliśmy yukaty, w które musieliśmy się przebrać. W nich wychodziliśmy na plażę, gdzie kazano nam się położyć, a potem całkiem konkretnie przysypano nas piaskiem. Nie polecamy osobom, których dręczą koszmary o pogrzebaniu żywcem. W piachu powinniśmy leżeć około 10 minut. Uczucie leżenia pod takim piaskiem jest dość dziwne, przez cały czas czuliśmy, jak wszystko w naszych organizmach pulsowało. Jednak mimo tego, że broszurki reklamowe zapewniały nas o drastycznej poprawie stanu zdrowia po zaznaniu przysypania piachem, nic takiego nie poczuliśmy. Nie mniej uważamy to doświadczenie za całkiem interesujące. Po prysznicu można było też skorzystać ze znajdującego się obok zwykłego onsenu, co też uczyniliśmy i tym relaksacyjnym akcentem zakończyliśmy naszą wycieczkę. Wracając do hotelu po głowie krążyły nam myśli pełne nadziei, na to, że jutrzejszy dzień będzie dla nas bardziej łaskawy i uda nam się zobaczyć Sakurajimę. Nie był. Ale o tym innym razem.

U bram piekieł, czyli kilka słów o Beppu

U bram piekieł, czyli kilka słów o Beppu

Wyobraźcie sobie uzdrowiskowe miasteczko w lekko amerykańskim stylu, z jednej strony otoczone przez ocean i palmy, z drugiej przez porośnięte gęstym lasem góry. Innymi słowy – połączenie Ustki z Rabką i Californią. Trudne? Nie dla tych, którzy byli w Beppu. Zapraszamy dziś na wycieczkę po mieście, które było naszym pierwszym przystankiem podczas wycieczki po Kyushu.

Beppu słynie przede wszystkim z gorących źródeł. Takich leczniczych, o akceptowalnej temperaturze wody, w których człowiek sobie leży i się regeneruje, ale też takich, do których nie wskoczyliby nawet wielbiciele bardzo gorących kąpieli. Te drugie są jedną z głównych atrakcji miasta, a nazywa się je Piekłami Beppu.  Zapytacie: a co niby w takiej Japonii mogą wiedzieć o Piekle? Cóż, Biblia może nie dociera tu zbyt często, ale dziełom Dantego jakoś udało się przebić. A porównanie wydaje się całkiem trafne – znajdziemy tu baseny z bulgoczącą, bardzo gorącą wodą, której temperatura sięgała czasem nawet 100 stopni. Do tego unosząca się para, której nierzadko towarzyszył duszący zapach przypominający siarkę. A dla spotęgowania efektu w wielu miejscach umieszczono figury diabłów, czy innych demonów.

W mieście znajduje się osiem głównych basenów, w których dzieją się geotermalne cuda. Sześć z nich znajduje się koło siebie, dwa oddalone są trochę dalej. Wejście do każdego kosztuje 400 yenów (ok. 12 zł), ale można też kupić jeden bilet upoważniający do wejścia do wszystkich za 1000 yenów (ok. 30 zł). Bilet zbiorowy ma formę książeczki, w której przybijamy pieczątki w każdym kolejnym miejscu. Prawdopodobnie jednak nikt nie chciałby odwiedzać ośmiu takich samych parujących bajor. Niektóre z nich urozmaiciła sama Matka Ziemia nadając im różne kolory. O inne atrakcje musieli zatroszczyć się jednak ludzie, którzy postanowili zarabiać na tym pieniądze. My odwiedziliśmy 6 źródeł, ponieważ do tych dwóch ostatnich nie udało nam się dotrzeć przed zamknięciem, chociaż naprawdę bardzo się staraliśmy. Poniżej kilka obrazków z co ciekawszymi urozmaiceniami.

Lazurowa woda.

Woda przypominająca krew.

A także zwykłe błoto.

Dodatkowymi atrakcjami najczęściej były zwierzęta. Jak na przykład krokodyle pozujące akurat do rodzinnej fotografii:

Niestety jeden krokodyl nie ogarnął, z której strony robione jest zdjęcie.

Popularnością cieszyły się również kapibary i hipopotam, które można było nakarmić marchewką. Na zdjęciu kapibara, nie hipopotam.

