Browsed by
Tag: park

Na Nokonoshimę zawsze fajnie się wraca!

Na Nokonoshimę zawsze fajnie się wraca!

Nokonoshima to zdecydowanie jedno z moich ulubionych miejsc w Japonii. Leży obok Fukuoki z dala od najczęściej odwiedzanych japońskich miast –  jak Tokio czy Kioto, więc nie jest przepełniona turystami. Z drugiej jednak strony właściciele Ogrodu Botanicznego położonego na szczycie wyspy, starają się uczynić go atrakcyjnym na tyle, żeby ściągnąć lokalnych mieszkańców. I nieźle im to wychodzi, bo ogród jest naprawdę uroczy! Nie będę się o nim za bardzo rozpisywać, bo już kiedyś to robiłam – TU możecie poczytać o naszej pierwszej wizycie na Nokonoshimie, kiedy to można było podziwiać na niej kosmosy. Spodobało nam się wtedy na tyle, że postanowiliśmy pojechać tam jeszcze raz wiosną, kiedy odwiedziła nas siostra Oskara. Na głównym kwiatowym polu rósł wtedy żółciutki rzepak, który robił nieco gorsze wrażenie niż kosmosy, ale i tak był całkiem fajny. Liczyliśmy na to, że uda nam się zobaczyć na wyspie kwitnące wiśnie, ale niestety byliśmy tam o kilka dni za wcześnie. W dzisiejszym filmie możecie zobaczyć naszą trzecią wizytę na Nokonoshimie. Tym razem pojechaliśmy tam z naszymi japońskimi kolegami. To był nasz ostatni wspólny wypad, bo dwa dni później wsiedliśmy do samolotu i wróciliśmy do Polski. Niestety na głównym polu nie rosły żadne kwiaty – skończył się już sezon na letnie słoneczniki, a na jesienne kosmosy jeszcze nie zaczął. Główną atrakcją stały się więc zawody w Noko Noko Ball. Jeśli chcecie dowiedzieć się jak się w to gra i kto wygrał – obejrzyjcie dzisiejszy film. 🙂

Na końcu Japonii, czyli Ibusuki

Na końcu Japonii, czyli Ibusuki

Nasz niezwykle udany bustrip po północnej części Kyushu, który urządziliśmy sobie w czerwcu, skłonił nas do tego, aby pójść o krok dalej. Miesiąc później postanowiliśmy, więc wyruszyć do najbardziej wysuniętej na południe części naszej wyspy, czyli prefektury Kagoshima. Naszym głównym celem było zobaczenie znajdującego się tam wulkanu Sakurajima. Pierwszy dzień przywitał nas jednak deszczem i mgłą (Foka Oskar po przebudzeniu mruknął tylko „ale piękna pogoda” i zasnął dalej), co oznaczało, że Sakurajima jest właściwie niewidoczna. Musieliśmy więc wymyślić sobie inne atrakcje na ten dzień. I tak trafiliśmy do Ibusuki.

A trafić tam wcale nie było łatwo. Ibusuki leży nad samym oceanem na południu prefektury Kagoshima. Naszym pierwszym celem w tym regionie był ogród botaniczny – Flower Park Kagoshima. Z hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, musieliśmy jechać tam z kilkoma przesiadkami. Na szczęście w międzyczasie przestało padać, bo po wyjściu z ostatniego pociągu jeszcze 3 kilometry musieliśmy iść na piechotę.  Była to jednak miła wędrówka malutką drogą pośród pól, gdzie prawie w ogóle nie mijały nas żadne samochody. Kiedy dotarliśmy w końcu na miejsce, poczuliśmy się nieco zaniepokojeni, bo na dość dużym parkingu nie stał ani jeden samochód. W Japonii było akurat święto, a skoro w dzień wolny od pracy nikt tam nie przyjeżdża, to kiedy?

Na szczęście okazało się, że ogród jest otwarty, ale panie z obsługi wydawały się dość podekscytowane faktem, że wreszcie ktoś postanowił ich odwiedzić. I to w dodatku obcokrajowcy! Poza nami spotkaliśmy tego dnia w paru nie więcej niż 10 innych osób. Trochę trudno zrozumieć nam dlaczego (ok, to, że tak trudno tam dotrzeć może mieć w tym swoją zasługę), ponieważ ogród okazał się naprawdę piękny. Znajdowało się w nim kilka mniejszych ciekawych ogródków tematycznych, ale największe wrażenie robiła część z roślinami egzotycznymi. Ze względu na położenie, bliskość oceanu i takie tam rzeczy, które ogarnia się, jak się uważało na geografii, w miejscu tym panuje klimat tropikalny. Co oznacza, że wszystkie rośliny, które do tej pory widywaliśmy głównie w sztucznych warunkach w szklarniach, tutaj rosły sobie tak po prostu pod gołym niebem.

