Browsed by
Tag: ocean

Na końcu Japonii, czyli Ibusuki

Na końcu Japonii, czyli Ibusuki

Nasz niezwykle udany bustrip po północnej części Kyushu, który urządziliśmy sobie w czerwcu, skłonił nas do tego, aby pójść o krok dalej. Miesiąc później postanowiliśmy, więc wyruszyć do najbardziej wysuniętej na południe części naszej wyspy, czyli prefektury Kagoshima. Naszym głównym celem było zobaczenie znajdującego się tam wulkanu Sakurajima. Pierwszy dzień przywitał nas jednak deszczem i mgłą (Foka Oskar po przebudzeniu mruknął tylko „ale piękna pogoda” i zasnął dalej), co oznaczało, że Sakurajima jest właściwie niewidoczna. Musieliśmy więc wymyślić sobie inne atrakcje na ten dzień. I tak trafiliśmy do Ibusuki.

A trafić tam wcale nie było łatwo. Ibusuki leży nad samym oceanem na południu prefektury Kagoshima. Naszym pierwszym celem w tym regionie był ogród botaniczny – Flower Park Kagoshima. Z hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, musieliśmy jechać tam z kilkoma przesiadkami. Na szczęście w międzyczasie przestało padać, bo po wyjściu z ostatniego pociągu jeszcze 3 kilometry musieliśmy iść na piechotę.  Była to jednak miła wędrówka malutką drogą pośród pól, gdzie prawie w ogóle nie mijały nas żadne samochody. Kiedy dotarliśmy w końcu na miejsce, poczuliśmy się nieco zaniepokojeni, bo na dość dużym parkingu nie stał ani jeden samochód. W Japonii było akurat święto, a skoro w dzień wolny od pracy nikt tam nie przyjeżdża, to kiedy?

Na szczęście okazało się, że ogród jest otwarty, ale panie z obsługi wydawały się dość podekscytowane faktem, że wreszcie ktoś postanowił ich odwiedzić. I to w dodatku obcokrajowcy! Poza nami spotkaliśmy tego dnia w paru nie więcej niż 10 innych osób. Trochę trudno zrozumieć nam dlaczego (ok, to, że tak trudno tam dotrzeć może mieć w tym swoją zasługę), ponieważ ogród okazał się naprawdę piękny. Znajdowało się w nim kilka mniejszych ciekawych ogródków tematycznych, ale największe wrażenie robiła część z roślinami egzotycznymi. Ze względu na położenie, bliskość oceanu i takie tam rzeczy, które ogarnia się, jak się uważało na geografii, w miejscu tym panuje klimat tropikalny. Co oznacza, że wszystkie rośliny, które do tej pory widywaliśmy głównie w sztucznych warunkach w szklarniach, tutaj rosły sobie tak po prostu pod gołym niebem.

Kiedy beztrosko przechadzaliśmy się pod palmami w pewnym momencie usłyszeliśmy miauczenie. A chwilę po tym z krzaków wybiegł śliczny szary kotek. Jako, że kotki bardzo lubimy, poczęstowaliśmy go krewetką z jednej z naszych kanapek i od tej pory zyskaliśmy przyjaciela, który towarzyszył nam przez co najmniej połowę naszej wizyty w parku. Raz nawet, kiedy zniknęliśmy mu z pola widzenia, zaczął przeraźliwie miauczeć, ale kiedy po niego wróciliśmy poszedł za nami dalej i wszystko wróciło do normy.

Niestety zdradził nas z jakimiś Japończykami w tej części ogrodu, którą możecie zobaczyć poniżej. Być może dlatego, że skończyły nam się kanapki.

Gorący i wilgotny klimat, który nie sprzyja ładnemu wyglądowi włosów Foki Meli, sprzyja rozwojowi pięknych motyli, które do tej pory udało nam się spotkać w Japonii tylko w szklarniach, jak wyżej wymienione palmy. Tu latały sobie beztrosko po całym ogrodzie, choć miały też swój szklarniowy domek, w którym zapewne były najlepsze warunki do powiększania motylich rodzinek.

Cały ogród był naprawdę duży, a jak się okazało, my wcale nie dysponowaliśmy zbyt dużą ilością czasu, aby go obejrzeć. Pociąg, którym mieliśmy wrócić, przyjeżdżał raz na 2 albo 3 godziny (był to zresztą jedyny pociąg odjeżdżający z tej stacji). Spóźnienie nie wchodziło, więc w grę, a nie zapominajmy, że po wyjściu z ogrodu czekał nas jeszcze trzykilometrowy spacer. Wybawieniem okazała się możliwość wypożyczenia melexa (szkoda, że nie odkryliśmy jej już na samym początku naszej wizyty). Co prawda w regulaminie było napisane, że trzeba posiadać prawo jazdy, aby taki samochodzik móc wypożyczyć, a my japońskiego prawa jazdy nie posiadaliśmy, ale ostatecznie nikt nas o dokumenty nie zapytał. W szerszej perspektywie nie wiem, czy to dobrze.

