Browsed by
Kategoria: Japonia

Na końcu Japonii, czyli Ibusuki

Na końcu Japonii, czyli Ibusuki

Nasz niezwykle udany bustrip po północnej części Kyushu, który urządziliśmy sobie w czerwcu, skłonił nas do tego, aby pójść o krok dalej. Miesiąc później postanowiliśmy, więc wyruszyć do najbardziej wysuniętej na południe części naszej wyspy, czyli prefektury Kagoshima. Naszym głównym celem było zobaczenie znajdującego się tam wulkanu Sakurajima. Pierwszy dzień przywitał nas jednak deszczem i mgłą (Foka Oskar po przebudzeniu mruknął tylko „ale piękna pogoda” i zasnął dalej), co oznaczało, że Sakurajima jest właściwie niewidoczna. Musieliśmy więc wymyślić sobie inne atrakcje na ten dzień. I tak trafiliśmy do Ibusuki.

A trafić tam wcale nie było łatwo. Ibusuki leży nad samym oceanem na południu prefektury Kagoshima. Naszym pierwszym celem w tym regionie był ogród botaniczny – Flower Park Kagoshima. Z hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, musieliśmy jechać tam z kilkoma przesiadkami. Na szczęście w międzyczasie przestało padać, bo po wyjściu z ostatniego pociągu jeszcze 3 kilometry musieliśmy iść na piechotę.  Była to jednak miła wędrówka malutką drogą pośród pól, gdzie prawie w ogóle nie mijały nas żadne samochody. Kiedy dotarliśmy w końcu na miejsce, poczuliśmy się nieco zaniepokojeni, bo na dość dużym parkingu nie stał ani jeden samochód. W Japonii było akurat święto, a skoro w dzień wolny od pracy nikt tam nie przyjeżdża, to kiedy?

Na szczęście okazało się, że ogród jest otwarty, ale panie z obsługi wydawały się dość podekscytowane faktem, że wreszcie ktoś postanowił ich odwiedzić. I to w dodatku obcokrajowcy! Poza nami spotkaliśmy tego dnia w paru nie więcej niż 10 innych osób. Trochę trudno zrozumieć nam dlaczego (ok, to, że tak trudno tam dotrzeć może mieć w tym swoją zasługę), ponieważ ogród okazał się naprawdę piękny. Znajdowało się w nim kilka mniejszych ciekawych ogródków tematycznych, ale największe wrażenie robiła część z roślinami egzotycznymi. Ze względu na położenie, bliskość oceanu i takie tam rzeczy, które ogarnia się, jak się uważało na geografii, w miejscu tym panuje klimat tropikalny. Co oznacza, że wszystkie rośliny, które do tej pory widywaliśmy głównie w sztucznych warunkach w szklarniach, tutaj rosły sobie tak po prostu pod gołym niebem.

Kiedy beztrosko przechadzaliśmy się pod palmami w pewnym momencie usłyszeliśmy miauczenie. A chwilę po tym z krzaków wybiegł śliczny szary kotek. Jako, że kotki bardzo lubimy, poczęstowaliśmy go krewetką z jednej z naszych kanapek i od tej pory zyskaliśmy przyjaciela, który towarzyszył nam przez co najmniej połowę naszej wizyty w parku. Raz nawet, kiedy zniknęliśmy mu z pola widzenia, zaczął przeraźliwie miauczeć, ale kiedy po niego wróciliśmy poszedł za nami dalej i wszystko wróciło do normy.

Niestety zdradził nas z jakimiś Japończykami w tej części ogrodu, którą możecie zobaczyć poniżej. Być może dlatego, że skończyły nam się kanapki.

Gorący i wilgotny klimat, który nie sprzyja ładnemu wyglądowi włosów Foki Meli, sprzyja rozwojowi pięknych motyli, które do tej pory udało nam się spotkać w Japonii tylko w szklarniach, jak wyżej wymienione palmy. Tu latały sobie beztrosko po całym ogrodzie, choć miały też swój szklarniowy domek, w którym zapewne były najlepsze warunki do powiększania motylich rodzinek.

