Browsed by
Tag: wulkan

U bram piekieł, czyli kilka słów o Beppu

U bram piekieł, czyli kilka słów o Beppu

Wyobraźcie sobie uzdrowiskowe miasteczko w lekko amerykańskim stylu, z jednej strony otoczone przez ocean i palmy, z drugiej przez porośnięte gęstym lasem góry. Innymi słowy – połączenie Ustki z Rabką i Californią. Trudne? Nie dla tych, którzy byli w Beppu. Zapraszamy dziś na wycieczkę po mieście, które było naszym pierwszym przystankiem podczas wycieczki po Kyushu.

Beppu słynie przede wszystkim z gorących źródeł. Takich leczniczych, o akceptowalnej temperaturze wody, w których człowiek sobie leży i się regeneruje, ale też takich, do których nie wskoczyliby nawet wielbiciele bardzo gorących kąpieli. Te drugie są jedną z głównych atrakcji miasta, a nazywa się je Piekłami Beppu.  Zapytacie: a co niby w takiej Japonii mogą wiedzieć o Piekle? Cóż, Biblia może nie dociera tu zbyt często, ale dziełom Dantego jakoś udało się przebić. A porównanie wydaje się całkiem trafne – znajdziemy tu baseny z bulgoczącą, bardzo gorącą wodą, której temperatura sięgała czasem nawet 100 stopni. Do tego unosząca się para, której nierzadko towarzyszył duszący zapach przypominający siarkę. A dla spotęgowania efektu w wielu miejscach umieszczono figury diabłów, czy innych demonów.

W mieście znajduje się osiem głównych basenów, w których dzieją się geotermalne cuda. Sześć z nich znajduje się koło siebie, dwa oddalone są trochę dalej. Wejście do każdego kosztuje 400 yenów (ok. 12 zł), ale można też kupić jeden bilet upoważniający do wejścia do wszystkich za 1000 yenów (ok. 30 zł). Bilet zbiorowy ma formę książeczki, w której przybijamy pieczątki w każdym kolejnym miejscu. Prawdopodobnie jednak nikt nie chciałby odwiedzać ośmiu takich samych parujących bajor. Niektóre z nich urozmaiciła sama Matka Ziemia nadając im różne kolory. O inne atrakcje musieli zatroszczyć się jednak ludzie, którzy postanowili zarabiać na tym pieniądze. My odwiedziliśmy 6 źródeł, ponieważ do tych dwóch ostatnich nie udało nam się dotrzeć przed zamknięciem, chociaż naprawdę bardzo się staraliśmy. Poniżej kilka obrazków z co ciekawszymi urozmaiceniami.

Lazurowa woda.

Woda przypominająca krew.

A także zwykłe błoto.

Dodatkowymi atrakcjami najczęściej były zwierzęta. Jak na przykład krokodyle pozujące akurat do rodzinnej fotografii:

Niestety jeden krokodyl nie ogarnął, z której strony robione jest zdjęcie.

Popularnością cieszyły się również kapibary i hipopotam, które można było nakarmić marchewką. Na zdjęciu kapibara, nie hipopotam.

Było też  źródło, które wykonywało jakieś sztuczki, kiedy dmuchnęło się w nie papierosem – bardziej dymiło czy coś. Oczywiście wszyscy, którzy chcieli wykonać taką magię mogli na miejscu zakupić papierosy. Jeżeli ktoś nie palił wcześniej, zawsze może zacząć dzisiaj. Dużą popularnością cieszyły się też jajka na twardo gotowane w specjalnym koszyku umieszczonym w jednych z supergorących zbiorników. Jedliśmy.