Kiedy beztrosko przechadzaliśmy się pod palmami w pewnym momencie usłyszeliśmy miauczenie. A chwilę po tym z krzaków wybiegł śliczny szary kotek. Jako, że kotki bardzo lubimy, poczęstowaliśmy go krewetką z jednej z naszych kanapek i od tej pory zyskaliśmy przyjaciela, który towarzyszył nam przez co najmniej połowę naszej wizyty w parku. Raz nawet, kiedy zniknęliśmy mu z pola widzenia, zaczął przeraźliwie miauczeć, ale kiedy po niego wróciliśmy poszedł za nami dalej i wszystko wróciło do normy.

Niestety zdradził nas z jakimiś Japończykami w tej części ogrodu, którą możecie zobaczyć poniżej. Być może dlatego, że skończyły nam się kanapki.

Gorący i wilgotny klimat, który nie sprzyja ładnemu wyglądowi włosów Foki Meli, sprzyja rozwojowi pięknych motyli, które do tej pory udało nam się spotkać w Japonii tylko w szklarniach, jak wyżej wymienione palmy. Tu latały sobie beztrosko po całym ogrodzie, choć miały też swój szklarniowy domek, w którym zapewne były najlepsze warunki do powiększania motylich rodzinek.

Cały ogród był naprawdę duży, a jak się okazało, my wcale nie dysponowaliśmy zbyt dużą ilością czasu, aby go obejrzeć. Pociąg, którym mieliśmy wrócić, przyjeżdżał raz na 2 albo 3 godziny (był to zresztą jedyny pociąg odjeżdżający z tej stacji). Spóźnienie nie wchodziło, więc w grę, a nie zapominajmy, że po wyjściu z ogrodu czekał nas jeszcze trzykilometrowy spacer. Wybawieniem okazała się możliwość wypożyczenia melexa (szkoda, że nie odkryliśmy jej już na samym początku naszej wizyty). Co prawda w regulaminie było napisane, że trzeba posiadać prawo jazdy, aby taki samochodzik móc wypożyczyć, a my japońskiego prawa jazdy nie posiadaliśmy, ale ostatecznie nikt nas o dokumenty nie zapytał. W szerszej perspektywie nie wiem, czy to dobrze.

Po kilku minutach udało nam się w końcu wyjechać z małego parkingu. Pomachaliśmy lekko zaniepokojonej pani z obsługi i popędziliśmy zwiedzać najdalsze zakątki ogrodu. Dzięki melexowi udało nam się na przykład dotrzeć do obserwatorium z pięknym widokiem na ocean.

Dotarliśmy też do ogrodu w stylu angielskim, który trochę im jednak nie wyszedł. Jak jednak wiadomo, nie od razu Londyn zbudowano i może jeszcze kiedyś nauczą się jak przycinać żywopłoty.

Kiedy wychodziliśmy z parku, pani z obsługi zapytała nas, jak dotrzemy na stację. Kiedy odpowiedzieliśmy, że pieszo, na jej twarz wymalował się wyraz zdziwienia. No bo 3 km? Na piechotę? Korzystając z tego, że chwilowo zaniemówiła, grzecznie się pożegnaliśmy i czym prędzej się ulotniliśmy. Trochę obawialiśmy się tego, że zechcą nas tam zaraz podwozić. Naród japoński jest zazwyczaj bardzo uczynny i jeśli może komuś pomóc – robi to. Często swoim kosztem. I tak na przykład, kiedy Japończyk zostanie zapytany przez kogoś o drogę, możliwe, że będzie ją długo tłumaczył, mimo tego, że na przykład właśnie spóźnia się na autobus. Kiedy tylko mogliśmy, staraliśmy się więc, nie nadużywać uprzejmości Japończyków. Tego dnia chcieliśmy zobaczyć jeszcze położone niedaleko pokaźnych rozmiarów Jezioro Ikeda, ale ze względu na słabe połączenie komunikacyjne i brak czasu, musieliśmy z tego zrezygnować. Wsiedliśmy więc w pociąg (na szczęście zdążyliśmy!) i pojechaliśmy do miasteczka Ibusuki, aby dać zakopać się w piachu.

