Browsed by
Tag: samolot

Jak (nie)podróżować po Japonii? [FILM]

Jak (nie)podróżować po Japonii? [FILM]

Wszystko co dobre kiedyś się kończy, więc skończyły się i wakacje w Hakone. Jakoś trzeba było wrócić do Fukuoki. Jako, że nasze wizy nie pozwalały nam na zakup JR Passów, podróż Shinkansenem była dla nas zupełnie nie opłacalna, dlatego musieliśmy trochę pokombinować. I tak powstał film drogi, w którym podczas 10 godzin przemieszczamy się ośmioma środkami lokomocji. Nie róbcie tego w domu. Niektóre nasze rady mogą Wam jednak pomóc przy planowaniu podróży po Japonii, więc mamy nadzieję, że film Wam się spodoba. Zapraszamy!

O Osace, zamkach i ruchu prawostronnym

O Osace, zamkach i ruchu prawostronnym

Osaka nie była naszym wymarzonym miejscem na urlop. Obowiązkowe 3 dni letnich wakacji na uniwersytecie trzeba jednak wykorzystać pomiędzy lipcem i wrześniem. Nam został już na nie tylko wrzesień, co uniemożliwiło nam wyjazd na japońskie Hawaje, czyli Okinawę, ze względu na szalejące tam zazwyczaj w tym miesiącu bardzo silne tajfuny. Nie chcieliśmy też teraz jechać do pełnego tradycyjnych świątyń Kioto, ponieważ jego rodzimy mieszkaniec definitywnie polecił oglądać je w listopadzie, kiedy to wygląda najpiękniej pośród czerwonych, jesiennych liści. Z braku lepszej alternatywy i chęci odwiedzenia tamtejszego parku rozrywki, postanowiliśmy, więc jednak dać Osace szansę.

Anegdotki o tym, że jeśli kiedyś wybierzemy się do Osaki to poczujemy się, jakbyśmy byli w zupełnie innym kraju usłyszeliśmy już pierwszego dnia w Japonii. Poza dużą ilością obcokrajowców i całkiem niezłym poziomem znajomości angielskiego Osakę od innych japońskich miast odróżnia bowiem sposób poruszania się. Co prawda na ulicach tak, jak w całym kraju odbywa się ruch lewostronny, ale już na chodnikach, czy ruchomych schodach (a te jak na zdjęciu poniżej zdarzają się bardzo okazałe) na modłę europejską powinniśmy poruszać się po prawej stronie, o czym w wielu miejscach informują specjalne tabliczki.

Być może przyczyny trzeba szukać podczas II wojny światowej, kiedy Osaka była jednym z najważniejszych celów amerykańskich nalotów bombowych, a w ich wyniku straciła niemal wszystkie zabytki i legła w gruzach. Mieszkańcy odbudowali swoje miasto według nowych, bardziej nowoczesnych planów urbanistycznych. Osaka stała się też bardziej otwarta na zachód (który ją zbombardował), a odbywająca się w jej okolicach w latach ’70 pierwsza azjatycka wystawa Expo, rozsławiła Osakę na całym świecie, jako bardzo atrakcyjne miejsce do zakładania zagranicznych filii korporacji.

W pierwszej kolejności wybraliśmy się zobaczyć Osaka Castle – jeden z najbardziej znanych zamków Japonii (tylko dlatego, że Hogwart pojawił się tu dopiero 2 miesiące temu). Wybudowano go w XVI i oczywiście zburzono podczas wojny. Po wojnie wybudowano jego wierną kopię. Niestety tylko z zewnątrz. W środku nikomu nie chciało się odtwarzać oryginalnych komnat i zrobiono tam muzeum. Na szczęście zamek otoczony jest przez bardzo duży, ładny park, po którym można się powłóczyć, więc nie musieliśmy wchodzić do muzeum, żeby wycieczka trwała dłużej niż 10 minut (no bo ile można patrzeć na zamek?).

Kamienny mur otaczający zamek ma 12 kilometrów długości i jest tym samym najdłuższym murem w Japonii. Na szczęście sprawdziliśmy tę informację wcześniej i nie próbowaliśmy go okrążać, tak jak wtedy, gdy Foka Mela nieświadomie urządziła sobie kilkukilometrowy spacer w poszukiwaniu ławki, na której można zjeść drugie śniadanie koło pałacu cesarskiego w Tokio.