Następny dzień naszej wycieczki postanowiliśmy poświęcić na górską wspinaczkę. Głównie po to, żeby wreszcie użyć naszych dużych i ciężkich górskich butów, które zajęły sporą część naszego bagażu, kiedy rok temu przeprowadzaliśmy się do Japonii. Jako cel obraliśmy sobie Górę Tsurumi znajdującą się na terenie pobliskiego Parku Narodowego Aso – Kuju. Góra Tsurumi ma 1375 metrów i jest wulkanem, który ostatnio wybuchł ponad 1000 lat temu. Podobno do dziś zdarza mu się trochę podymić.  Nie zaobserwowaliśmy. Wspinaczkę można rozpocząć już od poziomu morza, tuż przy morzu. My jednak postanowiliśmy zacząć w miejscu,  do którego najdalej da się dojechać autobusem, czyli mniej więcej w połowie wysokości. W miejscu tym ma też stację kolejka linowa, którą da się wjechać na samą górę. Warto zaznaczyć, że w miejscu tym nie można kupić nic konkretniejszego do jedzenia, co nas przyzwyczajonych już do wszechobecnych Lawsonów, 7/11 i tym podobnych, mocno zdziwiło. Co prawda znajdują się tam dwa sklepy, ale kupimy w nich głównie lokalne wyroby, jak ciastka czy różnego rodzaju alkohol. Na szczęście udało nam się kupić zieloną herbatę i pyszną lemoniadę (też lokalny produkt). A zamiast kanapek – biszkoptowe ciastka z puddingiem. Po zakupach z pogardą ominęliśmy kolejkę linową i rozpoczęliśmy wspinaczkę.

Praktycznie całość trasy przebiegała przez gęsty las. Minusem tej sytuacji był fakt, że nie mogliśmy za bardzo pooglądać po drodze widoków. Niewątpliwym plusem było jednak to, że za bardzo nie przypiekało nas słońce. Podczas całej wycieczki spotkaliśmy na szlaku może ze 4 inne osoby. Więcej emocji wzbudziło jednak spotkanie węża. Trudno powiedzieć kto uciekał szybciej – wąż czy Foka Mela. Foka Oskar był dość spokojny – w końcu kolega z pracy powiedział mu, że co prawda w japońskich górach węże są, ale rzadko ktoś od nich umiera. My też nie umarliśmy, więc luz.

Na szlaku nie było prawie żadnych napisów po angielsku i mieliśmy kilka momentów zawahania, czy aby pewno dobrze idziemy, napotykając takie drogowskazy:

Pomocne były natomiast tabliczki oznaczone kolejnymi literkami alfabetu, umieszczone po każdych kolejnych 50 metrach. Wzwyż, oczywiście. Informowały, jak szybko powinniśmy pokonać najbliższy odcinek i ile będzie to metrów samego szlaku. Co dawało pewien pogląd na to, jak strome podejście nas czeka.

Wspinaczka zajęła nam około 4 godzin, ale osobom bardziej zaprawionym w górskich wycieczkach niż Foka Mela z pewnością udałoby się zdobyć szczyt szybciej. A na szczycie… Obiecywano nam wspaniały widok na ocean. Gdzieś tam.

No cóż… Przejrzystość powietrza pozostawiała tego dnia trochę do życzenia. Nie pooglądaliśmy, więc ani oceanu, ani szczytów pobliskich gór znajdujących się z drugiej strony. Gdzieś tam.

Nie mniej cała wycieczka sprawiła nam dużo frajdy. Oczywiście, jak wiele innych gór w Japonii, tak i Góra Tsurumi musi uchodzić za świętą, na szczycie znajdziemy więc kilka małych świątyń i buddyjskich figur. Wyznaczona jest tam nawet specjalna ścieżka pomiędzy poszczególnymi figurami siedmiu bogów dobrej fortuny. Tym razem chcieliśmy jednak poobcować z naturą, nie z duchami, więc nie skusiliśmy się na ten spacer.

Po wielu nieudanych próbach dojrzenia czegokolwiek przez mgłę postanowiliśmy wrócić na dół. Tym razem używając kolejki linowej. Kolejka może ponoć pomieścić aż 100 osób, ale razem z nami jechało ich może z 10. Mimo niewielkiej frekwencji na pokładzie obecna była też pani „przewodniczka”, która przez całą drogę coś opowiadała. Niestety tylko po japońsku, więc nie do końca wiemy o czym, ale obstawiamy, że coś o górach i lesie. Możliwe też, że pokazywała jakieś zwierzę, bo w pewnym momencie wszyscy rzucili się do okna wypatrywać czegoś za szybą.

Wycieczka w góry trochę nas zmęczyła, więc po zjechaniu na dół postanowiliśmy porelaksować się w jakimś onsenie. Żal byłoby nie skorzystać z takiej możliwości w Beppu, które jest jednym z największych przedstawicieli gorących źródeł w Japonii. Miasto podzielone jest na osiem głównych obszarów z onsenami zwanymi Beppu Hattō. My wybraliśmy się do strefy Kankaiji Hot Springs. Położona jest ona na wzniesieniu, co oznacza, że oprócz moczenia się w ciepłej wodzie możemy nacieszyć oczy ładnym widokiem.