Jak już dobrze wiecie, Japonia słynie z onsenów, czyli gorących źródeł. A niektóre z nich znajdują się na plaży. Co więc oznacza, że aby zaznać zbawiennego działania i wpływu źródła na organizm, trzeba zakopać się w piasku. Jedno z takich miejsc znajduje się właśnie w Ibusuki. Zazwyczaj zakopywanie odbywa się niemal przy samej linii oceanu, tak, że, kiedy zrelaksowani leżymy sobie przysypani piachem, mamy możliwość popatrzenia sobie na fale. Ponieważ jednak znowu zaczął padać deszcz, cała impreza odbywała się pod daszkiem ustawionym na plaży, skąd fal widać nie było. Ale jak dobrze się przyjrzycie to zobaczycie panów z łopatami.

Po zakupieniu biletu dostaliśmy yukaty, w które musieliśmy się przebrać. W nich wychodziliśmy na plażę, gdzie kazano nam się położyć, a potem całkiem konkretnie przysypano nas piaskiem. Nie polecamy osobom, których dręczą koszmary o pogrzebaniu żywcem. W piachu powinniśmy leżeć około 10 minut. Uczucie leżenia pod takim piaskiem jest dość dziwne, przez cały czas czuliśmy, jak wszystko w naszych organizmach pulsowało. Jednak mimo tego, że broszurki reklamowe zapewniały nas o drastycznej poprawie stanu zdrowia po zaznaniu przysypania piachem, nic takiego nie poczuliśmy. Nie mniej uważamy to doświadczenie za całkiem interesujące. Po prysznicu można było też skorzystać ze znajdującego się obok zwykłego onsenu, co też uczyniliśmy i tym relaksacyjnym akcentem zakończyliśmy naszą wycieczkę. Wracając do hotelu po głowie krążyły nam myśli pełne nadziei, na to, że jutrzejszy dzień będzie dla nas bardziej łaskawy i uda nam się zobaczyć Sakurajimę. Nie był. Ale o tym innym razem.

Hiroszima – 70 lat później

Hiroszima – 70 lat później

Siedzimy w parku. Słońce zachodzi, odbijając się w szybach wysokich budynków. Park jest bardzo zadbany, ma równo przystrzyżone żywopłoty i drzewka. Jego alejkami przebiegają grupki dzieci w mundurkach. Sporo tu wycieczek szkolnych. Uśmiechamy się pod nosem, widząc młodą Japonkę, spacerującą beztrosko z szopem na smyczy. W tle słychać delikatny szum rzeki. Tak zapamiętamy Park Pokoju. Miejsce, na które dokładnie 70 lat temu zrzucono pierwszą bombę atomową.

Wszyscy, którzy zwiedzają Hiroszimę, udają się do Muzeum Pokoju. My też. A w muzeum – zdjęcia, filmy i pamiątki ofiar z 1945 roku. Smutną historię można wyczytać ze zgromadzonych tu pozostałości po eksplozji. Takich jak żelazne okiennice powyginane przez ogromną siłę wybuchu, białą ścianę ze śladami ciemnych kropli po zabójczym czarnym deszczu,  czy kamienne schody z wyraźnie zaznaczonym miejscem, w którym wtedy ktoś siedział – reszta została wybielona przez blask kuli ognia. Swoimi wspomnieniami dzielą się też ci, którzy ten horror przeżyli – w muzeum można obejrzeć ich rysunki i przeczytać przejmujące historie. O tym, kto zaczął wojnę, nie wspominają.

Poranek 6 sierpnia 1945 był ciepły i słoneczny. Tego dnia samoloty z ładunkami atomowymi poleciały nad kilka miast, ale to w Hiroszimie była najładniejsza pogoda. A to pozwalało na bardziej precyzyjne zrzucenie bomby i zwiększenie strat. Nie było alarmu bombowego. Wszystko wydarzyło się na tyle szybko, że nikt nie zdążył go ogłosić. Ponad 300 tysięcy osób, które tego dnia przebywało w Hiroszimie, było w trakcie swoich zwykłych porannych czynności. 70 tysięcy z nich zginęło niemal natychmiast. W miejscu wybuchu utworzyła się ogromna kula ognia, której temperatura sięgała miliona stopni Celsjusza. Najpierw przez miasto przetoczyła się fala gorąca. Ludzie, którzy znajdowali się najbliżej epicentrum po prostu się topili, inni płonęli żywcem. Chwilę potem nastąpiła fala uderzeniowa, która równała z ziemią budynki, grzebiąc w nich ich mieszkańców. Zabójcze okazało się też coś, czego dotychczas używana broń nie znała – promieniowanie jonizujące.

