Browsed by
Tag: ogród

Na Nokonoshimę zawsze fajnie się wraca!

Na Nokonoshimę zawsze fajnie się wraca!

Nokonoshima to zdecydowanie jedno z moich ulubionych miejsc w Japonii. Leży obok Fukuoki z dala od najczęściej odwiedzanych japońskich miast –  jak Tokio czy Kioto, więc nie jest przepełniona turystami. Z drugiej jednak strony właściciele Ogrodu Botanicznego położonego na szczycie wyspy, starają się uczynić go atrakcyjnym na tyle, żeby ściągnąć lokalnych mieszkańców. I nieźle im to wychodzi, bo ogród jest naprawdę uroczy! Nie będę się o nim za bardzo rozpisywać, bo już kiedyś to robiłam – TU możecie poczytać o naszej pierwszej wizycie na Nokonoshimie, kiedy to można było podziwiać na niej kosmosy. Spodobało nam się wtedy na tyle, że postanowiliśmy pojechać tam jeszcze raz wiosną, kiedy odwiedziła nas siostra Oskara. Na głównym kwiatowym polu rósł wtedy żółciutki rzepak, który robił nieco gorsze wrażenie niż kosmosy, ale i tak był całkiem fajny. Liczyliśmy na to, że uda nam się zobaczyć na wyspie kwitnące wiśnie, ale niestety byliśmy tam o kilka dni za wcześnie. W dzisiejszym filmie możecie zobaczyć naszą trzecią wizytę na Nokonoshimie. Tym razem pojechaliśmy tam z naszymi japońskimi kolegami. To był nasz ostatni wspólny wypad, bo dwa dni później wsiedliśmy do samolotu i wróciliśmy do Polski. Niestety na głównym polu nie rosły żadne kwiaty – skończył się już sezon na letnie słoneczniki, a na jesienne kosmosy jeszcze nie zaczął. Główną atrakcją stały się więc zawody w Noko Noko Ball. Jeśli chcecie dowiedzieć się jak się w to gra i kto wygrał – obejrzyjcie dzisiejszy film. 🙂

Takamasatorii

Takamasatorii

Religia w życiu większości Japończyków nie odgrywa zbyt dużej roli – ponad połowa społeczeństwa nie utożsamia się z żadnym wyznaniem. Ważniejsza od wiary jest tradycja, ale w jej myśl kultywuje się tu wiele religijnych zwyczajów. W Japonii obok siebie istnieją dwa ważne wyznania: shintoizm – pierwotna religia oparta na japońskiej mitologii, w której czci się wielu bogów oraz buddyzm, który bardziej jako system filozoficzny przywędrował do Japonii z Korei. Te dwa obrządki przenikają się wzajemnie na każdym kroku – na przykład małżeństwa zawierane są w obrządku shintoistycznym, a pogrzeby odprawia się po buddyjsku. Nie rzadko też świątynie shintoistyczne stoją koło tych buddyjskich i nikomu to nie przeszkadza. Świątyń najlepiej szukać oczywiście w miejscu o najbogatszym dziedzictwie kulturowym – Kioto. W dawnej stolicy znajduje się około 1600 świątyń buddyjskich i ponad 400 chramów shinto, czyli jedna świątynia przypada średnio na kilometr kwadratowy i 1000 mieszkańców. My podczas naszej kilkudniowej wizyty odwiedziliśmy zaledwie kilka z nich (bo zamiast oglądać kolejne poszliśmy karmić małpy).

Pierwszą naszą świątynią była Fushimi Inari. Wybór padł na nią, ponieważ dojechaliśmy do Kioto późnym popołudniem, a ta świątynia w przeciwieństwie do większości innych nie jest zamykana na noc. Do przybytku dotarliśmy już po zmroku. Główna świątynia jest bardzo ładna, jednak najlepsze zaczyna się, kiedy miniemy ją i wyjdziemy z głównego kompleksu. Tam zaczyna się szlak, podczas którego przechodzi się pod niezliczoną ilością bram torii. Te w kulcie shinto stawiane są tam, gdzie można spotkać kami, czyli bóstwa. Symbolizują one przejście ze świata ziemskiego do świata bogów. Zazwyczaj znajdziemy je więc, przed świątyniami. Trudno powiedzieć, ile dokładnie jest torii w Fushimi Inari. Ale fakt, że jeden niewielki fragment szlaku, gdzie rozwidlają się dwie drogi nazywany jest „drogą tysiącem torii” daje do myślenia. Taką bramę może kupić sobie każdy, kto ma wystarczające fundusze i postawić ją na szlaku w dowolnej intencji.