Jednym z najfajniejszych onsenów w tym rejonie jest onsen Tanayu, znajdujący się w ekskluzywnym hotelu Suginoi Palace. Noc w tym miejscu kosztuje około 1000 zł, ale żeby wejść do onsenu nie trzeba być gościem hotelu (ufff). Wystarczy kupić bilet – w zależności od pory roku, miesiąca a nawet dnia wahający się od 30 do 60 zł.  Onsen znajduje się na dachu hotelu i ma kilka różnych gorących basenów, zarówno zadaszonych jak i odkrytych. Oczywiście większą popularnością cieszyły się te na zewnątrz, skąd rozciągał się widok na miasto.

W samym onsenie choćby bardzo się chciało, nie da się zbyt długo posiedzieć ze zwględu na wysoką temperaturę wody. W Suginoi Palace oprócz onsenu Tanayu w cenie naszego biletu możemy również jednak skorzystać z Aqua Garden, czyli znajdującego się tuż obok zwykłego basenu. Woda w basenie jest sporo chłodniejsza, ale wciąż dość ciepła. Wystarczy, że przejdziemy przez przebieralnię, zarzucimy na siebie strój kąpielowy (w onsenie oczywiście siedzimy nago) i możemy wskakiwać do koedukacyjnego basenu. Trochę abstrakcyjnie wyglądała spora część kobiet, które przed chwilą zupełnie bez niczego moczyły się w onsenie, a teraz w basenie pływały w mocno zabudowanych strojach kąpielowych z golfami i długimi rękawami. Oczywiście prawdopodobnie wynika to z tego, że Japonki boją się słońca i unikają opalania, dlatego rzadko kupują bikini. W onsenie nie było też obecnych tu mężczyzn. Niemniej człowiek z zewnątrz może poczuć się skonsternowany.

Wieczorami przy basenie co godzinę odbywa się pokaz fontann. W wodzie spędziliśmy ponad 2 godziny, więc udało nam się go zobaczyć aż 2 razy. W związku z tym, że trochę zasiedzieliśmy się w tym miejscu, musieliśmy wracać do hotelu na piechotę, bo ostatni autobus odjechał nam sporo wcześniej. Jednak po kilku godzinach moczenia się w gorącej wodzie byliśmy tak zregenerowani, że 3-kilometrowy spacer zupełnie nie był nam straszny.

A po wyjściu z Suginoi Palace odkryliśmy, gdzie wakacje spędza Święty Mikołaj.

A także, gdzie w lecie składowane są wszystkie choinkowe lampki świata.


Foki radzą:

  • RADA 71
    Zamykaj drzwi do mieszkania na dodatkową zasuwkę. W przeciwnym razie możesz zostać zaskoczony przez pracownika zarządzającego budynkiem wraz z dwuosobową ekipą sprawdzającą instalacje. To przecież oczywiste, że jeśli nie otworzysz w ciągu 15 sekund po zapukaniu, mają prawo użyć własnego klucza.
  • RADA 72
    Jeżeli robaki zaczynają wchodzić ci do mieszkania, a za oknem osiedla się wnuk Stefana wiedz, że lato zaczęło się na dobre.
  • RADA 73
    Zawiązuj porządnie reklamówki z zakupami, jeśli nie chcesz, aby sushi, które przed chwilą kupiłeś sobie na kolację, zamiast ciebie, jadł kierowca autobusu.
880 minut w autobusie, 7 onsenów i 3 góry w 6 dni, czyli Bus Trip po Północnym Kyushu

880 minut w autobusie, 7 onsenów i 3 góry w 6 dni, czyli Bus Trip po Północnym Kyushu

Tokio, Yokohama, Osaka, Kyoto, Fukuoka, Hiroshima – wszystkie te miasta łączą dwie rzeczy. Po pierwsze – to jedne z największych miast Japonii. Po drugie – wszystkie je zwiedziliśmy. Ale nie samymi metropoliami Japonia stoi. W końcu przyszedł czas, aby porzucić Shinkanseny, metra czy promy i za pomocą starych, dobrych autobusów zwiedzić naszą własną wyspę – Kyushu (tak, wiemy, że istnieje polska pisownia „Kiusiu”, ale nie wygląda to poważnie i publicznie protestujemy przeciwko temu spolszczeniu). Kupiliśmy więc po SunQ Passie i ruszyliśmy w nieznane.

