Browsed by
Tag: góry błękitne

Z Melbourne do Sydney – Road Trip po Australii – Praktyczne wskazówki

Z Melbourne do Sydney – Road Trip po Australii – Praktyczne wskazówki

Obejrzeliście naszą relację z australijskiego road tripa na You Tube? To super! Teraz przychodzimy z bardziej szczegółowym podsumowaniem tej wycieczki. Będzie mapa, będą noclegi, będą wrażenia z poszczególnych miejsc i wszystko, co może Wam się przydać, kiedy sami będzie planować swoją podróż po Australii. Ruszajmy! 🙂

Samochodowa objazdówka to chyba najpopularniejszy sposób zwiedzania Krainy Kangurów. Australia to ogromny kraj, a życie większości mieszkańców jest skupione wokół kilku dużych miast, co nie oznacza jednak, że na wielkich średnio zaludnionych terenach nic nie ma. Wręcz przeciwnie – to właśnie tam, gdzie ciężko dojechać komunikacją, są najciekawsze rzeczy. Samochód daje nam więc możliwość dotarcia we wszystkie te zakątki i wolność – nie musimy dostosowywać się do żadnych rozkładów, możemy jechać tam gdzie i kiedy chcemy. Jako więc że wypożyczanie samochodu jest w Australii bardzo popularną opcją – wypożyczalni jest dużo. Mimo tego szczególnie w miesiącach letnich (grudzień, styczeń, luty) jest na nie ogromne zapotrzebowanie, dlatego nie zwlekajcie z zarezerwowaniem sobie auta zbyt długo. My co prawda koniec końców organizowaliśmy nasz samochód na dzień przed planowanym wyjazdem, ale w tym akurat nie bierzcie z nas przykładu.

Nasz samochód pochodził z wypożyczalni Europecar.  Za 5 dni zapłaciliśmy ok. 1750 zł ($642). Jest to opcja z najdroższym ubezpieczeniem, więc jeśli nie cykacie się tak jak my – możecie wykupić tańszy pakiet i trochę zaoszczędzić. Pierwotnie planowaliśmy skorzystać z usług sporo tańszej wypożyczalni Apex, ale niestety nie mieli wolnych aut w naszym terminie (tak, tak, trzeba było zrobić to wcześniej). Podczas procesu rezerwowania samochodu zrodziły się w nas wątpliwości odnośnie płatności – w regulaminie przeczytaliśmy, że wypożyczyć samochód mogą jedynie posiadacze karty kredytowej, a my mieliśmy jedynie karty debetowe. Naszych obaw nie rozwiali konsultanci, z którymi rozmawialiśmy, potwierdzając, że bez karty kredytowej nie da rady. Postanowiliśmy jednak zaryzykować i… udało się. Prawdopodobnie Wasza karta debetowa zostanie zaakceptowana, jeśli tylko jest kartą wypukłą. Niepewność nie skończyła się jednak w momencie, w którym zapakowaliśmy się do naszej czerwonej Kii Rio. Teraz trzeba było wyjechać na ulicę w nieznanym mieście i poprowadzić auto lewą stroną drogi. Nie był to nasz pierwszy kontakt z ruchem lewostronnym – w końcu mamy już za sobą road tripa po Nowej Zelandii, ale od tamtego czasu trochę już minęło. Na szczęście sprawę ułatwił samochód z automatyczną skrzynią biegów (gorąco polecamy!) i Oskar dość szybko ogarnął sytuację. W kolejnych dniach jedynym błędem, który wciąż nam się przydarzał było włączanie wycieraczek zamiast kierunkowskazów.

Najważniejsze punkty naszej trasy były z góry ustalone, ponieważ z wyprzedzeniem zarezerwowałam noclegi. Rozważaliśmy co prawda wypożyczenie kampera czy nawet spanie w namiocie na polu campingowym ale jako, że zwiedzaliśmy Australię w sierpniu, czyli zimą – temperatura nie specjalnie temu sprzyjała. Dodatkowo taka wycieczka wymagała by solidniejszego ekwipunku, który nie za bardzo mogliśmy zabrać ze sobą. Rezerwując noclegi starałam się wybierać raczej budżetowe opcje, ale niestety nawet tanie motele w Australii takie tanie nie są i ich cena wahała się zwykle od 190 do nawet 270 zł za noc  ($70 do $100). Wszystkie ceny i linki do naszych noclegów znajdziecie w dalszej części, ale miejcie na uwadze, że mogą one ulegać zmianom pod wpływem różnych czynników (na przykład pory roku).