Cały szlak ma około 4 kilometrów i biegnie po zboczach całkiem stromej góry. Wbrew naszym oczekiwaniom na samym szczycie nie było nic niezwykłego, więc zziajani na szczycie doszliśmy do wniosku, że chyba chodziło o to żeby iść, a nie dojść. Góra, na której znajduje się szlak porośnięta jest lasem. Oznacza to, że znaleźliśmy się w nocy, w środku lasu w otoczeniu dość przerażająco wyglądających w tych okolicznościach kamiennych kapliczek, których po drodze było całkiem sporo. W takich warunkach każdy szmer i dziwny hałas sprawiał, że Foka Mela mocniej łapała za rękę Fokę Oskara. A podejrzanych dźwięków było sporo, bo klimatu dopełniały szwendające się po lesie koty.

Pod koniec wycieczki, kiedy przez przypadek trochę zboczyliśmy z trasy, z ciemności wyłonił się lis.  Było to niezwykłe o tyle, że Inari, czyli bóstwo, któremu poświęcona jest ta świątynia, poza tym, że jest patronem bardzo wielu rzeczy jest też patronem… lisów. W tym kulcie są one na tyle ważne, że uważa się je za jego wysłanników i na terenie świątyni można znaleźć bardzo dużo lisich posążków. Być może sam Inari chciał nam tego wieczoru coś powiedzieć.

Następnego dnia odwiedziliśmy świątynię Kiomizu-dera. Wciąż pamiętaliśmy o wczorajszej wspinaczce przy Fushimi Inari, a tu znowu przyszło nam wdrapywać się pod górę. Świątynia leży bowiem na zboczu góry Otowa. Wysiłek został jednak nagrodzony widokami – spod świątyni rozlega się fantastyczna panorama Kioto. Główna świątynia w tym buddyjskim kompleksie  poświęcona jest bogini Kanon. Posąg bogini jest najpilniej strzeżonym zabytkiem w tym miejscu i nie jest udostępniany do oglądania turystom. Świątynia powstała w VIII wieku, więc jest bardzo stara. Przedtem znajdowała się tu rezydencja cesarza. Od VIII wieku świątynia wielokrotnie była niszczona przez pożary i inne kataklizmy, ale za każdym razem była poddawana remontowi. Także w czasie naszej wizyty, część budynków przykryta była rusztowaniami. Na szczęście do najbardziej charakterystycznego miejsca w tym przybytku, czyli ogromnego tarasu opartego na kilkunastometrowej drewnianej konstrukcji był swobodny dostęp. Nie licząc oczywiście tłumu turystów, który nawiedza Kiyomizu-derę każdego dnia.

Bardzo istotne miejsce w Kiyomizu-dera znajduje się też poza głównymi zabudowaniami. Po zejściu ścieżką w dół trafiamy na wodospad, od którego świątynia wzięła swoją nazwę – jej dosłowne tłumaczenie to Świątynia Czystej Wody. Wodospad spływający ze zbocza Otowy został obudowany w fontannę, która ma trzy ujścia. Każde z nich symbolizuje co innego: długie życie, zdrowie lub wiedzę. Żeby zapewnić sobie daną rzecz, trzeba napić się z odpowiedniej odnogi wodospadu. Trzeba jednak pamiętać o tym, że aby wszystko zadziałało, można wybrać tylko jedną. Nie jest to wcale łatwe – chochla, którą należy nabrać wodę jest bardzo długa, a i tak trzeba się mocno wychylić, żeby udało się złapać wodę. My nie podjęliśmy wyzwania – w końcu jesteśmy już bardzo mądrzy, zdrowie zapewniają nam częste wycieczki i wspinaczki na góry takie jak Otowa, a o długie życie dbamy nie latając rosyjskimi liniami.