Cały ogród był naprawdę duży, a jak się okazało, my wcale nie dysponowaliśmy zbyt dużą ilością czasu, aby go obejrzeć. Pociąg, którym mieliśmy wrócić, przyjeżdżał raz na 2 albo 3 godziny (był to zresztą jedyny pociąg odjeżdżający z tej stacji). Spóźnienie nie wchodziło, więc w grę, a nie zapominajmy, że po wyjściu z ogrodu czekał nas jeszcze trzykilometrowy spacer. Wybawieniem okazała się możliwość wypożyczenia melexa (szkoda, że nie odkryliśmy jej już na samym początku naszej wizyty). Co prawda w regulaminie było napisane, że trzeba posiadać prawo jazdy, aby taki samochodzik móc wypożyczyć, a my japońskiego prawa jazdy nie posiadaliśmy, ale ostatecznie nikt nas o dokumenty nie zapytał. W szerszej perspektywie nie wiem, czy to dobrze.

Po kilku minutach udało nam się w końcu wyjechać z małego parkingu. Pomachaliśmy lekko zaniepokojonej pani z obsługi i popędziliśmy zwiedzać najdalsze zakątki ogrodu. Dzięki melexowi udało nam się na przykład dotrzeć do obserwatorium z pięknym widokiem na ocean.

Dotarliśmy też do ogrodu w stylu angielskim, który trochę im jednak nie wyszedł. Jak jednak wiadomo, nie od razu Londyn zbudowano i może jeszcze kiedyś nauczą się jak przycinać żywopłoty.

Kiedy wychodziliśmy z parku, pani z obsługi zapytała nas, jak dotrzemy na stację. Kiedy odpowiedzieliśmy, że pieszo, na jej twarz wymalował się wyraz zdziwienia. No bo 3 km? Na piechotę? Korzystając z tego, że chwilowo zaniemówiła, grzecznie się pożegnaliśmy i czym prędzej się ulotniliśmy. Trochę obawialiśmy się tego, że zechcą nas tam zaraz podwozić. Naród japoński jest zazwyczaj bardzo uczynny i jeśli może komuś pomóc – robi to. Często swoim kosztem. I tak na przykład, kiedy Japończyk zostanie zapytany przez kogoś o drogę, możliwe, że będzie ją długo tłumaczył, mimo tego, że na przykład właśnie spóźnia się na autobus. Kiedy tylko mogliśmy, staraliśmy się więc, nie nadużywać uprzejmości Japończyków. Tego dnia chcieliśmy zobaczyć jeszcze położone niedaleko pokaźnych rozmiarów Jezioro Ikeda, ale ze względu na słabe połączenie komunikacyjne i brak czasu, musieliśmy z tego zrezygnować. Wsiedliśmy więc w pociąg (na szczęście zdążyliśmy!) i pojechaliśmy do miasteczka Ibusuki, aby dać zakopać się w piachu.

Jak już dobrze wiecie, Japonia słynie z onsenów, czyli gorących źródeł. A niektóre z nich znajdują się na plaży. Co więc oznacza, że aby zaznać zbawiennego działania i wpływu źródła na organizm, trzeba zakopać się w piasku. Jedno z takich miejsc znajduje się właśnie w Ibusuki. Zazwyczaj zakopywanie odbywa się niemal przy samej linii oceanu, tak, że, kiedy zrelaksowani leżymy sobie przysypani piachem, mamy możliwość popatrzenia sobie na fale. Ponieważ jednak znowu zaczął padać deszcz, cała impreza odbywała się pod daszkiem ustawionym na plaży, skąd fal widać nie było. Ale jak dobrze się przyjrzycie to zobaczycie panów z łopatami.