Ludzie znajdujący się najbliżej epicentrum, umierali wskutek napromieniowania bardzo szybko. Im dalej, tym promieniowanie było słabsze, ale zazwyczaj i tak powodowało w organizmach nieodwracalne skutki. Ludzie, którzy wcześniej nie słyszeli o promieniowaniu, nie rozumieli, dlaczego nagle zaczynają im wypadać włosy, krwawią dziąsła, skąd gorączka, wymioty i dziwne plamy na skórze. Dla wielu osób niezwykle zdradliwy okazał się deszcz pełny radioaktywnego pyłu, który spadł na Hiroszimę niedługo po eksplozji. Poparzeni ludzie z radością chłonęli tę skażoną wodę. Do końca 1945 roku liczba ofiar wzrosła do 140 tysięcy. U wielu osób skutki promieniowania ujawniały się jednak dopiero po wielu latach – najczęściej w postaci nowotworu. Oszacowanie tego, ile osób umarło do dzisiaj w związku z wybuchem bomby, jest właściwie niemożliwe.

Tych którzy przeżyli nazywa się Hibakusha – z japońskiego „ludzie dotknięci eksplozją”. Osoby posiadające ten status mogą otrzymywać specjalny zasiłek od rządu. W zeszłym roku ze statusem Hibakusha żyło w Japonii około 190 tysięcy. Wszyscy, którzy dożyli do dzisiejszych czasów są już staruszkami. Duża część z nich wciąż ma jednak potrzebę, aby o tym opowiadać. Wielu z nich pracuje jako „pokojowi przewodnicy” i oprowadza turystów po Hiroszimie i Nagasaki, dzieląc się swoimi wspomnieniami. Inni grają w przedstawieniach organizowanych głównie dla dzieci, w których wcielają się w samych siebie lub swoich kolegów sprzed lat i codziennie od nowa przeżywają dramat. Hibakusha przywykli do życia w atmosferze strachu. Ocalali bali się tego, że w każdej chwili może nadejść choroba popromienna. Z kolei japońskie społeczeństwo bało się ocalałych. Początkowo wiedza o promieniotwórczości była bardzo niewielka. Wiele osób nie chciało mieć nawet najmniejszego kontaktu z ludźmi z Hiroszimy, lękając się o to, że może sami zarażą się chorobą popromienną. Ludzie z Hiroszimy nierzadko mieli więc problemy ze znalezieniem pracy, mieszkania, nie wspominając już o mężu czy żonie.

W Parku Pokoju wiele rzeczy przypomina o ofiarach bomby atomowej – między innymi Dziecięcy Pomnik Pokoju. Powstał on, aby uczcić pamięć Sadako Sasaki. Dziewczynka przeżyła wybuch, jednak kilka lat później zachorowała na białaczkę. W Japonii istnieje legenda, że każdy kto złoży 1000 żurawi origami będzie miał do dyspozycji jedno marzenie, które spełnią bogowie. Największym marzeniem Sadako było to, żeby wyzdrowieć.  Mimo tego, że dziewczynce udało się złożyć 1000 ptaków choroba i tak okazała się silniejsza. Do dziś pod  jej pomnik ludzie przynoszą setki kolorowych żurawi origami, aby złożyć hołd Sadako, a także wielu innym dzieciom, które spotkał podobny los. Sam żuraw stał się zaś symbolem pokoju.

Po wybuchu miasto zostało dość szybko odbudowane. Dziś jedyną pozostałością jest kopuła bomby atomowej, czyli dawna sala wystawowa znajdująca się bezpośrednio pod miejscem, w którym nastąpiła eksplozja. Poważnie uszkodzona struktura nie została odbudowana i do dziś przypomina o niszczycielskiej mocy broni jądrowej.

Dziś Hiroszima jest miastem, które mocno angażuje się w szerzenie idei pokoju i rozbrojenia nuklearnego. W Parku Pokoju płonie znicz, który ma zostać zgaszony dopiero w momencie, kiedy przestanie być realne zagrożenie kolejnego użycia broni jądrowej, czyli wtedy kiedy całą broń atomowa na świecie zostanie zniszczona.