SunQ Pass to karnet, który pozwala poruszać się prawie wszystkimi (na pewno wszystkimi spotkanymi przez nas na trasie) autobusami przez 3 lub 4 dni. Można wybrać droższą opcję na wycieczki po całym Kyushu lub nieco tańszą jedynie na północną część wyspy. Jeden karnet kosztował 8000 jenów (ok. 240 zł), starczył na połowę wycieczki i jak się okazało opłacał się raczej na styk, ale uczucia bogactwa jakie mieliśmy, machając nim do kierowców zamiast mozolnie odliczać monety, nie oddalibyśmy za żadne pieniądze.

Naszą podróż zaczęliśmy z nowego terminalu autobusowego w Fukuoce, który wyglądał niedużo gorzej niż stacja Shinkansena. Szybko przekonaliśmy się jednak, że takie luksusy czekają nas tylko w dwumilionowych metropoliach.

Wyspa Kysuhu słynie z trzech rzeczy – onsenów, gór i tego, że my na niej mieszkamy. Haha. Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy do Beppu, w którym według relacji znajomego Japończyka nie ma nic ciekawego poza ciepłymi źródłami. Zaskakująco, Beppu okazało się całkiem sporym miastem (120 tysięcy ludzi), z palmami na ulicach, klimatem uzdrowiska i silnym powiewem amerykańskiej kultury. Może gdyby Japończycy wygrali drugą wojnę światową tak właśnie wyglądałaby Kalifornia. Ale w sumie nie byliśmy w Kalifornii, więc co my tam wiemy.

W Beppu mieliśmy zarezerwowane dwa noclegi w hotelu z własnym onsenem. Półtora dnia spędzone w tym mieście upłynęło nam bardzo intensywnie. W telegraficznym skrócie: obejrzeliśmy bagna i źródła o temperaturze 100 stopni z krokodylami gratis (dużo przyjemniejsze niż śmierdząca Rotorua w Nowej Zelandii), zjedliśmy amerykańską pizzę, przeszliśmy się brzegiem oceanu, zaliczyliśmy pierwszy onsen w naszym życiu, wdrapaliśmy się na górę Tsurumi, zjechaliśmy kolejką linową, odwiedziliśmy drugi onsen w naszym życiu – na dachu budynku i wróciliśmy do hotelu na piechotę  przez Beppu Park, bo ostatni autobus odjechał nam o 19:36.

Trzeciego dnia świt rankiem, a dokładniej 10 minut przed terminem check-outu popędziliśmy w dalszą drogę. Do informacji turystycznej.

Szukanie informacji w internecie o autobusach Kyushu to niezła mordęga. Nie mówimy, że nie da się tego zrobić, ale na pewno szybko mija na to ochota. Korporacji autobusowych jest tu kilka i próżno szukać ich połączeń w wyszukiwarce map Google’a. Miejsca, które odwiedzaliśmy, były jednak nastawione dość turystycznie, więc nie brakowało punktów informacyjnych, których pracownicy byli niezwykle pomocni. Dla każdej większej atrakcji mieli przygotowaną specjalną planszę, która pokazywała gdzie wsiąść i wysiąść, a osobna karteczka przedstawiała rozkład jazdy. Gorzej było, jak chcieliśmy pojechać do miejsca, które nie posiadało swojej planszy (zawsze się znajdą jacyś wywrotowcy…).

Z Beppu pojechaliśmy do Oity, gdzie w dość nerwowej atmosferze (powinni lepiej oznaczać te przystanki…) w 20 minut przesiedliśmy się na autobus, który jedzie ze wschodniego wybrzeża Kyushu na zachodnie. Wysiedliśmy z niego gdzieś w połowie trasy – w miasteczku Aso położonym u podnóża największego aktywnego wulkanu Japonii o tej samej nazwie. Wulkan w sierpniu zeszłego roku zachował się bardzo nieładnie i wybuchł po raz pierwszy od 22 lat. Od tego czasu Japończycy nie dopuszczają nikogo bliżej niż na kilometr od krateru i pozostają przy nadziei, że kolejny ewentualny wybuch także podporządkuje się tej magicznej granicy.