Kolejny na naszej liście był numer jeden wszystkich wycieczek zmierzających do Kioto – Kinkaku-ji, czyli Świątynia Złotego Pawilonu. Jeszcze w XIV wieku służyła jako willa jednemu z szogunów. Na świątynię została przekształcona przez jego syna. Jej dzisiejsza wersja pochodzi jednak z 1955 roku, ponieważ  w latach 50. spłonęła na skutek podpalenia przez mnicha, który miał problemy ze zdrowiem psychicznym. Złoty Pawilon pokryty jest prawdziwymi płatkami złota.  Według japońskich wierzeń złoto poza tym, że pokazuje jak bogaty jest właściciel, oczyszcza podobno ze złych myśli. W tym przypadku chyba tylko właściciela, bo naszym zdaniem taka fortuna wśród pozostałych może wzbudzić co najwyżej zawiść.

Kinkaku-ji położona jest nad stawem w przepięknym ogrodzie. Kiedy uda się już przecisnąć przez ogromny tłum robiący fotki Złotemu Pawilonowi, przyjemnie jest pospacerować po jego dalszej, nieco luźniejszej części. A tam na przykład można było sobie powróżyć. Po zapłaceniu jedynych 100 jenów, z automatu wypadała specjalnie wylosowana dla nas wróżba. Fortuna Foki Meli w najbliższym czasie ogólnie miała być pomyślna, poza tym, że zostawi ją partner. We wróżbie napisali jednak, że absolutnie nie powinna się tym przejmować. Z Kioto wróciliśmy już jakiś czas temu i jak na razie wróżba się nie spełniła, więc Foka Mela się nie przejmuje. Można też było w wybranej intencji zapalić świeczkę. Foka Oskar wybrał tę zapewniającą bezpieczne podróże.

Całkiem niedaleko Złotego Pawilonu znajduje się kolejne warte uwagi miejsce – buddyjska Ryoan-ji, czyli Świątynia Uspokojonego Smoka. Było to pierwsza świątynia, w której musieliśmy zdejmować buty. Najbardziej znana jest ze swojego kamiennego ogrodu, służącego jako miejsce do medytacji. Jest to też chyba jeden z najbardziej znanych ogrodów zen na świecie. Trudno powiedzieć dlaczego, bo są i większe i piękniejsze, ten jednak odwiedza najwięcej turystów. Kiedy tam weszliśmy wyglądało to dość niezwykle – tłum ludzi na werandzie wpatrzony w kamienną kompozycję, ułożoną na idealnie zagrabionym żwirze, na który nie można było wchodzić. Może to robić tylko mnich, który codziennie go zagrabuje. Większość obecnych zdawała się jednak nie oddawać medytacji, a liczyć kamienie. We wszelkich przewodnikach piszą bowiem, że ma być ich 15.

Policzyliśmy i my. I w żaden sposób nie mogliśmy się doliczyć 15. Być może dlatego, że kompozycja jest ułożona tak, że z żadnego miejsca nie da się zobaczyć wszystkich na raz. Potęgowało to efekt „nie – medytacji”, bo zwiedzający próbując zliczyć wszystkie głazy żwawo się przemieszczali. Tak naprawdę nie wiadomo, co kompozycja ta ma symbolizować. Istnieje wiele hipotez i interpretacji, ale żadna z nich nie została potwierdzona. Może właśnie ta tajemniczość sprawiła, że świątynia stała się tak popularna. Kiedy już policzymy wszystkie kamienie, warto zostawić tłum i wybrać się na spacer po ogromnym parku, który otacza budynek. Można tam natknąć się na przykład na posągi Buddy wśród drzew, a aura zdecydowanie bardziej sprzyja medytacji.

Za jakiś czas planujemy pojawić się w Kioto jeszcze raz, więc do naszej listy z pewnością dojdą kolejne świątynie. Niezależnie jednak w jakiej świątyni byśmy się nie znaleźli, warto pamiętać o dobrych obyczajach. A jednym z nich jest oczyszczenie się przed wejściem na teren przybytku poprzez umycie rąk i ust za pomocą chochli w specjalnej fontannie, znajdującej przed każdą świątynią.