Po zakupieniu biletu dostaliśmy yukaty, w które musieliśmy się przebrać. W nich wychodziliśmy na plażę, gdzie kazano nam się położyć, a potem całkiem konkretnie przysypano nas piaskiem. Nie polecamy osobom, których dręczą koszmary o pogrzebaniu żywcem. W piachu powinniśmy leżeć około 10 minut. Uczucie leżenia pod takim piaskiem jest dość dziwne, przez cały czas czuliśmy, jak wszystko w naszych organizmach pulsowało. Jednak mimo tego, że broszurki reklamowe zapewniały nas o drastycznej poprawie stanu zdrowia po zaznaniu przysypania piachem, nic takiego nie poczuliśmy. Nie mniej uważamy to doświadczenie za całkiem interesujące. Po prysznicu można było też skorzystać ze znajdującego się obok zwykłego onsenu, co też uczyniliśmy i tym relaksacyjnym akcentem zakończyliśmy naszą wycieczkę. Wracając do hotelu po głowie krążyły nam myśli pełne nadziei, na to, że jutrzejszy dzień będzie dla nas bardziej łaskawy i uda nam się zobaczyć Sakurajimę. Nie był. Ale o tym innym razem.

Kiyoshi Kono Yoru

Kiyoshi Kono Yoru

Post powstał w ramach projektu Kalendarz Adwentowy Klubu Polek. Codziennie między 1 a 24 grudnia na blogach Klubowiczek pojawiają się posty związane z nachodzącymi Świętami. Jeśli jesteście ciekawi tego, czym różni się Boże Narodzenie w Portugalii od tego w Meksyku, jakie tradycje kultywują Szwedzi oraz jakich kolęd słucha się we Francji – zaglądajcie na fanpage’a  Klubu.  A tymczasem Foki  otwierają okienko numer 12.

Chrześcijaństwo jako swoje wyznanie deklaruje w Japonii niecały jeden procent obywateli. Trudno więc mówić o tym, że obchodzi się tam Boże Narodzenie. No ale kolorowe choinki, uśmiechnięci Mikołajowie czy urocze bałwanki i inne piękne symbole kojarzące się z Bożym Narodzeniem pokazywane w mediach sprawiają,  że nawet ci, którzy o ich wymiarze duchowym nie mają zbyt dużego pojęcia, pragną widzieć je u siebie. Dlatego w Japonii Boże Narodzenie jest obecne, ale oczywiście na specjalnych japońskich zasadach. Powstał więc zwyczaj świątecznego ciasta z truskawkami, jedzenia kurczaków z KFC, czy oświadczyn w Wigilię. Zaintrygowanych odsyłam do notki, napisanej przeze mnie w zeszłym roku. Znajdziecie ją TU. A dziś skupimy się tylko na jednym z aspektów Bożego Narodzenia w Japonii – zapraszam do pooglądania świątecznych iluminacji.

To co z pewnością trzeba przyznać Japończykom w tej kwestii to fakt, że mają rozmach. Wielkie świetliste bramy, setki metrów zwisających girland, ogromne gwiazdy… Zeszłoroczne ozdoby sprzed głównego dworca w Fukuoce ilością bez wątpienia przewyższają dekoracje z Galerii Mokotów, Złotych Tarasów i całego Krakowskiego Przedmieściach razem wziętych. Co ciekawe mimo zalewu miasta przez lampki, bardzo trudno było je kupić do użytku domowego, w związku z czym nasze zeszłoroczne światełka były dość żałosne, a mimo tego kosztowały niemałe pieniądze.

Jeśli chodzi o formę, można zauważyć tu bardzo nowatorskie podejście. Widać brak przywiązania do utartych schematów i to, że zamiast reniferów pojawiają się żaby jest rzeczą zupełnie naturalną. Zresztą kto powiedział, że w Betlejem nie było żab?

Japończycy do perfekcji opanowali oplatanie lampkami gałęzi drzew. Od nasady pnia po koniuszki najmniejszych gałązek.  A jak już zaczną je oplatać to oplatają wszystkie w najbliższym otoczeniu, z czego powstają małe, świecące laski widoczne z daleka.

Zapomnieć można natomiast o zapachu lasu i widoku żywych choinek. Japończycy zastąpili je konstrukcjami sztucznych świecących rakieto-choinek. Być może to zmyślna metafora dążenia do gwiazd.