W Aso spędziliśmy 3 noce w Aso Base Backpackers – trzecim najlepszy hostelu Azji, który swoją jakością przebił większość hoteli, w których do tej pory nocowaliśmy. Ten wspaniały przybytek posłużył nam za bazę wypadową do miasteczka onsenów i ryokanów – Kurokawy, punktu widokowego Daikanbo oraz niezwykle malowniczego Kusa-senri – miejsca po którym na wolności biegają konie, ludzie i żaby, skąd wdrapaliśmy się na jeden z pięciu szczytów Aso. Góra Aso ma bowiem pięć różnych wierzchołków. Na szczęście pluje ogniem tylko z jednego.

Małe miasteczko Aso przywitało i pożegnało nas deszczem. Jedyny pogodny dzień pozostawił pewien niedosyt, mimo że w ciągu niecałych 8 godzin zobaczyliśmy kalderę, w której leży miasteczko, zarówno z południowej jak i północnej strony. Ponadto okazało się, że mimo wspaniałej bazy noclegowej, nie jest to tak wspaniała baza wypadowa na dalsze wycieczki. Zobaczenie niektórych atrakcji okazało się co najmniej mocno karkołomne dla osób nieposiadających samochodu, szczególnie w deszczu. W Japonii nie jest honorowane ani zwykłe, ani międzynarodowe prawo jazdy wydawane w Polsce, więc nie mogliśmy wypożyczyć auta. Z oglądania olbrzymiego parku kwiatów Kuju i wodospadu Nabegataki musieliśmy więc niestety zrezygnować. Rady informacji turystycznej ograniczały się bowiem do gorliwego proponowania „taxi” na 40 kilometrowy kurs.

Poganiani porą deszczową, szóstego dnia uciekliśmy do Kumamoto, aby zobaczyć największą atrakcję tego sporego miasta – zamek. W Kumamoto niepodzielnie króluje sympatyczny miś Kumamon, będący symbolem całej prefektury. Na szczycie zamkowej wieży, spoglądając na mglistą panoramę, można było zapomnieć na chwilę o wieżowcach, otaczających jeden z ostatnich bastionów dawnych czasów w nowoczesnym mieście. Nie zdziwilibyśmy się, gdyby z jednej z zamkowych komnat wyłonił się nagle Kumamon we własnej osobie.

Tego samego dnia zmęczeni wróciliśmy do Fukuoki. A podróż odbyliśmy autobusem najmniej wygodnym ze wszystkich dotychczasowych, w którym nawet korytarz zmienił się w regularny rząd foteli. W ciągu 6 dni z osób, które z lekkim wstydem przyznawały, że od prawie roku mieszkając w Japonii, nie były w żadnym onsenie, staliśmy się ich prawdziwymi bywalcami, mocząc się w gorącej wodzie w 7 różnych miejscach! Wdrapaliśmy się też na trzy góry (mniejsze i większe). Naszą wycieczkę uznajemy zatem za całkiem udaną. Kolejne, bardziej szczegółowe opowieści z Kyushu już wkrótce na naszym blogu. A my zabieramy się za planowanie wycieczki po kolejnych wyspach Japonii…


Foki radzą:

  • RADA 67
    Jeżeli po 10 minutach drogi od przystanku, na którym wysiadłeś, nie możesz znaleźć przystanku powrotnego po drugiej stronie drogi, to zapewne ten pierwszy był przystankiem podwójnym.
  • RADA 68
    Koniecznie spróbuj lokalnego sernika w Aso. Można nim sobie odmrozić zęby, ale warto.
  • RADA 69
    Pytając w informacji turystycznej o godzinę odjazdu autobusu, zawsze dopytaj o godzinę autobusu powrotnego. To przecież nie wina doradzającego, że proponuje wyjazd o 16:40, gdy tymczasem ostatni powrotny odjeżdża o 16:20.
  • RADA 70
    Jeżeli chcesz zrozumieć co mówią zagraniczni turyści w mniej popularnych miejscach Japonii, naucz się niemieckiego.
Półwysep Coromandel – Narnia, muszelki i gorące źródła

Półwysep Coromandel – Narnia, muszelki i gorące źródła

Cała trasa naszej wielkiej nowozelandzkiej wyprawy przebiegała na południe od Auckland. Zanim się jednak rozpoczęła, jeden raz wypuściliśmy się na północ. Chcieliśmy zobaczyć Półwysep Coromandel, a naszym głównym celem było wymoczenie się w gorących źródłach na Hot Water Beach. Ta jednodniowa wycieczka była testem dla naszego autka przed dłuższą drogą. I pierwszym stresem dla Foki Meli. Dowiedziała się bowiem, jak wygląda większość dróg w Nowej Zelandii – miliony zakrętów na mocno górzystym terenie. Udało nam się jednak nie spaść w żadną przepaść i po 2 godzinach od wyjazdu z Auckland byliśmy na miejscu.