Po kilku minutach udało nam się w końcu wyjechać z małego parkingu. Pomachaliśmy lekko zaniepokojonej pani z obsługi i popędziliśmy zwiedzać najdalsze zakątki ogrodu. Dzięki melexowi udało nam się na przykład dotrzeć do obserwatorium z pięknym widokiem na ocean.

Dotarliśmy też do ogrodu w stylu angielskim, który trochę im jednak nie wyszedł. Jak jednak wiadomo, nie od razu Londyn zbudowano i może jeszcze kiedyś nauczą się jak przycinać żywopłoty.

Kiedy wychodziliśmy z parku, pani z obsługi zapytała nas, jak dotrzemy na stację. Kiedy odpowiedzieliśmy, że pieszo, na jej twarz wymalował się wyraz zdziwienia. No bo 3 km? Na piechotę? Korzystając z tego, że chwilowo zaniemówiła, grzecznie się pożegnaliśmy i czym prędzej się ulotniliśmy. Trochę obawialiśmy się tego, że zechcą nas tam zaraz podwozić. Naród japoński jest zazwyczaj bardzo uczynny i jeśli może komuś pomóc – robi to. Często swoim kosztem. I tak na przykład, kiedy Japończyk zostanie zapytany przez kogoś o drogę, możliwe, że będzie ją długo tłumaczył, mimo tego, że na przykład właśnie spóźnia się na autobus. Kiedy tylko mogliśmy, staraliśmy się więc, nie nadużywać uprzejmości Japończyków. Tego dnia chcieliśmy zobaczyć jeszcze położone niedaleko pokaźnych rozmiarów Jezioro Ikeda, ale ze względu na słabe połączenie komunikacyjne i brak czasu, musieliśmy z tego zrezygnować. Wsiedliśmy więc w pociąg (na szczęście zdążyliśmy!) i pojechaliśmy do miasteczka Ibusuki, aby dać zakopać się w piachu.

Jak już dobrze wiecie, Japonia słynie z onsenów, czyli gorących źródeł. A niektóre z nich znajdują się na plaży. Co więc oznacza, że aby zaznać zbawiennego działania i wpływu źródła na organizm, trzeba zakopać się w piasku. Jedno z takich miejsc znajduje się właśnie w Ibusuki. Zazwyczaj zakopywanie odbywa się niemal przy samej linii oceanu, tak, że, kiedy zrelaksowani leżymy sobie przysypani piachem, mamy możliwość popatrzenia sobie na fale. Ponieważ jednak znowu zaczął padać deszcz, cała impreza odbywała się pod daszkiem ustawionym na plaży, skąd fal widać nie było. Ale jak dobrze się przyjrzycie to zobaczycie panów z łopatami.

Po zakupieniu biletu dostaliśmy yukaty, w które musieliśmy się przebrać. W nich wychodziliśmy na plażę, gdzie kazano nam się położyć, a potem całkiem konkretnie przysypano nas piaskiem. Nie polecamy osobom, których dręczą koszmary o pogrzebaniu żywcem. W piachu powinniśmy leżeć około 10 minut. Uczucie leżenia pod takim piaskiem jest dość dziwne, przez cały czas czuliśmy, jak wszystko w naszych organizmach pulsowało. Jednak mimo tego, że broszurki reklamowe zapewniały nas o drastycznej poprawie stanu zdrowia po zaznaniu przysypania piachem, nic takiego nie poczuliśmy. Nie mniej uważamy to doświadczenie za całkiem interesujące. Po prysznicu można było też skorzystać ze znajdującego się obok zwykłego onsenu, co też uczyniliśmy i tym relaksacyjnym akcentem zakończyliśmy naszą wycieczkę. Wracając do hotelu po głowie krążyły nam myśli pełne nadziei, na to, że jutrzejszy dzień będzie dla nas bardziej łaskawy i uda nam się zobaczyć Sakurajimę. Nie był. Ale o tym innym razem.

Półwysep Coromandel – Narnia, muszelki i gorące źródła

Półwysep Coromandel – Narnia, muszelki i gorące źródła

Cała trasa naszej wielkiej nowozelandzkiej wyprawy przebiegała na południe od Auckland. Zanim się jednak rozpoczęła, jeden raz wypuściliśmy się na północ. Chcieliśmy zobaczyć Półwysep Coromandel, a naszym głównym celem było wymoczenie się w gorących źródłach na Hot Water Beach. Ta jednodniowa wycieczka była testem dla naszego autka przed dłuższą drogą. I pierwszym stresem dla Foki Meli. Dowiedziała się bowiem, jak wygląda większość dróg w Nowej Zelandii – miliony zakrętów na mocno górzystym terenie. Udało nam się jednak nie spaść w żadną przepaść i po 2 godzinach od wyjazdu z Auckland byliśmy na miejscu.