Na całym świecie Hiroszima kojarzona jest głównie z tragedią sprzed 70 lat. Nie sposób o tym nie pamiętać i pamiętać o tym trzeba. Jednak Park Pokoju to tylko część miasta. Nasz japoński kolega poradził nam zobaczyć Park Pokoju na samym końcu naszej wycieczki, żebyśmy najpierw polubili miasto. Miasto z jednym z najpiękniejszych japońskich ogrodów, jakie do tej pory widzieliśmy – Shukkeien. Z jedną z najbardziej klimatycznych świątyń w Japonii – Mitaki. I przepysznym jedzeniem – okonomiyakami po hiroshimsku, które zjedliśmy tam na walentynkową kolację. Z pobliską Miyajimą i pływającą bramą torii, jednym z trzech najbardziej malowniczych miejsc w Japonii. No i z tym nieszczęsnym szopem, którego pewnie już zawsze będziemy mieć przed oczami, myśląc o Hiroshimie.

5 ulubionych miejsc w Japonii

5 ulubionych miejsc w Japonii

Poniższy wpis powstał w ramach majowego projektu Klubu Polki na Obczyźnie.

***

Japonia jest krajem totalnie odmiennym kulturowo od tego, do czego przyzwyczaiła nas Europa. Będąc kimś „z zewnątrz” nie trudno oniemieć na widok wielu azjatyckich rzeczy i miejsc. Z czasem jednak człowiek się przyzwyczaja i zapomina, jak niezwykłe to wszystko było na początku. Dlatego bardzo się cieszę, że dzięki majowemu projektowi Klubu Polki na Obczyźnie mogłam przejść od nowa przez wiele miejsc i na nowo się nimi zachwycić. I mieć nie lada wyzwanie – no bo jak z tego wszystkiego wybrać tylko 5 ulubionych? Najpierw planowałam to jakoś pogrupować. Może wszystko z jednego miasta? Regionu? Może jakoś tematycznie? Nie do końca mi się to udało, a właściwie nie udało się wcale – każdy punkt na mojej liście to zupełnie inne miasto. Na liście znalazły się miejsca, które najmilej wspominam, najlepiej się w nich czułam i najchętniej bym do nich wróciła. Są tu punkty bardzo znane, ale też te bardziej lokalne, do których zagraniczni turyści nie często docierają. Tyle wstępu – zapraszam na moje japońskie TOP 5.

1. Świątynia Fushimi Inari w Kioto

Klasyk. Większość osób wybierających się do Kioto raczej nie ominie tego miejsca, mimo tego, że leży nieco na uboczu. I słusznie.

Świątynia Fushimi Inari słynie przede wszystkim z „drogi tysiąca torii”, którą znajdziemy na szlaku za głównym kompleksem świątynnym. Bramy Torii w kulcie shinto symbolizują przejście ze świata ziemskiego do świata bogów, więc stawia się je tam, gdzie podobno można spotkać bóstwa. „Droga tysiąca torii” to tak właściwie tylko mały fragment kilkukilometrowego szlaku, więc trudno powiedzieć, ile bram naprawdę znajduje się w całym przybytku. Szlak biegnie przez las na zboczu dość stromej góry, a wspinając się na szczyt, poza niezliczoną ilością bram torii mija się niewielkie kamienne kapliczki i figurki lisów. Uważane są one za wysłanników bóstwa Inari, któremu poświęcona jest ta świątynia. Na należy spodziewać się niczego spektakularnego na szczycie góry, ale po drodze można obserwować bardzo ładną panoramę Kioto. W przeciwieństwie do większości świątyń w Kioto, ta nie jest zamykana na noc, więc można spróbować przejść szlak również po zmroku, jak ja za pierwszym razem. Nie polecam jednak w pojedynkę.

2. Park w Narze

Nara słynie ze świątyni, w której znajduje się ogromny 15-metrowy posąg Buddy. Jest to największa figura z brązu na świecie. A świątynia ta leży w ogromnym parku, po którym beztrosko biegają… sarenki.

Park ma ponad 600 hektarów powierzchni. Bardzo przyjemnie jest tam pospacerować, szczególnie jesienią, kiedy liście zmieniają swój kolor. Można też spędzać czas aktywnie – ogromna przestrzeń zachęca do biegania czy grania w piłkę. Chętnie korzystały z tego między innymi rodziny z dziećmi, których w parku było dosyć dużo.  A można też, tak jak ja, poleżeć na trawniku i czekać na sarenki, które zwabione specjalnymi ryżowymi krakersami, co chwilę pojawiały się przy moim boku. W parku mieszkają setki saren i większość z nich jest przyjazna. Choć znajdziemy tam sporo ostrzeżeń przed tym, żeby za bardzo nie spoufalać się z tymi zwierzakami, to w porównaniu z żarłocznymi sarnami z Mijajimy, o których kiedyś pisałam, te były uosobieniem łagodności. W Narze spędziłam tylko kilka godzin, ale wizyta ta choć krótka, była bardzo relaksująca.