Hot Water Beach to miejsce, w którym wulkany udowadniają, że mogą się do czegoś przydać. Niektóre z nich rozwijają pod ziemią spore pokłady przegrzanej wody, która po jakimś czasie wydostaje się na powierzchnię. I to w miejscu tak idealnym, że jednocześnie możemy moczyć tyłek w gorącej wodzie i gapić się na ocean. Cała zabawa polega na tym, żeby wykopać sobie dołek w piasku i poczekać aż wypełni się cieplutką wodą. Dół musi jednak być w miejscu, gdzie zwykle dopływają fale, więc najlepiej  być tam w trakcie odpływu. Temperatura wody dochodzi czasem nawet do 60 stopni, więc przydaje się wiaderko na zimną wodę z oceanu, którą będziemy mogli dolać w momencie, kiedy będzie nam zbyt gorąco. Impreza kończy się wraz z nadejściem przypływu, kiedy woda zalewa nasze legowiska.

W związku z powyższym wszyscy przykładni turyści, chcący wykopać sobie na plaży dół na tyle pokaźny, aby zmieściło się w nim najlepiej kilka osób, zmierzali na plażę z łopatkami. My nie jesteśmy za bardzo przykładnymi turystami, więc na plaży zjawiliśmy się i bez łopatek i bez wiaderek. Okazało się jednak, że dobrze się stało, że nie wydawaliśmy pieniędzy na te artefakty, bo tego akurat dnia geotermalna magia nie działała i wypływająca spod ziemi woda nie była ani trochę ciepła, a co to za przyjemność siedzieć w dole z zimna wodą? Dla nas żadna, ale dla niektórych chyba jednak tak, bo mimo wszystko kopali, coraz to nowsze dołki, a gdy przy którymś podejściu okazywało się, że rzeczywiście nic z tego nie będzie zalegali w dołach z zimną wodą. Wycieczka na Hot Water Beach nie była jednak czasem zmarnowanym – plaża była przepiękna, a dla obu Fok był to pierwszy raz, kiedy miały okazję wykąpać się w oceanie.

Okazało się jednak, że kąpiel w Pacyfiku nie przyniosła nam większych wrażeń niż pluskanie się w Bałtyku. Nie jesteśmy też zbyt dużymi fanami leżenia plackiem na plaży, więc po jakimś czasie uznaliśmy, że wyczerpaliśmy już możliwości Hot Water Beach i postanowiliśmy wyruszyć dalej. Wybór padł na pobliski Cathedral Cove. Jest to rezerwat morski o powierzchni około 840 h, w którego skład wchodzi kilka pięknych zatok i niezwykłe formacje skalne. My dostaliśmy się tam drogą lądową, odbywając 30-minutowy spacer pośród palm. Równie popularną możliwością jest też jednak droga morska – kajakiem bądź motorówką.

Na miejscu zastaliśmy piękną plażę, mnóstwo skał w dziwnych kształtach, a nawet mały wodospad. Na plaży było też pełno muszelek, które Foka Mela ochoczo zbierała. Pod tą kamienną bramą dało się przejść na drugą stronę, gdzie znajdowała się druga plaża. Łatwiejsze jest to jednak zapewne podczas odpływu, a my nie mieliśmy tyle szczęścia, żeby na niego trafić i niestety zmoczyliśmy nasze focze ubranka.

Cathedral Cove jest chyba najczęściej fotografowanym miejscem na Półwyspie Coromandel. Dzięki temu, że jest tak malownicze załapało się też kilka razy na występy w filmach – na przykład w „Opowieściach z Narnii„. Śpiewał tam też Macklemore i uwiecznił to w teledysku do piosenki „Can’t hold us„. Trochę dziwi nas, że nie przyplątał się tam Peter Jackson.