Takie rzeczy rok temu w mojej małej Fukuoce. A jak w tym świątecznym okresie wygląda najbardziej rozświetlone miasto świata – Tokio? Niestety na własne oczy nie było mi dane tego zobaczyć, ale Ibazela z bloga Love Traveling mieszkająca obecnie w stolicy Japonii donosi, że się dzieje. Co możecie zobaczyć na jej You Tube.

No dobra. Świąteczne iluminacje w grudniu to każdy sobie potrafi zrobić i znaleźć je wtedy można wszędzie. A co jeśli chcielibyśmy poczuć magię Świąt w środku lata? W Japonii to żaden problem. Jedne z ładniejszych iluminacji widziałam w Beppu, przy znanym obiekcie wypoczynkowym, gdzie poszłam wymoczyć się w gorących źródłach, a potem popływać w basenie na dachu hotelu. A wszystko działo się w… czerwcu.

A na deser materiał dźwiękowo – filmowy. Dla wszystkich tych, którzy zastanawiali się, czy w Japonii śpiewa się kolędy  – Kiyoshi Kono Yoru, czyli Cicha Noc w wersji japońskiej.

Możecie sobie włączyć zakładając lampki na swoje własne choinki.

Meriikurisumasu!

Rzeczy, których nie zrobiliśmy w Japonii

Rzeczy, których nie zrobiliśmy w Japonii

Od naszego wyjazdu z Japonii minęło ponad dwa miesiące. Zjedliśmy już wszystkie pierogi świata, wypiliśmy niejedno piwo z butelki i wielokrotnie doświadczyliśmy radości jaką daje posiadanie prawa jazdy i samochodu. Najwyższa więc pora aby to powiedzieć: zaczynamy tęsknić. Jak na razie nie planujemy kolejnej podróży do Japonii. Na pewno minie trochę czasu zanim znowu się tam pojawimy. Ale już zanim porządnie spakowaliśmy walizki przed wyjazdem, wiedzieliśmy, że nie udało nam się w Japonii zrealizować wszystkiego, co zakładaliśmy. Dzisiejszy wpis będzie, więc zatem nietypowy. Nie będziemy opowiadać o tym, co widzieliśmy i przeżyliśmy, ale o tym czego nie widzieliśmy i nie zrobiliśmy. Ale  bardzo byśmy chcieli. Możecie to potraktować jako listę powodów, dla których na pewno do Japonii jeszcze kiedyś wrócimy.

P.S. Przepraszamy za brak zdjęć, no ale rozumiecie – nie było nas tam. 🙁

Sapporo

Do Sapporo bardzo chcieliśmy pojechać ze względu na Festiwal Śniegu, który odbywa się tam co roku w lutym. W tym czasie do Sapporo zjeżdżają różne utalentowane grupy z całego świata i budują ze śniegu niesamowicie wyglądające figury. Największe z  nich mają nawet po 15 metrów, więc bałwany, które lepiliście w dzieciństwie, wymiękają. Później figury wystawiane są na główne ulice miasta, żeby ci mniej zdolni mogli sobie na nie chociaż popatrzeć. Na festiwal nie pojechaliśmy, bo w tygodniu, w którym się odbywał, nie mogliśmy wyrwać się z Fukuoki. Figury niszczone są zaraz po zakończeniu festiwalu, więc wyjazd w późniejszym terminie mijał się z celem. Ponadto nawet gdybyśmy mieli możliwości czasowe i tak mocno zastanawialibyśmy się nad wjazdem. Sapporo jest bowiem od Fukuoki naprawdę daleko. 2000 km pomiędzy dwoma miastami w jednym państwie dla kogoś z Polski brzmi trochę abstrakcyjnie (dla porównania: z Zakopanego do Gdańska jest jakieś 600). W Japonii oczywiście jest to możliwe. Kiedy doda się do tego fakt, że te dwa miasta nie są ze sobą najlepiej skomunikowane i do drugiego trzeba lecieć aż dwoma samolotami, z małego wypadu robi się wielka wyprawa. Shinkanseny odpadały ze względów finansowych. Może jak następnym razem pojedziemy do Japonii, będą nas traktować jak zwykłych śmiertelników i obcokrajowców i pozwolą nam kupić JR Passy. Wtedy odwiedzimy nie tylko Sapporo, ale też pojeździmy po całym Hokkaido, bo wciąż jest dla nas nieodkrytą wyspą, na którą bardzo nas ciągnie.