Było też  źródło, które wykonywało jakieś sztuczki, kiedy dmuchnęło się w nie papierosem – bardziej dymiło czy coś. Oczywiście wszyscy, którzy chcieli wykonać taką magię mogli na miejscu zakupić papierosy. Jeżeli ktoś nie palił wcześniej, zawsze może zacząć dzisiaj. Dużą popularnością cieszyły się też jajka na twardo gotowane w specjalnym koszyku umieszczonym w jednych z supergorących zbiorników. Jedliśmy.

Następny dzień naszej wycieczki postanowiliśmy poświęcić na górską wspinaczkę. Głównie po to, żeby wreszcie użyć naszych dużych i ciężkich górskich butów, które zajęły sporą część naszego bagażu, kiedy rok temu przeprowadzaliśmy się do Japonii. Jako cel obraliśmy sobie Górę Tsurumi znajdującą się na terenie pobliskiego Parku Narodowego Aso – Kuju. Góra Tsurumi ma 1375 metrów i jest wulkanem, który ostatnio wybuchł ponad 1000 lat temu. Podobno do dziś zdarza mu się trochę podymić.  Nie zaobserwowaliśmy. Wspinaczkę można rozpocząć już od poziomu morza, tuż przy morzu. My jednak postanowiliśmy zacząć w miejscu,  do którego najdalej da się dojechać autobusem, czyli mniej więcej w połowie wysokości. W miejscu tym ma też stację kolejka linowa, którą da się wjechać na samą górę. Warto zaznaczyć, że w miejscu tym nie można kupić nic konkretniejszego do jedzenia, co nas przyzwyczajonych już do wszechobecnych Lawsonów, 7/11 i tym podobnych, mocno zdziwiło. Co prawda znajdują się tam dwa sklepy, ale kupimy w nich głównie lokalne wyroby, jak ciastka czy różnego rodzaju alkohol. Na szczęście udało nam się kupić zieloną herbatę i pyszną lemoniadę (też lokalny produkt). A zamiast kanapek – biszkoptowe ciastka z puddingiem. Po zakupach z pogardą ominęliśmy kolejkę linową i rozpoczęliśmy wspinaczkę.

Praktycznie całość trasy przebiegała przez gęsty las. Minusem tej sytuacji był fakt, że nie mogliśmy za bardzo pooglądać po drodze widoków. Niewątpliwym plusem było jednak to, że za bardzo nie przypiekało nas słońce. Podczas całej wycieczki spotkaliśmy na szlaku może ze 4 inne osoby. Więcej emocji wzbudziło jednak spotkanie węża. Trudno powiedzieć kto uciekał szybciej – wąż czy Foka Mela. Foka Oskar był dość spokojny – w końcu kolega z pracy powiedział mu, że co prawda w japońskich górach węże są, ale rzadko ktoś od nich umiera. My też nie umarliśmy, więc luz.

Na szlaku nie było prawie żadnych napisów po angielsku i mieliśmy kilka momentów zawahania, czy aby pewno dobrze idziemy, napotykając takie drogowskazy:

Pomocne były natomiast tabliczki oznaczone kolejnymi literkami alfabetu, umieszczone po każdych kolejnych 50 metrach. Wzwyż, oczywiście. Informowały, jak szybko powinniśmy pokonać najbliższy odcinek i ile będzie to metrów samego szlaku. Co dawało pewien pogląd na to, jak strome podejście nas czeka.

Wspinaczka zajęła nam około 4 godzin, ale osobom bardziej zaprawionym w górskich wycieczkach niż Foka Mela z pewnością udałoby się zdobyć szczyt szybciej. A na szczycie… Obiecywano nam wspaniały widok na ocean. Gdzieś tam.

No cóż… Przejrzystość powietrza pozostawiała tego dnia trochę do życzenia. Nie pooglądaliśmy, więc ani oceanu, ani szczytów pobliskich gór znajdujących się z drugiej strony. Gdzieś tam.

Nie mniej cała wycieczka sprawiła nam dużo frajdy. Oczywiście, jak wiele innych gór w Japonii, tak i Góra Tsurumi musi uchodzić za świętą, na szczycie znajdziemy więc kilka małych świątyń i buddyjskich figur. Wyznaczona jest tam nawet specjalna ścieżka pomiędzy poszczególnymi figurami siedmiu bogów dobrej fortuny. Tym razem chcieliśmy jednak poobcować z naturą, nie z duchami, więc nie skusiliśmy się na ten spacer.