Dodatkowym ograniczeniem wynikającym z tego, że zwiedzaliśmy Australię zimą, był fakt, że dość wcześnie robiło się ciemno. Zwykle staraliśmy się więc dotrzeć do kolejnego miejsca zakwaterowania przed 19, co nieco ograniczało nasz czas zwiedzania. Po zmroku na australijskich drogach robi się niebezpiecznie ze względu na wyskakujące na drogę zwierzęta – głównie kangury i wombaty. Niestety codziennie mijaliśmy bardzo dużo zwierzaków, które w taki  smutny sposób zakończyły swój żywot. A zderzenie z takim niemałym stworzeniem może się zakończyć źle nie tylko dla niego. Raz przytrafiło nam się spotkanie z kangurem na drodze, ale na szczęście Oskarowi udało się go w ostatniej chwili ominąć.

No to teraz trasa! Założenie było takie, żeby w ciągu 5 dni przemierzyć drogę z Melbourne do Sydney. Na pewno nie zobaczyliśmy wszystkiego, co tylko było do zobaczenia, ale też nasz styl zwiedzenia nie do końca odpowiada modelowi „musimy zobaczyć wszystko”. Zasadniczo trasa jest zgodna z tym, co widzicie na mapie, choć czasami zdarzało nam się spontanicznie gdzieś odbić. Jeśli planujecie przemierzyć podobną trasę – inspirujcie się do woli! A pod mapą znajdziecie szczegółowe opisy poszczególnych dni wycieczki.

Źródło: Google Maps

DZIEŃ 1. 

Melbourne -> Wilsons Promontory

  • 212 km (2 godz. 45 min)

Park narodowy Wilsons Promontory to najbardziej wysunięty na południe fragment Australii kontynentalnej. Musieliśmy trochę odbić od głównej trasy, żeby tam dotrzeć, ale nie żałujemy. W parku znajdziecie dużo tras trekingowych o różnym stopniu trudności, piękne widoki na ocean i to co nas kręci najbardziej, czyli… dużo zwierząt. 🙂 Już na wjeździe ujrzeliśmy polanę, po której dostojnie przechadzały się dwa wielkie emu. Najpierw jednak wyruszyliśmy do jedynej w okolicy osady – Tidal River, gdzie w informacji turystycznej zgarnęliśmy ulotki i mapki. Jako, że nie mieliśmy wiele czasu na eksplorację terenu, zdecydowaliśmy się na przemierzenie jednego z krótszych szlaków – Lilly Pilly Gully, który ma około 5 km, a w ulotkach obiecywali, że po drodze zobaczymy dużo „dzikiej przyrody”. Oczekiwaliśmy więc co najmniej spotkania z rodziną koali. Niestety nic z tego – dziką przyrodą okazały się głównie ptaki. Choć upodobałam sobie podczas tego spaceru jednego, którego później zawsze starałam się wypatrzeć, gdy tylko słyszałam jego charakterystyczny „śpiew” (poznajcie kukaburę chichotliwą), to nie było do końca to, na co liczyliśmy. Dlatego wyjeżdżając z parku postanowiliśmy zatrzymać się przy polanie, na której wcześniej widzieliśmy emu i zajrzeć nieco wgłąb. A tam… dziesiątki kangurów, wombaty i znowu emu. Wyjechaliśmy szczęśliwi.

Kangury w Wilsons Prom.

Wilsons Promontory -> Port Albert

  • 97 km (1 godz. 15 min.)

W Wilsons Promontory nie za bardzo jest gdzie spać – jedyną opcją jest zwykle bardzo oblężony camping w Tidal River, który nie był dla nas opcją. Wyruszyliśmy więc dalej do malutkiego rybackiego miasteczka – Port Albert. Nie spędziliśmy tam dużo czasu, ale pozostały w nas bardzo miłe wspomnienia z tego miejsca. Spotkaliśmy miłego człowieka, który pomógł nam się skontaktować z właścicielką naszego motelu (wiecie, goście w wiejskim motelu w środku zimy to nie jest bardzo popularna sprawa, dlatego nikt tam na nas nie czekał), potem zjedliśmy pyszną rybę i kalmary z frytkami (polecone przez innego miłego człowieka) w uroczym barze, gdzie wszyscy się znają i wieczorami wpadają wypić piwo i obejrzeć mecz, a następnego dnia pooglądaliśmy ocean i wyruszyliśmy dalej.

NOCLEG: Port Albert Motel (274 zł – $100)

Calmary & Chips.

DZIEŃ 2.

Port Albert ->Lakes Entrance

  • 182 km (2 godz. 15 min.)