Z takimi smoczymi bóstwami lepiej bowiem nie zadzierać.


Foki radzą:

  • RADA 54
    Święta już dawno się skończyły, więc prędko leć spalić w wielkim ognisku swoje świąteczne ozdoby. Tak mówi tradycja, a za rok będziesz mógł kupić nowe, bardziej modne.
  • RADA 55
    Nie śmiej się z imienia Takamasa.
  • RADA 56
    Nie pytaj wszystkich napotkanych Japończyków czy znają Adama Małysza. My już zapytaliśmy. Żaden Japończyk go nie zna.
Foki w kosmosach

Foki w kosmosach

Dzisiaj powrócimy wspomnieniami do wczesnego października, kiedy to wyczytaliśmy w przewodniku, że w Japonii jest to najlepsza pora na podziwianie kosmosów. Po szybkim ustaleniu, czemu kosmosów jest więcej niż jeden i zrozumieniu, po co w celu ich oglądania powinniśmy popłynąć na jakąś wyspę, zdecydowaliśmy się na krótki rejs na Nokonshimę.

Nokonshima jest wyspą,  na której znajduje się ogród botaniczny. Kiedy na wstępie za dwie wejściówki kazano nam zapłacić około 60 zł, trochę się zdziwiliśmy. Zwykle za wejście czy nawet nocleg w parku nie musieliśmy płacić ani grosza. Jednak, kiedy chwilę później naszym oczom ukazał się ogród rodem z Alicji w Krainie Czarów, pokornie uznaliśmy, że nie mamy nic przeciwko temu, że ktoś bierze od nas pieniądze, ale w zamian robi coś naprawdę ładnego.

Ogród ten znacznie różnił się od tych ogrodów botanicznych, które znamy z Polski. Przyzwyczajeni do tego, że na rośliny w ogrodach można patrzeć z daleka , ale w żadnym wypadku nie dotykać, byliśmy mile zaskoczeni tym, jak wiele oferuje Nokonshima Island Park. (Gdyby wiedzieli, że Foka Oskar uprawiał kiedyś kwiaty w szafie, pewnie by pozwolili na dużo mniej). Twórcy wręcz zachęcali nas do zbaczania z wytyczonych ścieżek i zagłębianie się w bogatą roślinność, w różnych ślicznych zaułkach ustawiając ławeczki i wieszając huśtawki, a chodzenie po trawniku, rozkładnie na nim kocyków i piknikowanie było jak najbardziej mile widziane – wiosną zapewne w szczególności na wzgórzu porośniętym drzewami wiśniowymi.

Pomiędzy roślinami znalazł się też element historyczny, czyli alejka pamięci, zbudowana w japońskim stylu, gdzie mogliśmy obejrzeć tak zabytkowe rzeczy jak pompę wodną, czy budkę telefoniczną. Chętni mogli też spróbować tam swoich sił w garncarstwie. W tym wszystkim nie zabrakło również miejsca na boisko do siatkówki, czy frisbee. Nie tylko my byliśmy zdziwieni zaistniałym stanem rzeczy.

Główny punkt , który zachęcił nas do wybrania się na Nokonshimę znajduje się jednak na samym końcu parku.  Po zaliczeniu po drodze wszystkich poprzednich atrakcji docieramy w końcu do ogromnego pola, na którym kwitną sezonowe kwiaty. W październiku są to właśnie kosmosy, lub jak kto woli różowe stokrotki onętki – śliczne kwiaty w różnych odcieniach różu i bieli.  Kosmosy pochodzą z Ameryki, jednak ich urok oraz łatwość uprawy sprawiły, że pokochał je cały świat i można je spotkać na każdym kontynencie. Jak się okazało również w Polsce, ale dla nas było to pierwsze spotkanie z tymi roślinkami, zachwytom, więc nie było końca.
(Tl;dr: na polu były kwiaty.)