Sumo

Rzucanie soli, aby oczyścić arenę, rytmiczne tupanie w celu przepędzenia złych mocy, seria ukłonów. To tylko niektóre z rytuałów obecnych podczas turnieju narodowego sportu Japonii, którego korzeni trzeba szukać w shintoistycznych obrzędach religijnych. Do tego sędzia w stroju kapłana, arena wykonana ze słomy ryżowej i wiszący nad głowami zawodników specjalny dach, aby nikt nie zapomniał o tym, że walki kiedyś odbywały się w świątyni. Co tu dużo mówić – brzmi jak dobre widowisko, które bardzo chcieliśmy zobaczyć. Co roku odbywa się sześć turniejów – trzy z nich w Tokio, a do tego po jednym w Osace, Nagoi i… naszej Fukuoce. Zawody trwają przez dwa tygodnie, ale mimo tego nie udało nam się zobaczyć ani jednej walki. Wyjeżdżaliśmy wtedy do Kioto oglądać listopadowe klony, a poza tym rozłożyły nas jakieś choroby. Podjęliśmy jeszcze pewne próby wyjazdu na turniej odbywający się w lipcu w Nagoi, ale ostatecznie na planach się skończyło. Pewnym pocieszeniem był fakt, że podczas zawodów w Fukuoce Foka Mela robiąc zakupy, zobaczyła jednego z zawodników sumo. Niestety zamiast stroju do ćwiczeń miał na sobie garnitur, więc pewien niedosyt pozostał.

Nagasaki

Nagasaki chcieliśmy zobaczyć nie tylko ze względu na jego tragiczną historię. Przede wszystkim dlatego, że większość naszych japońskich znajomych przedstawiała nam je jako przyjemne, wielokulturowe i otwarte na cudzoziemców miasto. I gorąco rekomendowała wycieczkę. Raz dostaliśmy stamtąd ciastka, a jeden ze znajomych był w Nagasaki aż 7 razy, bo jego mama uwielbia znajdujący się tam park tematyczny Huis Ten Bosch. Jego głównym tematem jest… Holandia. Co prawda oglądanie Holandii w Japonii nie było może tym, czego pragnęliśmy, ale kilka miesięcy temu otworzyli tam hotel obsługiwany przez… dinozaury. I to był już wystarczający powód do odwiedzin. W odróżnieniu od Sapporo, do Nagasaki nie pojechaliśmy, bo było tam za blisko. Miasto znajduje się na Kyushu, czyli „naszej wyspie” i mogliśmy tam dojechać w dwie godziny zwykłym, nie superszybkim pociągiem. Zawsze więc mówiliśmy sobie, że możemy tam dotrzeć w każdej chwili i  dłuższe urlopy wykorzystywaliśmy na dalsze wycieczki.

Hotel kapsułowy

Wiecie o co chodzi. Hotele, w których zamiast pokoi są malutkie kapsuły, gdzie zazwyczaj jest tak mało miejsca, że nawet nie da się porządnie usiąść. Nie wspominając o tym, żeby wstać. Zaprojektowane z myślą o zapracowanych biznesmenach, którzy nie zdążyli na ostatni pociąg do domu. Jedna z japońskich „dziwności”, o której wieść rozniosła się jak świat dług i szeroki. Chcieliśmy spróbować, ale takie hotele nie są koedukacyjne, a w ogóle zazwyczaj mają tylko miejsca dla mężczyzn. I jakoś tak osobno nie udało nam się zebrać.