Tego dnia nasza droga wiodła przez region Gippsland Lakes. Postanowiliśmy zboczyć nieco z trasy, żeby się tym jeziorom przyjrzeć, czego trochę żałujemy. Trasa wiodła wśród drzew i nie było jakoś specjalnie malowniczo, nadrobiliśmy sporo drogi, a na miejscu też nie było za ciekawie. Być może po prostu nie wiedzieliśmy, gdzie szukać. Po dość szybkim rekonesansie postanowiliśmy wyruszyć do Lakes Entrance, gdzie mieliśmy tego dnia nocować. Miasteczko sprawiało wrażenie nieco wymarłego – ciche ulice, puste restauracje – byliśmy jedynymi klientami w dość sporej pizzerii. Podejrzewam jednak, że w sezonie to miejsce zamienia się w niezłą imprezownię. Co jest tu główną atrakcją? Okazuje się, że wszystkie mijane przez nas tego dnia jeziora, nie są prawdziwymi  jeziorami. W rzeczywistości to ogromna laguna, w której znajdziemy słoną wodę z oceanu. A właśnie w tym miasteczku możemy zobaczyć miejsce, w którym oceaniczna woda wpływa do laguny. Nasz motel motel mieścił się tuż koło punktu widokowego, z którego świetnie można to zaobserwować. Fajną opcją byłoby wybranie się na rejs statkiem po tych oceanicznych jeziorach, ale to dla tych którzy mają więcej czasu i wyższą temperaturę. 🙂 My za to poszliśmy na spacer na plażę. Nie byle jaką plażę, a słynną 90 Mile Beach, czyli plażę, która ciągnie się przez około 150 km. Australia ma rozmach.

NOCLEG: Absolute Lakes Entrance Motel  (179 zł – $68)

Tutaj ocean staje się jeziorem. 😉
90 Mile Beach.

DZIEŃ 3.

Lakes Entrance -> Batemans Bay

  • 438 km (5 godz. 10 min.)

To był chyba najtrudniejszy dzień naszej wycieczki. Mnóstwo kilometrów do przejechania, a po drodze niewiele się działo. Naszym jedynym przystankiem tego dnia było miasteczko Eden. To podobno jedna z lepszych miejscówek w Australii do wypatrzenia wieloryba, które co roku przepływają tędy podczas swojej wędrówki z Arktyki. Niestety główny sezon na wieloryby trwa od końca września do końca listopada, więc byliśmy trochę za wcześnie. Odwiedziliśmy więc jedynie miejscowe muzeum wielorybów i nacieszyliśmy oczy pięknymi widokami oceanu. Mocno zmęczeni dojechaliśmy do Batemans Bay, gdzie czekał na nas nasz najgorszy nocleg. Chcieliśmy choć trochę zaznać australijskiego życia na campingu, więc tę jedną noc mieliśmy spędzić w wynajętej przyczepie. Na zewnątrz było zaledwie kilka stopni powyżej zera, a w rzeczonej przyczepie nie domykały się okna. Zasypiając pod kurtką, szalikiem, dwoma kocami i wtulona w Oskara myślałam sobie, że za jakiś czas pewnie będziemy sobie z tego żartowali. I wiecie co? Wciąż nieśmieszne.

NOCLEG: Shady Willows Holiday Park & Batemans Bay YHA (159 zł – $58)

Nie polecamy.

DZIEŃ 4.

Batemans Bay -> Katoomba

  • 377 km (5 godz.)

Na szczęście po fatalnym Dniu Numer 3. nastąpił wspaniały Dzień Numer 4. Jednym z pierwszych przystanków była zatoka – Jarvis Bay, a dokładniej Hyams Beach, czyli rajska plaża z bielutkim piaskiem i turkusową wodą. Ojeju, jak tam było pięknie! Ani trochę nie chciałam stamtąd wyjeżdżać, ale niestety podobno jestem już dorosła i muszę robić rzeczy, na które nie mam ochoty. Okazało się jednak, że dalej też było całkiem nieźle – na przykład w malowniczym miasteczku Kiama, gdzie zajechaliśmy, żeby obejrzeć fajne zjawiska geologiczne (Blow Hole i Little Blow Hole) i uroczą latarnię morską. A potem przejechaliśmy się jedną z fajniejszych tras widokowych biegnącą wzdłuż wybrzeża. Jej punktem kulminacyjnym jest Sea Cliff Bridge – most położony równolegle do oceanu. Tak naprawdę moglibyśmy ten dzień zakończyć już w Sydney, ale bardzo zależało nam na tym, żeby odwiedzić jeszcze jedno miejsce, dlatego tuż przed miastem odbiliśmy na zachód, żeby dotrzeć w Góry Błękitne. Naszym celem było miasteczko Katoomba, do którego dojechaliśmy już po zmroku.