Powrót był bolesny dla Foki Meli, ponieważ dostrzegała tablicę informującą, że nie można wynosić muszli z terenu rezerwatu. Na szczęście w innych rezerwatach nie było takich tablic i do domu wróciła z pokaźną kolekcją. O dalszej drodze powrotnej poza tym, że była pod górę niewiele mamy do powiedzenia. Mamy za to trochę do pokazania. Takiej Nowej Zelandii nie mogliśmy się doczekać!

Do Auckland nie wracaliśmy najkrótszą możliwą trasą. Wybraliśmy tą z piękniejszymi widokami. Postanowiliśmy też zahaczyć  o miasteczko Coromandel. Spędziliśmy w nim około 2 minut, bo mniej więcej tyle zajęło nam objechanie całości, a główną atrakcją zdawała się poczta, do której kierowały wszystkie drogowskazy. Mimo krótkiego pobytu miasteczko zrobiło na nas jednak pozytywne wrażenie – ze swoimi drewnianymi domkami z werandami wyglądało trochę jak z dzikiego zachodu. W miasteczku co prawda nie zrobiliśmy postoju, ale dalej na trasie, mając przed oczami takie widoki zatrzymywaliśmy się co chwilę.

Raz nawet na drogę zza takiego zielonego pagórka wyskoczył Hobbit baranek. Na szczęście nikt nie ucierpiał.

Brama do Nowej Zelandii – Auckland

Brama do Nowej Zelandii – Auckland

Zanim wyruszyliśmy w naszą wielką podróż po Nowej Zelandii, musieliśmy poczekać, aż Kiwi Kuba rozpocznie swój świąteczny urlop. Oznaczało to, że mamy kilka dni na włóczenie się po mieście, w którym zaczęła się nasza przygoda. Dziś przedstawiamy relację z tego największego miasta Nowej Zelandii – zapraszamy do Auckland.

Auckland jest podobno dobrym miejscem do życia. Na tyle dobrym, że co roku zajmuje w tej kategorii coraz wyższe pozycje w różnorodnych rankingach. Być może w Auckland czujemy się dobrze, dlatego, że nie przytłacza nas ogromem wielkiego miasta. Poza ścisłym centrum, gdzie znajduje się trochę biurowych wieżowców, cała reszta wygląda jak wielkie przedmieścia. Całe Auckland to właściwie zbiór malutkich miasteczek, które istniały kiedyś wokół głównego miasta, a z czasem zostały przez nie wchłonięte. Zabudowa jest niska, zamiast mieszkań w blokach ludzie wynajmują domy. A pomiędzy domami rozwija się zielona i bujna roślinność. Wyobrażamy sobie, że kiedy pierwszym widokiem po przebudzeniu jest palma, zaglądająca przez okno, człowiek może trochę bardziej optymistycznie podchodzić do życia.

Z drugiej jednak strony entuzjazm nad życiem w Auckland wydaje nam się trochę przesadzony biorąc pod uwagę fakt, że miasto położone jest na… polu wulkanicznym. A konkretniej na jakichś 50 niewielkich bazaltowych wulkanach. Te co prawda są już wygasłe, ale wciąż istnieje prawdopodobieństwo, że wybuchnie coś nowego. A taka potencjalna erupcja mogłaby zagrozić życiu tysięcy ludzi. Do tej pory wybuchało coś średnio raz na 1000 lat. Ostatnio 600 lat temu… Minusem położenia miasta na polu wulkanicznym (poza oczywistym faktem, że pewnego dnia można zostać zalanym lawą) jest to, że co chwilkę natykamy się na jakiś stary wulkan, co oznacza, że prawie wszędzie jest pod górkę. Najbardziej popularnym w Auckland wulkanem jest Mt  Eden. Ze swoimi 196 metrami jest najwyższym wzniesieniem miasta, dlatego polecamy wdrapanie się tam dla obserwowania panoramy. Ci jednak, którym wulkan kojarzy się z mrocznym wzgórzem tryskającym ogniem, mogą być nieco zawiedzeni. Krater Mt Eden jest bowiem w całości zarośnięty trawą.