HKT 48

Wytwór współczesnej popkultury. HKT 48 to zespół kilkunastu japońskich nastolatek, które w bardzo kawaii strojach śpiewają piosenki o tym, że miłość jest jak sok z melona. Swoją nazwę grupa wzięła od największej dzielnicy w Fukuoce – Hakaty. Nie jest to jedyna grupa tego typu w Japonii. Istnieje też AKB 48 – z Akihabary w Tokio (ta była pierwsza) czy NMB 48 z Namby w Osace. Nie chodzi tu tylko o śpiewanie, a właściwie jest to ten mniej istotny czynnik. Najważniejsza jest rywalizacja pomiędzy poszczególnymi dziewczynami. Co roku w grupach zmieniają się liderki, często też stare członkinie wymienia się na nowe. A o wszystkim decydują oczywiście fani – głównie płci męskiej. Dziewczyny z grupy mają zakaz chodzenia na randki, aby w świadomości fanów mogły istnieć jako potencjalne wybranki serca. I sprzedawać więcej płyt. Bardzo byliśmy ciekawi tego zjawiska. A poza tym chieliśmy doświadczyć koncertu w japońskim wydaniu, żeby popatrzeć i na muzyków i na to, jak zachowuje się japońska publiczność. Niestety okazało się, że mimo tego, iż dziewczyny koncertują często, bilety bardzo trudno jest zdobyć. Niczym podczas polowania na bilety na Euro trzeba brać udział w losowaniu, a żeby móc wziąć w nim udział trzeba wypełnić formularz po japońsku. No i jakoś przeszła nam ochota. Ale piosenka o melonowym soku wciąż siedzi nam w głowach, więc może kiedyś jeszcze podejmiemy to wyzwanie.

Góra Fuji

To chyba nasza największa porażka. Zobaczenie mitycznej, świętej góry Japończyków stało się naszym celem, odkąd po raz pierwszy polecieliśmy do Tokio w sierpniu rok temu. Wtedy na szczycie Tokyo Tower przeczytaliśmy, że podczas dobrej pogody widać stąd Górę Fuji. Byliśmy tam po zmroku, więc nie mieliśmy żadnych złudzeń, ale postanowiliśmy, że następnym razem bardziej się postaramy. Podczas drugiej wizyty w Tokio uważniej wybieraliśmy więc pory odwiedzania różnych tarasów widokowych. Ale niestety i wtedy się nie udało. Mimo tego, że spędziliśmy w Tokio dwa tygodnie, pogoda była na tyle złośliwa, że ani razu nie udało nam się dojrzeć Fuji. Nasze rozczarowanie podsycił pilot samolotu, którym wracaliśmy do Fukuoki, ponieważ w trakcie lotu poinformował, że za chwilę będziemy przelatywać obok Fuji i że z lewej strony będzie można ją zobaczyć. Siedzieliśmy z prawej.

W końcu, kiedy trzy miesiące temu mieliśmy być w Tokio po raz ostatni przed powrotem do Polski, uznaliśmy, że to nasza ostatnia szansa. Postanowiliśmy więc przedłużyć pobyt i pojechać do Kawaguchiko – miasteczka bardzo blisko Fuji, które jest polecane jako jedno z najlepszych miejsc do podziwiania góry. Nie będziemy się już rozwodzić na temat tego, jak byliśmy źli, że przez 3 dni chmury nie chciały się przesunąć.

Tyle o planach i niespełnionych nadziejach. A tak poza samą możliwością zwiedzania Japonii tęsknimy za wszystkimi rzeczami, które o 3 w nocy przed wylotem w pośpiechu wyrzucaliśmy z walizek przez limity bagażowe, które okazały się silniejsze od nas. Jedną z ofiar stał się nasz przewodnik po Japonii, który tak naprawdę nie był nasz. Więc póki znowu nie zwiniemy komuś kolejnego – nigdzie nie jedziemy.