NOCLEG: Echo Point Motor Inn (264 zł – $96)

Hyams Beach.
Kiama.

DZIEŃ 5.

Katoomba -> Sydney

  • 102 km (1 godz. 35 min.)

Ten dzień zaczął się dla nas bardzo wcześnie, ponieważ Góry Błękitne najbardziej spektakularnie wyglądają podobno o wschodzie słońca. Nasz motel leżał jakieś 200 metrów od głównego w okolicy punktu widokowego – Echo Point, więc na szczęście daleko nie musieliśmy iść. Możemy stąd zobaczyć piękną panoramę gór i najbardziej chyba znany w regionie krajobraz, czyli Trzy Siostry. To trzy wielkie kamienie, które wedle legendy kiedyś były kobietami, ale z powodu jakiejś historii miłosnej zostały przemienione w skały. Klasyka. Do Trzech Sióstr można podejść i stanąć na małym mostku łączącym je z „resztą świata”, który nazywają Honey Moon Bridge, co w późniejszej części dnia uczyniliśmy. Czy Góry Błękitne rzeczywiście są błękitne? Tak! A właściwie to sprawiają takie wrażenie, szczególnie właśnie w świetle pierwszych promieni słonecznych, kiedy unoszą się nad nimi opary eukaliptusowych drzew. Jest jeszcze jedna rzecz, która dla mnie czyni je najlepszymi górami świata. Mianowicie – góry są w dole, a my oglądamy je z… góry. Żadnego wdrapywania, wspinania i innych rzeczy, które niektórym podobno sprawiają satysfakcję. Zwycięstwo.

Trzy Siostry.

W okolicy jest mnóstwo szlaków, jednak my zdecydowaliśmy się na trochę bardziej wygodny, ale też wzbudzający więcej emocji sposób podziwiania Gór Błękitnych. Wybraliśmy się do Scenic World, gdzie główną atrakcją są 3 kolejki: Cableway – klasyczna kolejka linowa, którą możemy przejechać się w górę i w dół; Skyway – kolejna kolejka linowa, tym razem zawieszona wysoko (bo aż 270 m) nad doliną,  gdzie dodatkową atrakcją jest szklana podłoga no i najbardziej ekstremalna, czyli Railway – najbardziej stroma kolejka szynowa na świecie (kąt nachylenia to 52 stopnie). Ze wszystkich kolejek poza samą radością z  przejażdżki możemy czerpać przyjemność z podziwiania widoków, które są naprawdę piękne. Po zakupieniu biletu w ciągu jednego dnia każdą kolejką możecie jechać nieskończoną ilość razy, a w okolicach są różne trasy do pospacerowania. Bardzo nam się tu podobało!

Skyway.

Po dniu spędzonym w Katoombie wyruszyliśmy do Sydney. Przed nami było jeszcze oddanie samochodu do wypożyczalni, ale wcześniej trzeba było go jeszcze trochę ogarnąć – myjnia, odkurzanie, tankowanie i te sprawy. Jakimś sposobem udało nam się nie zrobić mu krzywdy, proces zwrotu przebiegł bez problemu, a po kilku dniach kwota, która została pobrana z naszej karty w ramach kaucji, została zwrócona. Uf!

I tak nasz road trip dobiegł końca. Czy nam się podobało? Pewnie! To kolejna wspaniała przygoda do kolekcji. Czy coś byśmy zmienili? Może porę roku na trochę cieplejszą i ilość dni na trochę większą – to wszystko trwało za krótko! 🙂 Na oba czynniki nie mieliśmy jednak zbyt dużego wpływu. Na koniec jeszcze mini porównanie z road tripem po Nowej Zelandii. Nowa Zelandia wygrywa trochę w kwestii tego, że jest dużo mniejsza i właściwie każdy jej zakątek jest piękny – tam nie ma nudnych dróg! W Australii z kolei, żeby coś zobaczyć trzeba się nieźle najeździć. Ogromnym plusem Australii są za to natomiast wspaniałe zwierzaki. Wombaty do dziś darzę największą miłością. Powiedzmy więc, że mamy 1:1. 🙂

P.S. A wiecie, co zrobił Oskar, kiedy po raz pierwszy wsiadł za kierownicę po powrocie do Polski? Włączył wycieraczki zamiast kierunkowskazów. 🙂