Mur jest też ulubionym miejscem do przemyśleń obecnego króla Japonii:

(Wyjaśniamy: to nie jest obecny król Japonii. Może zdjęcie tego nie oddaje, ale ptak był na prawdę wielki i kręcił się koło nas długo, mając chętkę na nasze kanapki. Kanapek nie zdobył, więc chociaż na miejsce na blogu zasłużył.)

Ponieważ większość miejsc, które chcieliśmy zobaczyć w Osace, wymagała poświęcenia niemal całego dnia, nie mieliśmy zbyt wiele czasu i siły na to, żeby po prostu powłóczyć się po mieście. Nie odpuściliśmy jednak wieczornego wypadu do Namby, znanej jako dzielnica rozrywki.  Niestety nasz aparat nie wytrzymał całego dnia zwiedzania i baterie wysiadły mu szybciej niż nam, dlatego zdjęć z tamtych okolic mamy niewiele.

Naszym celem w Nambie była ulica Dotonbori, gdzie wejścia do restauracji, czy klubów ozdobione są wielkimi mechanicznymi instalacjami, a w wielu miejscach znajdują się olbrzymie telebimy i bilbordy. Przez niektórych jest ona nawet określana japońskim „Times Square”, co do czego Foka Oskar był nieco sceptyczny, ale Foka Mela niezbyt obyta z Nowym Jorkiem, czuła się usatysfakcjonowana. Poniżej krótki filmik pełen emocji i niesamowitych zwrotów akcji. W roli głównej krab, zapraszający do spróbowania go w krabowej restauracji.

W Nambie możemy znaleźć też neon, który można chyba uznać za symbol Osaki. Przedstawia on tzw. Glicomana – gigantycznych rozmiarów biegacza na niebieskim tle. Biegacz pojawił się tu już w latach ’40  jako reklama cukierków marki Glico. Od tamtej pory kilkakrotnie był zmieniany (na przykład podczas MŚ w piłce nożnej), nigdy nie zniknął jednak na dobre. Poniżej zdjęcie miniatury neonu,  do której po fotkę trzeba ustawić się w kolejce.

W Dotonbori udaliśmy się do restauracji, żeby spróbować lokalnej, tradycyjnej kuchni, jaką jest bardzo popularne okonomiyaki, na które skusił się Foka Oskar. Okonomiyaki, którego nazwa w dosłownym tłumaczeniu znaczy „smażysz, co chcesz” to coś pomiędzy naleśnikiem a omletem z masą dowolnych dodatków. U nas były były to między innymi krewetki czy makaron (tak, makaron na omlecie). Całość polana jest jakimś sosem oraz majonezem i posypana wiórkami suszonego tuńczyka, które początkowo sprawiają dość dziwne wrażenie – pod wpływem ciepła sprawiają wrażenie, jakby „tańczyły”, co oznacza, że dostaje się talerz z ruszającym się jedzeniem. Jakość zdjęcia pozostawia wiele do życzenia, przepraszamy.

To co w Osace z pewnością zasługuję na uwagę to również lotnisko Kansai. Kansai jest ogromnym międzynarodowym portem lotniczym wybudowanym na specjalnie do tego celu stworzonej sztucznej wyspie na morzu.  Byliśmy już na nim wcześniej (właśnie tam po raz pierwszy lądowaliśmy w Japonii, żeby przesiąść się na samolot bezpośrednio do Fukuoki), jednak teraz po raz pierwszy mieliśmy okazję przejechać się pociągiem po prawie 4-kilometrowym moście zbudowanym nad morzem, łączącym sztuczną wyspę lotniska z lądem. Widoki były przednie, polecamy.

Nasz wyjazd do Osaki nie trwał zbyt długo, jednak 4 dni wystarczyły, żebyśmy bardzo polubili to miasto. Jeśli w przyszłości zdarzy nam się jeszcze przyjechać do Japonii na dłużej, możecie nas szukać pod domeną rakizosaki.pl.