Po wielu nieudanych próbach dojrzenia czegokolwiek przez mgłę postanowiliśmy wrócić na dół. Tym razem używając kolejki linowej. Kolejka może ponoć pomieścić aż 100 osób, ale razem z nami jechało ich może z 10. Mimo niewielkiej frekwencji na pokładzie obecna była też pani „przewodniczka”, która przez całą drogę coś opowiadała. Niestety tylko po japońsku, więc nie do końca wiemy o czym, ale obstawiamy, że coś o górach i lesie. Możliwe też, że pokazywała jakieś zwierzę, bo w pewnym momencie wszyscy rzucili się do okna wypatrywać czegoś za szybą.

Wycieczka w góry trochę nas zmęczyła, więc po zjechaniu na dół postanowiliśmy porelaksować się w jakimś onsenie. Żal byłoby nie skorzystać z takiej możliwości w Beppu, które jest jednym z największych przedstawicieli gorących źródeł w Japonii. Miasto podzielone jest na osiem głównych obszarów z onsenami zwanymi Beppu Hattō. My wybraliśmy się do strefy Kankaiji Hot Springs. Położona jest ona na wzniesieniu, co oznacza, że oprócz moczenia się w ciepłej wodzie możemy nacieszyć oczy ładnym widokiem.

Jednym z najfajniejszych onsenów w tym rejonie jest onsen Tanayu, znajdujący się w ekskluzywnym hotelu Suginoi Palace. Noc w tym miejscu kosztuje około 1000 zł, ale żeby wejść do onsenu nie trzeba być gościem hotelu (ufff). Wystarczy kupić bilet – w zależności od pory roku, miesiąca a nawet dnia wahający się od 30 do 60 zł.  Onsen znajduje się na dachu hotelu i ma kilka różnych gorących basenów, zarówno zadaszonych jak i odkrytych. Oczywiście większą popularnością cieszyły się te na zewnątrz, skąd rozciągał się widok na miasto.

W samym onsenie choćby bardzo się chciało, nie da się zbyt długo posiedzieć ze zwględu na wysoką temperaturę wody. W Suginoi Palace oprócz onsenu Tanayu w cenie naszego biletu możemy również jednak skorzystać z Aqua Garden, czyli znajdującego się tuż obok zwykłego basenu. Woda w basenie jest sporo chłodniejsza, ale wciąż dość ciepła. Wystarczy, że przejdziemy przez przebieralnię, zarzucimy na siebie strój kąpielowy (w onsenie oczywiście siedzimy nago) i możemy wskakiwać do koedukacyjnego basenu. Trochę abstrakcyjnie wyglądała spora część kobiet, które przed chwilą zupełnie bez niczego moczyły się w onsenie, a teraz w basenie pływały w mocno zabudowanych strojach kąpielowych z golfami i długimi rękawami. Oczywiście prawdopodobnie wynika to z tego, że Japonki boją się słońca i unikają opalania, dlatego rzadko kupują bikini. W onsenie nie było też obecnych tu mężczyzn. Niemniej człowiek z zewnątrz może poczuć się skonsternowany.

Wieczorami przy basenie co godzinę odbywa się pokaz fontann. W wodzie spędziliśmy ponad 2 godziny, więc udało nam się go zobaczyć aż 2 razy. W związku z tym, że trochę zasiedzieliśmy się w tym miejscu, musieliśmy wracać do hotelu na piechotę, bo ostatni autobus odjechał nam sporo wcześniej. Jednak po kilku godzinach moczenia się w gorącej wodzie byliśmy tak zregenerowani, że 3-kilometrowy spacer zupełnie nie był nam straszny.

A po wyjściu z Suginoi Palace odkryliśmy, gdzie wakacje spędza Święty Mikołaj.

A także, gdzie w lecie składowane są wszystkie choinkowe lampki świata.


Foki radzą:

  • RADA 71
    Zamykaj drzwi do mieszkania na dodatkową zasuwkę. W przeciwnym razie możesz zostać zaskoczony przez pracownika zarządzającego budynkiem wraz z dwuosobową ekipą sprawdzającą instalacje. To przecież oczywiste, że jeśli nie otworzysz w ciągu 15 sekund po zapukaniu, mają prawo użyć własnego klucza.
  • RADA 72
    Jeżeli robaki zaczynają wchodzić ci do mieszkania, a za oknem osiedla się wnuk Stefana wiedz, że lato zaczęło się na dobre.
  • RADA 73
    Zawiązuj porządnie reklamówki z zakupami, jeśli nie chcesz, aby sushi, które przed chwilą kupiłeś sobie na kolację, zamiast ciebie, jadł kierowca autobusu.