Oczywiście żadnej frajdy nie byłoby, gdyby Japończycy po prostu zasiali wielkie pole kwiatów, żeby obserwować je z daleka. Dlatego cały teren poprzecinany jest różnymi ścieżkami i pomiędzy kwiatami można się przechadzać, dotykać je, wąchać (co nie ma sensu, bo nie pachną) i wręcz w nich zniknąć, bo w niektórych miejscach ich wysokość dochodzi do 2 metrów. Negatywnym skutkiem jest potykanie się o dzieci, które mają tam świetną sposobność do zabawy w chowanego. 

Japończycy to jednak zmyślne misie i nie będą cały rok czekali na październikowe kosmosy. Gdy zmienia się temperatura, wymieniają kwiatki i park swoją główna atrakcję – wielkie pole kwiatów – ma przez cały rok.  Dzięki temu wiosną możemy oglądać tam na przykład kwitnący rzepak, a latem słoneczniki. Oczywiście twórcy nie zapominają o wręczeniu wszystkim odwiedzającym kalendarza kwitnienia poszczególnych roślin, aby mieć pewność, że turyści wrócą w odpowiednim momencie.

Jak już dało się zauważyć wcześniej, Nokonshima to jednak nie tylko podziwianie kwiatów. Ogród mieści się na szczycie wyspy (na szczęście da się do niego dojechać autobusem, choć widzieliśmy też wyczynowców z rowerami), dzięki czemu rozlega się z niego niesamowity widok na morze i inne pobliskie wyspy. Nad polem kwiatów była całkiem spora polana, na której wielu Japończyków urządzało sobie pikniki, nie za bardzo przejmując się tym, że co chwila porywał im coś wiatr (jak nie wiadomo o co chodzi, to zbliża się tajfun). My też przesiedzieliśmy tam sporo czasu gapiąc się w morze wody, morze kwiatków i morze chmur i zajadając masę przywiezionego ze sobą jedzenia.

Tak jak we wszystkich miejscach, do których jeździmy, również na Nokonshimie nie mogło zabraknąć tego, co Foki lubią najbardziej – zwierzątek. Spotkaliśmy tu wyjątkowo natarczywe kozy, które liczyły na to, że każdy przechodzący da im coś do jedzenia.

Ich przekonanie nie było bezzasadne, bo obok ich zagrody stały automaty z jedzeniem. Jedno opakowanie koza pożarłaby w minutę, ale przy dobrej dystrybucji udało nam się zdobyć sympatię połowy zagrody.

Były też nie mniej żarłoczne, chociaż nieco bardziej przestraszone i nieśmiałe króliki.

Największym hitem okazała się jednak końcówka wycieczki, kiedy  trafiliśmy na pole do gry w Noko Noko Ball, czyli coś pomiędzy krykietem a golfem. Tak jak w golfie trafia się bowiem do dołków, ale tak jak w krykiecie używa się do tego wielkiego młotka i piłki trochę większej niż golfowa piłeczka.

Na wyspie dołków jest 9, a droga od kolejnych wiedzie pomiędzy uroczymi drzewkami, mostkami i płotkami. Nie zawsze było łatwo. Czasem piłeczkę wystarczyło zepchnąć w dół (choć niektórzy i tak mieli z tym problemy), ale były chwilę, kiedy wbrew zasadom grawitacji kulka musiała się wtaczać. Czasem i sto metrów. Bawiliśmy się świetnie, mimo tego, że mistrzami jeszcze nie jesteśmy (Foka Mela nie jest trochę bardziej niż Foka Oskar).

Rewanż na wiosnę, kiedy zaczną kwitnąć drzewa wiśni. Nie radzimy jednak zabierać na Nokonshimę psa. W Noko Noko Ball nie pozwalają grać zwierzętom i psy na wyspie wyglądają na nieźle znudzone.


Foki radzą:

  • RADA 42
    Wyprowadź się z Ito Campusu. Właśnie znaleziono tu 106 jadowitych pająków
    !!!
  • RADA 43
    Aby zostać sumokiem zawodnikiem sumo jedz codziennie 5 obiadów. Jeżeli chcesz tylko takiego zawodnika zobaczyć, kup bilet na zawody – będzie cię to kosztowało tylko od 2 do 15 dobrych obiadów.
  • RADA 44
    Wyjeżdżając w listopadzie z Kyoto zarezerwuj pokój w hotelu  na następny rok. Podobno wszyscy tak robią.