Wizja wulkanicznej katastrofy zdaje się jednak nie robić na mieszkańcach zbyt wielkiego wrażenia i z przyjemnością korzystają z innych możliwości, które stworzyła im przyroda. Auckland jest jednym z nielicznych miast na świecie, które ma dwa porty na dwóch oddzielnych dużych zbiornikach wodnych. Od zachodu ma bowiem dostęp do Morza Tasmańskiego, od wschodu do Oceanu Spokojnego. Pewnie dlatego tak bardzo w tym regionie popularne jest żeglowanie. Jedna trzecia gospodarstw domowych w Auckland posiada łódź – w regionie zarejestrowanych jest około 135 000 jachtów. Dumni z faktu, że Aucklandczycy wciąż darzą morze tak wielką miłością byliby zapewne zamieszkujący te tereny ich przodkowie – jeszcze 200 lat temu na miejscu dzisiejszego Auckland znajdowała się osada wielorybników.

Poza żeglowaniem Aucklandczycy mają też inne sposoby na zachowanie dobrego humoru. Już wcześniej pisaliśmy o tym, że w Nowa Zelandia jest bardziej liberalna, jeżeli chodzi o prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu. Jest też bardziej liberalna jeśli chodzi o picie alkoholu w miejscach publicznych. Zakazu jako takiego nie ma, więc w większości miejsc alkohol bezkarnie można pić. Zakazane jest to tylko tam, gdzie znajdziemy tabliczki wyraźnie o tym informujące. Nie ma tabliczki? Hulaj dusza!

Auckland ma też swoje muzeum. Trudno powiedzieć, co konkretnie jest jego tematem przewodnim, ale bez wątpienia zbiory są całkiem pokaźne. Znaleźć tam można między innymi różne wytwory kultury maoryskiej (o której chyba opowiemy, kiedy indziej), jak na przykład wielkie kanu, polinezyjską biżuterię z muszelek, ogromne podobizny rekinów i szkielety dinozaurów, a także pokój, w którym można było przeżyć symulację wybuchu wulkanu połączoną z trzęsieniem ziemi. Naszym zdaniem spokojnie można by to rozbić na 10 mniejszych muzeów i kosić kasę za oddzielne wejście do każdego z nich. Miło więc ze strony Aucklandczyków, że jeszcze nie wpadli na ten pomysł. Auckland posiada też galerię sztuki. W przewodniku główną zachętą do jej odwiedzenia było dzieło Picassa. Dzieło Picassa wyglądało trochę jak szkic wydarty z zeszytu, no ale jak już się tam przyszło przyciągniętym przez wielkie nazwisko można było trafić na naprawdę ciekawe rzeczy. Galeria urządzona była w bardzo nowoczesnym stylu, można było tam znaleźć sporo fajnych multimedialnych instalacji. Największą popularnością cieszyły się jednak chyba rzeźby z klocków Lego, które można było samodzielnie budować.

W Auckland mieszka około 450 tys. osób. Oznacza to, że zamieszkuje je ponad 30% populacji całego kraju. Ta liczna grupa nie jest jednak darzona zbyt dużą sympatią przez resztę Nowej Zelandii. Aucklandczycy wśród reszty kraju figurują pod pojęciem JAFA, co jest akronimem od słów: Just Another Fucking Aucklander. W Nowej Zelandii Aucklandczyków uważa się za niegrzecznych, chciwych i aroganckich ludzi. Auckland zarzuca się też, że dominuje politycznie nad innymi miastami, dostaje więcej rządowych funduszy i jest faworyzowane w narodowych rozgrywkach w rugby. Poza tym jest tam podobno więcej bogatych ludzi, którzy wyjątkowo obnoszą się ze swoim bogactwem. Ogólnie rzecz biorąc z Auckland jest trochę jak z Warszawą.  Aucklandczycy nie przejmują się tym jednak zbytnio, uważając, że reszta kraju im po prostu zazdrości, a skrót JAFA według nich rozszerza się jako Just Another Fantastic Aucklander.

Auckland – największe miasto w kraju – ze swoim międzynarodowym lotniskiem dla obcokrajowców jest najczęściej pierwszym przystankiem w Nowej Zelandii. Dzięki sporej możliwości znalezienia tam pracy i całkiem niezłych zarobków dla wielu z nich też ostatnim. W Auckland mieszka bardzo dużo imigrantów. A najliczniejsza grupa imigrantów to? W spisie ludności z 2006 roku prawie 20% ludności tego miasta stanowili Azjaci.

Co widać niemal na każdym kroku. Mimo więc, że bardzo się staraliśmy nie udało nam się zbytnio uciec od Japonii.