3. Świątynia Mitaki w Hiroshimie

Kolejna świątynia w środku lasu. W Mitaki jednak w odróżnieniu od większości miejsc w Kioto, prawie w ogóle nie było turystów. A także mieszkańców, czym właściwie byłam nieco zaniepokojona, kiedy szukałam tej świątyni na obrzeżach Hiroshimy, podążając pustą drogą pomiędzy cmentarzami.

Ostatecznie jednak nic strasznego się nie wydarzyło, a po wizycie w świątyni Mitaki z całą pewnością mogę przyznać, że to jedno z najbardziej klimatycznych miejsc w całej Japonii. Świątynia położona jest na zboczu góry porośniętej gęstym lasem. Ja byłam tam w lutym, więc las wyglądał dość mrocznie, ale podobno latem jest tam niesamowicie zielono. Przez całą drogę do świątyni towarzyszą nam buddyjskie figurki. Mniejsze, większe, ustawiane przez wieki bez większego ładu i składu. Niektóre są wyrzeźbione w skałach, inne chowają się za drzewami. Co chwilę słychać też chlupot wody, z trzech niewielkich wodospadów powolnie spływających po zboczach góry. Sama świątynia jest bardzo mała i nie ma w niej nic niezwykłego, ale jej otoczenie sprzyja medytacji. Za świątynią wiedzie dalszy szlak przez las na szczyt góry Mitaki, gdzie można podziwiać przyrodę, ale droga ta była zupełnie pusta, a przed wejściem wisiały ostrzeżenia przed dzikami, więc tę wycieczkę sobie odpuściłam.

4. Ulica Dotonbori w Osace

Cała Osaka to miasto, w którym bardzo dobrze się czułam. A jako jej reprezentatywną część wybrałam ulicę Dotonbori – miejsce, gdzie w mieście są najlepsze imprezy!

Dotonbori znajduje się w rozrywkowej dzielnicy – Nambie. Słynie między innymi z ogromnych, migających z daleka neonów. Przez niektórych jest ona nawet określana japońskim „Times Square”, ale znam też osoby sceptyczne, co do tego stwierdzenia. Nie wiem, czy to miejsce kiedyś zasypia, ale zawsze kiedy tam byłam, było głośno, tłoczno i kolorowo. Wejścia do restauracji czy klubów ozdobione są wielkimi mechanicznymi instalacjami na przykład krabów czy ośmiornic, zachęcających do spróbowania ich w środku. I zdecydowanie warto spróbować tam regionalnej kuchni – znanej najbardziej z okonomiyaków czy takoyaków. Dotonbori to oczywiście też nieskończone ilości barów i pubów, a także ulubionych przybytków Japończyków – domów karaoke. Do każdego z tych miejsc wypada zajrzeć – najlepiej w wymienionej kolejności.

5. Wyspa Nokonshima koło Fukuoki

Bardzo lokalne miejsce. Ogród botaniczny na wyspie, w którym trudno zdecydować, czy znaleźliśmy się w świecie rodem z „Tajemniczego ogrodu” czy „Alicji w krainie czarów”.

Główną atrakcją parku jest ogromne pole, na którym kwitną sezonowe kwiaty – wiosną rzepak, latem słoneczniki, a jesienią różowe kosmosy. Pomiędzy kwiatami wytyczone są ścieżki, co chętnie wykorzystują dzieci do zabawy w chowanego. Ogród mieści się na szczycie wyspy, skąd poza kwiatami możemy też obserwować morze i pobliskie wysepki. Oczywiście poza głównym polem z jednym rodzajem kwiatów w całym ogrodzie znajdziemy ogromną ilość innych kolorowych kwiatków, ciekawie poprzycinanych drzewek, a wiosną także kwitnące wiśnie. Ale poza oglądaniem roślin w tym parku po prostu chce się spędzać czas. Zachęcają do tego polany, na których przyjemnie piknikować, huśtawki, na których aż chce się pohuśtać, czy boiska, gdzie można pograć w piłkę. Znajdziemy tam też zwierzątka – kozy i króliki, które można karmić i głaskać. Moim ulubionym miejsce jest natomiast pole do gry w Noko Noko Ball – skrzyżowania krykieta i golfa. Pole ma 9 dołków, do których trzeba trafić, a ich otoczenie wygląda prześlicznie. No i zabawa jest przednia. Jak na razie byłam na Nokonshimie dwa razy – widziałam kosmosy i rzepak. I już nie mogę doczekać się sierpnia, kiedy pojadę oglądać słoneczniki.