Hot Water Beach to miejsce, w którym wulkany udowadniają, że mogą się do czegoś przydać. Niektóre z nich rozwijają pod ziemią spore pokłady przegrzanej wody, która po jakimś czasie wydostaje się na powierzchnię. I to w miejscu tak idealnym, że jednocześnie możemy moczyć tyłek w gorącej wodzie i gapić się na ocean. Cała zabawa polega na tym, żeby wykopać sobie dołek w piasku i poczekać aż wypełni się cieplutką wodą. Dół musi jednak być w miejscu, gdzie zwykle dopływają fale, więc najlepiej  być tam w trakcie odpływu. Temperatura wody dochodzi czasem nawet do 60 stopni, więc przydaje się wiaderko na zimną wodę z oceanu, którą będziemy mogli dolać w momencie, kiedy będzie nam zbyt gorąco. Impreza kończy się wraz z nadejściem przypływu, kiedy woda zalewa nasze legowiska.

W związku z powyższym wszyscy przykładni turyści, chcący wykopać sobie na plaży dół na tyle pokaźny, aby zmieściło się w nim najlepiej kilka osób, zmierzali na plażę z łopatkami. My nie jesteśmy za bardzo przykładnymi turystami, więc na plaży zjawiliśmy się i bez łopatek i bez wiaderek. Okazało się jednak, że dobrze się stało, że nie wydawaliśmy pieniędzy na te artefakty, bo tego akurat dnia geotermalna magia nie działała i wypływająca spod ziemi woda nie była ani trochę ciepła, a co to za przyjemność siedzieć w dole z zimna wodą? Dla nas żadna, ale dla niektórych chyba jednak tak, bo mimo wszystko kopali, coraz to nowsze dołki, a gdy przy którymś podejściu okazywało się, że rzeczywiście nic z tego nie będzie zalegali w dołach z zimną wodą. Wycieczka na Hot Water Beach nie była jednak czasem zmarnowanym – plaża była przepiękna, a dla obu Fok był to pierwszy raz, kiedy miały okazję wykąpać się w oceanie.

Okazało się jednak, że kąpiel w Pacyfiku nie przyniosła nam większych wrażeń niż pluskanie się w Bałtyku. Nie jesteśmy też zbyt dużymi fanami leżenia plackiem na plaży, więc po jakimś czasie uznaliśmy, że wyczerpaliśmy już możliwości Hot Water Beach i postanowiliśmy wyruszyć dalej. Wybór padł na pobliski Cathedral Cove. Jest to rezerwat morski o powierzchni około 840 h, w którego skład wchodzi kilka pięknych zatok i niezwykłe formacje skalne. My dostaliśmy się tam drogą lądową, odbywając 30-minutowy spacer pośród palm. Równie popularną możliwością jest też jednak droga morska – kajakiem bądź motorówką.

Na miejscu zastaliśmy piękną plażę, mnóstwo skał w dziwnych kształtach, a nawet mały wodospad. Na plaży było też pełno muszelek, które Foka Mela ochoczo zbierała. Pod tą kamienną bramą dało się przejść na drugą stronę, gdzie znajdowała się druga plaża. Łatwiejsze jest to jednak zapewne podczas odpływu, a my nie mieliśmy tyle szczęścia, żeby na niego trafić i niestety zmoczyliśmy nasze focze ubranka.

Cathedral Cove jest chyba najczęściej fotografowanym miejscem na Półwyspie Coromandel. Dzięki temu, że jest tak malownicze załapało się też kilka razy na występy w filmach – na przykład w „Opowieściach z Narnii„. Śpiewał tam też Macklemore i uwiecznił to w teledysku do piosenki „Can’t hold us„. Trochę dziwi nas, że nie przyplątał się tam Peter Jackson.

Powrót był bolesny dla Foki Meli, ponieważ dostrzegała tablicę informującą, że nie można wynosić muszli z terenu rezerwatu. Na szczęście w innych rezerwatach nie było takich tablic i do domu wróciła z pokaźną kolekcją. O dalszej drodze powrotnej poza tym, że była pod górę niewiele mamy do powiedzenia. Mamy za to trochę do pokazania. Takiej Nowej Zelandii nie mogliśmy się doczekać!

Do Auckland nie wracaliśmy najkrótszą możliwą trasą. Wybraliśmy tą z piękniejszymi widokami. Postanowiliśmy też zahaczyć  o miasteczko Coromandel. Spędziliśmy w nim około 2 minut, bo mniej więcej tyle zajęło nam objechanie całości, a główną atrakcją zdawała się poczta, do której kierowały wszystkie drogowskazy. Mimo krótkiego pobytu miasteczko zrobiło na nas jednak pozytywne wrażenie – ze swoimi drewnianymi domkami z werandami wyglądało trochę jak z dzikiego zachodu. W miasteczku co prawda nie zrobiliśmy postoju, ale dalej na trasie, mając przed oczami takie widoki zatrzymywaliśmy się co chwilę.

Raz nawet na drogę zza takiego zielonego pagórka wyskoczył Hobbit baranek. Na szczęście nikt nie ucierpiał.