Foki radzą:

  • RADA 33
    Pieniądze do Polski lepiej wyślij ze sobą samolotem. Za przelew trzeba zapłacić 200 złotych.
  • RADA 34
    Jeżeli chcesz wyjść ze stacji, nie wiedząc, gdzie jest wyjście, idź za tłumem. Chyba, że tłum składa się z samych kobiet – wtedy możesz skończyć ostro hamując przed damską toaletą (true story).
  • RADA 35
    Jeżeli zauważasz jakiekolwiek anomalię w pogodzie to przyczyna może być tylko jedna – jak mawiają najstarsi samurajowie, „nadchodzi tajfun”.
Podróże małe i duże

Podróże małe i duże

Jak wszyscy wiedzą, Japonia jest daleko. Daleko są też foki. Foki są w Japonii. To jest tak daleko, że nawet całodobowy bilet ZTM-u nie wystarczy, bo trzeba lecieć trzema samolotami.

Jako, że wybraliśmy linie katarskie nikt nie przyczepił się do naszego overbagażu. W samolocie, do którego kazano nam wsiąść godzinę przed odlotem, powitała nas zapętlona radosna arabska melodia. Na telewizorach dostępne były różne gry i zabawy.

Graliśmy. 6 godzin.

Lot był całkiem miły, były góry i doliny i morze. Najprzyjemniejsze było jednak, o dziwo, lądowanie w Doha (to w Katarze). Widok był przedni, bo leci się nad morzem i człowiek myśli, że do niego wpadnie, ale wtedy wyskakuje ląd i wszyscy są szczęśliwi. W Doha było wtedy 40 stopni, więc nie próbowaliśmy wychodzić poza lotnisko. Zresztą i tak nie mieliśmy burki. Lotnisko było na to przygotowane i przywitało nas mocą atrakcji, takich jak: ruszający się dinozarł, miś w lampie (albo lampa w misiu) i niesamowity plac zabaw. Kolorytu lokalnego dodawały arabskie matki z dziećmi na smyczach (w sumie to jedna matka z jednym dzieckiem, a smycz była przywiązana do ręki, a nie do szyi, ale i tak Japończycy robili zdjęcia).

Dinozaur (ale go nie widać, bo są chmury)

Miś, lampa i foka

Plac zabaw

Na ostatnim zdjęciu można też zobaczyć, jak całe lotnisko miga od reklam puszczanych na wielkich ekranach. Ale finału Mistrzostw Świata nie było, gdzie obejrzeć. Poza tym było drogo, ale dzięki temu, że Katarczycy są bogaci i nie muszą kraść, wciąż mamy swoje bagaże, mimo tego, że zasnęliśmy.

Specjalnie na tę okoliczność nasza czytelniczka przygotowała taki oto kolaż. Bardzo ładny, Mamo.

I tu kończy się nasza przygoda z Katarem, gdzie kichania nie było końca.  W środku nocy wsiedliśmy do następnego samolotu i wyruszyliśmy ku Japonii.

Na pokładzie byliśmy jednymi z nielicznych Nie-Japończyków, co wzbudzało ciekawość wśród stewardess. Ta odpowiedzialna za nas umiała nawet powiedzieć „dobry wieczór”. My nie wiemy, jak jest „dobry wieczór” po japońsku. Lecieliśmy z 10 godzin, ale już na samym początku dali nam alkohol i skutecznie uśpili. Podobno o wschodzie słońca było widać Himalaje, no ale alkohol. Jak się obudziliśmy była 17:00 w Japonii (strefa czasowa Japonii = Polska +7). Tak uciekł nam poniedziałek.

Po lądowaniu w Osace mieliśmy pierwszy kontakt z Japończykami. Nasze urządzenia niestety nie nawiązały kontaktu z ich kontaktami i się rozładowały.

Z kolei Japończycy rozumieją niewiele, ale są bardzo mili. Kupiliśmy zieloną herbatę, która jest zimna i niesłodka, i oczekiwaliśmy na ostatni samolot. W Japonii do samolotu wsiada się 20 minut przed odlotem, które poświęcone są głównie na ukłony załogi.

Ostatni lot zapowiadał się nieźle. Miał trwać tylko godzinę, a w gazetce pokładowej znaleźliśmy dowód na to, że nie tylko w Polsce interesują się Fokami:

A jednak był to najgorszy lot ever. Turbulencje były takie,  że Foka Mela myślała, że zaraz wszyscy umrzemy (Foka Oskar w tym czasie próbował czytać przewodnik po Japonii). Po rzeczonej godzinie wylądowaliśmy jednak w Fukuoce, gdzie na dobre zaczęła się nasza przygoda z Japonią. Ale o tym innym razem. Na koniec nasz mandżur na lotnisku w Fukuoce.