Po sporządzeniu mojej listy ze zdziwieniem zauważyłam, że nie znalazło się na niej nic z Tokio. Może więc jednak faktycznie stolice bywają trochę przereklamowane?

***

Ten projekt jest dedykowany Stowarzyszeniu Piękne Anioły.

Jeżeli spodobał Ci się mój post, możesz wesprzeć Fundację dowolną kwotą. Więcej informacji na blogu Klubu Polki na Obczyźnie.
O hanami, czyli dlaczego Japonia to Kraj Kwitnącej Wiśni?

O hanami, czyli dlaczego Japonia to Kraj Kwitnącej Wiśni?

Nadszedł moment wyczekiwany tu z utęsknieniem przez cały rok. Okres, kiedy wszyscy Japończycy odrywają się od swoich obowiązków i idą do parku, a obcokrajowcy są w stanie wydać fortunę na bilety lotnicze, aby w tym czasie się tu znaleźć. Pewnie dlatego, że to czas, w którym cały świat maluje się w dużo bardziej różowych barwach. W Kraju Kwitnącej Wiśni zakwitły wiśnie!

Na magię tego okresu wpływa między innymi fakt, że nigdy tak naprawdę do końca nie wiadomo, kiedy się rozpocznie. Najważniejszym czynnikiem, który o tym decyduje jest pogoda. Ogólna zasada to – im cieplej, tym szybciej. Co roku jeszcze na długo przed rozpoczęciem kwitnienia ludzie zaczynają śledzić specjalne wiśniowe prognozy pogody i wedle ich przewidywań planują swój urlop. Ale biorąc pod uwagę fakt jaką sprawdzalnością charakteryzują się prognozy długoterminowe, niczego nie można być pewnym. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że okres kwitnienia trwa dosyć krótko. Jego pełnia przypada zwykle tydzień po rozwinięciu się pierwszych płatków, a po kolejnym tygodniu kwiaty przekwitają. A jeśli niefortunnie w tym czasie trafi się silniejszy deszcz czy wiatr, okres ten może trwać jeszcze krócej. Jak widać nie jest więc łatwo wstrzelić się w odpowiedni moment, jeśli podróż do Japonii planuje się z pewnym wyprzedzeniem.

Pierwsze wiśnie zaczynają kwitnąć już w… styczniu. Ale tylko na najbardziej wysuniętej na południe Okinawie, gdzie panuje klimat subtropikalny. Na Kyushu (czyli wyspie, na której mieszkamy) drzewa rozkwitają pod koniec marca, a następnie wiśniowy front przemieszcza się powoli na północ. W stolicy pełny rozkwit wypada zazwyczaj na początku kwietnia, ale mieszkańcy północnej wyspy Hokkaido będą mogli cieszyć się nimi dopiero w maju. Oczywiście nie wszystkie drzewa w danym mieście zaczynają kwitnąć jednocześnie. W związku z tym w największych miastach wybierane jest jedno reprezentatywne drzewo, na podstawie którego definiuje się datę rozpoczęcia kwitnienia w całym mieście. Początek kwitnienia ogłasza się w momencie, gdy na drzewie pojawi się co najmniej 5 kwiatów. Najładniej jest kiedy wiele drzew zakwitnie w pełni, ale czasami i jedno drzewo wystarcza w zupełności…

Sakura, czyli z japońskiego kwiat wiśni, to jeden z najważniejszych japońskich symboli kulturowych. Kwiaty wiśni umieszczane są często na przedmiotach codziennego użytku – kimonach, papeterii czy talerzach. Gejsze bardzo często noszą ozdoby z motywem kwitnącej wiśni wpięte we włosy. Istnieje niezliczona ilość japońskich wierszy traktujących o pięknie tych kwiatów. Sakura to także popularne w Japonii imię żeńskie. Delikatne wiśniowe kwiaty postrzegane są tu jako metafora życia – piękne, ale bardzo krótkotrwałe i ulotne. Uznawanie życia jako coś tymczasowego jest w Japonii bardzo popularne, co w sumie nie dziwi biorąc pod uwagę, że na tutejszych wyspach codziennie trzęsie się ziemia, a raz na jakiś czas wybucha wulkan. Kwitnące wiśnie miały też swoje szczególne miejsce podczas II wojny światowej. Japońscy piloci malowali je na swoich samolotach przed podjęciem samobójczej misji. Z kolei rząd propagował wiarę w to, że dusze poległych wojowników odrodzą się w kwiatach.