Experience Japan #14: Ramen

Experience Japan #14: Ramen

Prawdopodobnie każdy z nas jadł kiedyś tak zwaną zupkę chińską. Niezastąpione danie podczas wyjazdów na camping, niedzieli na kacu oraz dni, kiedy biednemu studentowi zostały w portfelu ostatnie 2 złote. A czy ktoś kiedyś zastanawiał się nad tym, skąd to genialne danie do nas przywędrowało? Oczywiście z Japonii, a jego pierwowzorem był ramen – jedno z najpopularniejszych japońskich dań.

Ramen można określić jako typowy japoński fastfood. Jego główne składniki to rosołowa zupa oraz makaron, ale w zależności od rodzaju można znaleźć ramen z innymi składnikami – różnymi warzywami, kawałkami mięsa lub ryb, wodorostami, czy gotowanymi na twardo jajkami. Rosół przygotowywany jest zazwyczaj na bazie wieprzowiny. Ramen do Japonii przywieźli Chińczycy i to właśnie im zawdzięczamy tę mięsną bazę, ponieważ tradycyjne japońskie zupy były wcześniej przygotowywane zazwyczaj  z wywaru rybnego. Zupę tę zjada się oczywiście pałeczkami – wyjadamy nimi wszystkie składniki, a płyn wypijamy bezpośrednio z miseczki. Nie jest to najłatwiejsze w przypadku długich, śliskich kluchów, ale w Japonii istnieje społeczne przyzwolenie na głośne siorbanie, co nieco ułatwia wciąganie makaronu. Niestety nie da się przy tym chyba uniknąć chlapania rosołem na wszystkie strony, dlatego w wielu restauracjach serwujących ramen montuje się przy ladach szyby oddzielające poszczególne miejsca, aby nie pochlapać siedzących obok osób.

Nie wiedzieć czemu strasznie długo zwlekałam, zanim zjadłam swój pierwszy ramen w Japonii. Udało mi się to dopiero po niemal roku. Ale muszę przyznać, że kiedy się już na to zdecydowałam, trafiłam wyśmienicie. Było to w maleńkiej miejscowości Aso, w uroczej knajpce, w której starsza pani sama gotowała i obsługiwała swoich gości. Zupa była pyszna, a ja jeszcze przez długi czas później wspominałam ten posiłek.

Tak naprawdę nie ma jednego konkretnego przepisu na ramen. Niemal każdy kucharz przyrządza go inaczej i niemal każdy region Japonii może się pochwalić tym, że posiada swoją własną wersję tej zupy. W Yokohamie wpadli wiec na pomysł stworzenia czegoś, co zyskało dumną nazwę Muzeum Ramenu. Z typowym muzeum nie wiele ma to wspólnego, ale znajduje się tam wiele restauracji serwujących różne rodzaje tej zupy. Cale miejsce wygląda nawet całkiem klimatycznie, ponieważ jest stylizowane na Japonię sprzed lat. Bilet kosztuje jedynie 300 jenów, jednak w regulaminie znajduje się informacja o tym, że każdy zobowiązany jest do zakupienia i zjedzenia przynajmniej jednej miski zupy. Restauracji jest tam około 15 i w dniu, w którym ja się tam udałam, do każdej z nich były dosyć długie kolejki. Po pół godziny czekania trafiłam jednak do knajpy serwującej ramen pochodzący z okolic Kumamoto. Nie był zły, ale daleko mu było do tego, który jadłam w Aso. A liczyłam na to, ze będzie smakować choć trochę podobnie, bo z Aso do Kumamoto niedaleka droga.

Muzeum ramenu to dość mocno turystyczne i tłoczne miejsce, ale żeby spróbować tej potrawy wcale nie trzeba do niego iść. Wystarczy rozejrzeć się po ulicy – prawdopodobnie co druga knajpa go serwuje. Bo że będąc w Japonii ramenu trzeba spróbować – to więcej niż pewne.

Dane: Shin-Yokohama Raumen Museum
http://www.raumen.co.jp/english/
Cena:  300 ¥ za wejscie + ok. 700 – 1000 ¥ za miske ramenu
Ocena fok: Dla ramenu: 4 Stars (4 / 5)
Dla muzeum: 2 Stars (2 / 5)