Wiśnie w Japonii sadzi się niemal wszędzie. Najwięcej oczywiście w parkach, gdzie czasem jest ich nawet po kilka tysięcy. Pojedyncze drzewka można znaleźć też jednak w zupełnie przypadkowych miejscach. W okresie kwitnienia tłumy ludzi zapełniają parki, aby pod kwitnącym drzewem urządzić sobie piknik. Oglądanie kwitnących wiśni ma swoją nazwę – jest to hanami. W najbardziej popularnych miejscach swoje miejsce na hanami trzeba rezerwować nawet na kilka dni przed (tak, mówimy o rozłożeniu kawałka płachty na ziemi). W Fukuoce było kilka obszarów ze szczególnie spektakularnym widokiem, za wstęp do których trzeba było zapłacić. Kiedy już mamy swoje miejsce na hanami, można zaczynać party. Takie imprezy często trwają do późnych godzin nocnych (drzewa po zmroku są podświetlane), a podobno czasem urządza się pod nimi nawet karaoke.

Przy najpopularniejszych parkach hanami przybiera formę festiwalu. Rozstawiane są tam stragany z jedzeniem, na których można kupić tradycyjne japońskie smakołyki, wiele potraw kuchni zachodniej, a także różne dziwactwa typu banany na patyku w czekoladzie i kolorowej posypce pod patronatem Hello Kitty i Kubusia Puchatka. Nie może też zabraknąć alkoholu – na hanami piwo i sake zwykle leją się strumieniami. Są i tacy, dla których jedzenie stoi w hierarchii wyżej niż jakieś tam sakury i większość czasu spędzają przy straganach. Doczekali się oni nawet swojego przysłowia „lepsze dango niż kwiaty”.

W przysmaki można zaopatrzyć się też w okolicznych sklepach. Niemal we wszystkich jeszcze na długo przed rozpoczęciem kwitnienia można znaleźć sakurowe smakołyki. Nie są one jednak o smaku wiśniowym, ale z dodatkiem wiśniowych płatków. Także standardowe produkty jak piwo, aby lepiej pasowały na piknik, można w tym czasie kupić w specjalnych różowych opakowaniach.

Zwyczaj hanami istnieje w Japonii od kilkunastu wieków. Jako pierwsi hanami urządzali cesarzowie, którzy w swojej cesarskiej siedzibie w Kioto wydawali przyjęcia, które łączyły w sobie oglądanie kwiatów i picie sake. Hanami łączy się też z obrzędem otwierającym porę sadzenia ryżu. Podczas niego składało się ofiary u korzeni wiśniowego drzewa, po czym następowało przyjęcie. Ludzie wierzyli, że kiedy pojawiają się kwiaty, w drzewo wstępuje bóstwo zwiastujące rozpoczęcie sadzenie ryżu. Bóstwo miało też zapewnić urodzaj i zachować uprawy od klęsk żywiołowych.

W Japonii istnieje ponad 100 gatunków drzew wiśni. Różnią się one między innymi kolorem płatków. Najbardziej popularne są jasno różowe i białe, nie trudno zobaczyć też ciemno różowe, ale można tu znaleźć też kwiaty żółte a nawet zielone. Niektóre gatunki potrafią nawet zmieniać kolor w trakcie kwitnienia. Tym najczęściej spotykanym rodzajem jest Somei Yoshino. Jego kwiaty są białe, lekko zabarwione bladym różem. Kwiaty rozwijają się zwykle jeszcze zanim rozwiną się liście, dlatego drzewa wydają się niemal całkowicie białe.

Na koniec odpowiedź na nasuwające się po tym wiśniowym szaleństwie pytanie: co Japończycy robią później z taką ilością owoców wiśni? Nie, nie są największą potęgą, jeśli chodzi produkcję wiśniowego dżemu. Tutejsze drzewa wiśniowe nie dają bowiem żadnych owoców.


Foki radzą:

  • RADA 64
    Na sakurową kawę ze starbucksa wybierz się w lutym. Japończycy, jak wszystkim, ekscytują się sakurami dużo wcześniej i kiedy wiśnie zakwitną, kawa jest już wyprzedana.
  • RADA 65
    Nie staraj się „wstrzelić” z przyjazdem na początek kwitnienia. Drzewa wyglądają najlepiej podczas pełnego rozkwitu, czyli tydzień później.
  • RADA 66
    Uzbrój się w cierpliwość jeżeli chcesz zrobić selfie z najpiękniejszym drzewem w parku – przy tych najpopularniejszych zazwyczaj ustawiają się niemałe kolejki, a zanim przyjdzie pora na ciebie, może się już ściemnić.